zmysły – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png zmysły – TUU https://lesma.org 32 32 Marta Siembab https://lesma.org/marta-siembab/ Mon, 17 Oct 2016 02:42:32 +0000 http://lesma.org/?p=365 Look, I’m Mickey Mouse https://lesma.org/look-im-mickey-mouse/ Mon, 17 Oct 2016 02:30:54 +0000 http://lesma.org/?p=331 Od samego początku wiedzieliśmy, że to będzie wyjątkowa rozmowa. Dorota Koziara, jedna z najsłynniejszych polskich projektantek i Alessandro Mendini – legenda designu, projektant, architekt, teoretyk i pisarz o nieskrępowanej wyobraźni. Spotykamy się w Muzeum Miejskim Wrocławia, tuż przed otwarciem wystawy „Dorota Koziara”, która prezentuje dorobek artystki i której kuratorem jest sam maestro Mendini. Taka okazja nie trafia się dwa razy. Nie pytamy o ich projekty, ani o przyszłość designu. I choć mistrz mawia, że tutto è già stato inventato e scritto – wszystko już zostało wymyślone i napisane – takiego wywiadu jeszcze nie było.

 

Wchodzimy do przestronnej, surowej sali z wyeksponowanymi pracami Doroty Koziary. Do uroczystego otwarcia wernisażu pozostały jedynie dwie godziny. Witamy się z Artystką i Mistrzem. Siadamy na barwnych fotelach Hussar z charakterystycznymi, wysokimi oparciami. Wiemy, że pytań o przyszłość projektowania i próśb o rady dla młodych adeptów tej sztuki, zarówno Dorota Koziara, jak i Maestro Mendini, słyszą na co dzień mnóstwo. Chcemy więc zacząć inaczej.

 

— Mistrzu, powiedział Pan kiedyś, że chcąc prawdziwie i głęboko zrozumieć charakter, tożsamość jakiejś osoby, należy być sobą i jednocześnie pozostać otwartym na drugiego. Trzeba zawsze zakochiwać się w innych – po prostu lubić ludzi. Jednocześnie przyznaje Pan, że kontakt z ludźmi nie jest dla Pana łatwy, że nie czułby się Pan dobrze np. w roli wykładowcy. Współpraca z Dorotą Koziarą układa się jednak pomyślnie już od wielu lat, czego efektem jest m.in. dzisiejsza wystawa. Jak tworzy się takie wieloletnie porozumienie?

 

Alessandro Mendini: Od początku spodobały mi się jej oczy.

 

Wszyscy wybuchamy śmiechem po tej pierwszej, dowcipnej odpowiedzi Mistrza i wiemy już, że dobrze zaczęliśmy.

 

Dorota Koziara: Historia naszego spotkania ma swoje początki w Poznaniu. Po studiach pracowałam jako asystent na Poznańskiej ASP, ale kiedy wygrałam stypendium zagraniczne, jako jedna z pierwszych w dziedzinie projektowania, wyjechałam do Rzymu. Tam, na jednej z konferencji, poznałam Alessandro Mendiniego, który opowiadał o wykorzystaniu mozaiki szklanej w architekturze współczesnej. Przez zupełny przypadek i wariactwo mojego kolegi z Brazylii, który chciał się koniecznie fotografować ze wszystkimi słynnymi postaciami, mimo że nie chciałam – mieliśmy wspólne grupowe zdjęcie z Mistrzem. Alessandro wówczas był w Polsce tylko raz, kiedy jako dyrektor „Domusa” przygotowywał materiał o polskim plakacie do tegoż magazynu. Rozmawialiśmy chwilę i Alessandro powiedział krótko: „Dziecko, ty studiujesz design w Rzymie? Tutaj się nie studiuje designu. Przyjedź do Mediolanu odwiedzić moje studio”. Pojechałam. Jeden z kolegów, również po poznańskiej ASP, powiedział mi, żebym koniecznie zabrała ze sobą dokumentację moich prac. Pamiętam, że myślałam sobie wtedy (bo taka była trochę nasza mentalność), że co ja będę moimi pracami zawracać głowę takiemu mistrzowi. Niemniej jednak przygotowałam tę dokumentację i ją zaprezentowałam. A Sandro zapytał, czy nie byłabym zainteresowa­na stażem u niego w studio.
Po stażu bracia Mendini zaproponowali mi pracę. Myślałam, że to będzie rok, współpraca jednak przerodziła się w wieloletnią. W międzyczasie wygrałam konkurs rzeźbiarski i musiałam zdecydować, czy duże rzeźby realizować w Polsce, czy wynająć studio w Mediolanie. Wtedy były jeszcze zamknięte granice, konieczne stosy papierów i pozwoleń na przewożenie dzieł sztuki. Ze względu na komplikacje zdecydowałam się na wynajęcie własnego studia w Mediolanie, mieszczącego się przy tej samej ulicy co Atelier Mendini. W ciągu dnia pracowałam w Atelier Mendini, a wieczorami w moim studio. W 2005 zorganizowałam, w tym właśnie studio, pierwszą wystawę Polskiego Designu w ramach Salone del Mobile w Mediolanie.

 

Alessandro Mendini: W projektach Doroty widać połączenie kultury polskiej i włoskiej. W swojej twórczości wykorzystuje wątki ważne dla obu kultur. Można bez wątpienia stwierdzić, że jest ambasadorką polskiego designu na świecie. Od lat buduje most między naszymi krajami. Taka działalność jest bardzo trudna do zorganizowania i zrealizowania. Dorota przez lata włożyła w nią niezwykle dużo energii.

]]>
Od słowa do słowa https://lesma.org/od-slowa-do-slowa/ Mon, 17 Oct 2016 01:51:51 +0000 http://lesma.org/?p=370 Otaczają nas na co dzień. Teraz, kiedy czytacie ten tekst, również są obecne i sprawiają, że za ich pośrednictwem komunikujemy się z Wami. Jednak świat liter – bo o nich mowa – pozostaje dla większości z nas zupełnie nieznany. Viktoriya Grabowska zawodowo i z pasją zajmuje się tworzeniem krojów pism, bo projektantem liter nie sposób być bez tej iskry, która pozwala pracować nad jednym tylko krojem przez długie miesiące, a czasem nawet lata.

 

— Po co nam ta różnorodność? Dlaczego wciąż powstają nowe fonty?
Typografia to dziedzina, która nieustannie ewoluuje. Projektowanie nowych krojów pisma wynika przede wszystkim ze zmieniających się potrzeb. Mając do opracowania konkretny tekst, chcemy w nim uporządkować informacje, pewne rzeczy musimy wyróżnić. Może zacznę od przykładu kursywy i odmiany prostej. Dziś używamy kursywy jako wyróżnika w kontekście odmiany prostej. Natomiast początkowo były to dwa osobne systemy. Całe książki składano kursywą. Obecnie diametralnie zmieniła się jednak ilość i struktura informacji, z którymi mamy na co dzień do czynienia. Jesteśmy atakowani tak wieloma komunikatami, że wymagają one pewnego uporządkowania, struktury. W dodatku są różne środowiska, w których te komunikaty funkcjonują: druk, ekran. Potrzebujemy narzędzi, by sobie z tym poradzić. Kroje powstają w odpowiedzi na konkretne funkcje. Ważna jest również kwestia formy zmieniającego się języka wizualnego. Nowe kroje powstają tak samo jak ubrania czy meble. To wszystko jest pewną refleksją na temat czasu, w którym żyjemy. Na temat tego, kim chcemy być, kim chcemy się czuć.

 

— Efektami pracy projektantów krojów jesteśmy otoczeni na co dzień. Mimo wszystko, to bardzo mało znana dziedzina. Skąd Twoje zainteresowanie tworzeniem krojów pism?
Myślę, że to normalne, że ludzie mało wiedzą o tej dziedzinie. Wcze­śniej typografem był ktoś posiadający drukarnię, maszyny, zestaw czcionek. Dziś każdy pracuje z tekstem, a więc każdy używa narzędzi typograficznych w sposób bardziej lub mniej świadomy. To, że ja zaczęłam się zajmować projektowaniem krojów wynika z kilku różnych powodów. W trakcie studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu (dziś Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu) przyszłam do Pracowni Projektowania Litery prowadzonej przez Profesora Krzysztofa Kochnowicza i asystenta Wojtka Janickiego. Trafiłam tam z bardzo małą świadomością tego, czym jest projektowanie krojów. Chciałam spróbować, wydawało mi się to istotne w kontekście programu moich studiów. Praca nad literami sprawiała mi dużą przyjemność, wkrótce zorientowałam się, że mnie to zupełnie pochłonęło. Z drugiej strony, zawsze interesował mnie język. Moi rodzice są lingwistami. Wychowa­łam się na Krymie, ale dosyć wcześnie przeprowadziłam się do Polski. Musiałam szybko nauczyć się polskiego, był to moment kiedy zdałam sobie sprawę, że język, jakość komunikacji, jej forma, precyzja są bardzo związane z naszą interakcją z otoczeniem. Język jest jednym z najważniejszych czynników determinujących rodzaj naszej relacji z otoczeniem. Czym innym jest umieć zapytać, jak dojść na przystanek, a czym innym umiejętność zbudowania bardziej złożonej rozmowy, i tym samym interakcji z drugą osobą. Język wpływa na jakość relacji, na sposób, w jaki poruszamy się w otoczeniu, na sposób, w jaki żyjemy. Typografia dotyka bardzo podobnych tematów, tylko od nieco innej strony. Jest to również budowanie komunikatu, tworzenie języka wizualnego. Każdy z nas jest otoczony dużą ilością informacji tekstowych i nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy, one na nas oddziałują. Nie tylko pod względem treści, ale też formy. Przeczytasz prawie wszystko, papier też zniesie wszystko, ale jak się będziesz z tym czuć, to już inna sprawa.

 

— Jakie projekty sprawiają, że Ty czujesz się dobrze? Co cieszy Cię najbardziej?
Interesują mnie różne zadania. Pro­jekty, które odpowiadają na konkretne wyzwanie, konkretną funkcję, dają sporo satysfakcji. Tu często jest mniej miejsca na ekspresję. Jeżeli wiem, że odmiana kroju będzie używana w wielkości 5 punktów, to muszę narysować litery tak, żeby się dało się dobrze zreprodukować i przeczytać. Z drugiej strony lubię też tworzyć bardzo charakterystyczne, displayowe pisma o sporym nacechowaniu emocjonalnym. W ich przypadku nie ma dużego rygoru czytelności. Mogę sobie wtedy pozwolić na eksperymenty i eksploracje materii pisma. Badam, jak daleko mogę nagiąć szkielet litery, który wszyscy mamy w pamięci. Lubię łączyć źródła inspiracji pochodzące z różnych okresów historycznych albo z różnych rodzajów klasyfikacji krojów. To jest również rodzaj pewnego poznawania. Gdziekolwiek jadę, fotografuję litery, mam sporo zdjęć z ulicy, często są przedziwne, nieraz pokrzywdzone. To dla mnie bardzo interesujące, jako forma przejawu i interpretacji pisma. Jeśli ktoś wyciął sobie z folii nożyczkami szyld albo namalował na bramie, to zawsze ciekawi mnie, skąd wziął te kształty.

 

— A jak w takim razie powstają Twoje litery? Domyślam się, że to nieco bardziej skomplikowane niż nożyczkowa wycinanka.
O każdym projekcie, nad którym pracowałam, mogłabym opowiedzieć osobną historię. Jest jeden, nad którym pracuję od dłuższego czasu. To krzyżówka pisanki i gotyku, czyli coś dość dziwnego – taki genetyczny miks. Przy jego tworzeniu inspirowałam się m.in. liternictwem ulicznym, tagami. To rodzaj mojego badania pisma na własną rękę i doświadczania, na ile coś może być formą, ale jeszcze cały czas treścią. Moje autorskie projekty zazwyczaj zaczynam od ręcznych szkiców. Koncepcja jest za każdym razem inna i łatwiej mi ją zdefiniować najpierw na kartce. Odległość pomiędzy głową a ręką jest mniejsza, niż pomiędzy głową a komputerem. Komputerowe narzędzia do projektowania liter są bardzo precyzyjne, to jest ważne na dalszych etapach pracy, ale na początku procesu projektowania bardziej mi to przeszkadza niż pomaga. Są projektanci, którzy od razu zaczynają pracę na komputerze. Na kolejnym etapie projektuję zestaw znaków bazowych, który później poszerzam. Pojedyncza odmiana kroju ma najczęściej kilkaset znaków. Pilnuję, by nie pójść za szybko w ilość. Wolę zdefiniować to, co najważniejsze, na niewielkim zestawie znaków, żeby mieć nad nimi jak największą kontrolę, móc określić je w kontekście funkcji i języka wizualnego. Później dookoła tego powstaje cały mikrokosmos. Zajmując się projektowaniem krojów, musisz się tym jarać. Inaczej nie da się tego robić. Jest dużo elementów procesu, które większość ludzi uznałaby za zwyczajnie nudne. Jest ekscytujący etap projektowy, ale jest też etap produkcyjny, momentami bardzo nużący. Trzeba mieć pewien rodzaj determinacji, która pcha Cię do wykonywania tej pracy.
Poza tworzeniem własnych krojów współpracuję z innymi autorami, projektuję i konsultuję adaptacje cyryliczne do ich krojów, pomagam w rozbudowywaniu krojów pisma. Często są to rzeczy bardzo odmienne od mojego portfolio, i to jest świetne, bo te doświadczenia zabierają mnie gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam.

 

— Opowiedz więcej o swoim bieżącym projekcie. Do czego będzie można użyć tego kroju?
Rymex bedzie dobrze wyglądał w nagłówkach, jak chociażby w tytule tego wywiadu.Sprawdzi się też przy tworzeniu identyfikacji wizualnych, w sytuacjach, które wymagają od kroju więcej charakteru, a przy okazji są trochę luźniejsze pod względem czytelności. To projekt na pograniczu dwóch różnych klasyfikacji pisma i dwóch różnych alfabetów – łaciny i cyrylicy – które oddziałują na siebie chociażby pod względem rytmu tekstu. Łacina jest bardzo pionowa i uporządkowana, a cyrylica – a właściwie źródło, którym ja się inspiruję, skoropis (czyli rodzaj cyrylicznej kursywy), operuje dużą liczbą skosów. To determinuje bardziej dynamiczny rytm tekstu. Wygląd pisma łacińskiego jest z kolei w dużej mierze zdefiniowany przez kształt płaskiego pióra, które automatycznie zmuszało do określonego ułożenia cienkich i grubych elementów. Teraz, nawet jeśli projektuję geometryczny krój, który na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego z kaligrafią, muszę takie rzeczy wiedzieć. Muszę mieć świadomość, co jest przyjęte jako cienkie w literze, a co jako grube.

 

— Coraz rzadziej komunikujemy się przez dłuższy tekst. Ciężar komunikacyjny przeniósł się mocno na obraz, nie na komunikat tekstowy. A wspomniałaś, że zapotrzebowanie na nowe kroje pisma rośnie. Co powoduje że typografia wciąż się rozwija?
Zawsze będziemy potrzebowali informacji tekstowych. Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek przerzucili się całkowicie na obraz. Ciekawym zjawiskiem z pogranicza tekstu i obrazu są emotki. Ten temat zwraca coraz więcej uwagi i coraz większa jest potrzeba pewnego uporządkowania tych znaków. Są już próby systematyzacji, a więc zaczynają one zachowywać się jak pismo. Tak czy inaczej tekstu jest coraz więcej. Myślę, że to nieprawda, że dziś nie czytamy. Czytamy, tylko inaczej – bardziej na wyrywki. To po prostu inny rodzaj percepcji tekstu.

 

— Jak to się dzieje, że konkretny krój zdobywa światową „sławę”?
Wiele czynników ma znaczenie. Ważne jest to, w jaki sposób krój odpowiada na potrzeby projektantów graficznych, miejsce na rynku, które wypełnia, a także pozycja i praca wytwórni, która go dystrybuuje. O tej popularności decyduje czasem po prostu splot wydarzeń. Często popularność jest podyktowana faktem, że krój został dołączony do konkretnego oprogramowania, rozpowszechnionego na całym świecie. Całkiem sporo krojów zyskuje też popularność przez fakt, że są darmowe. Niedawno spędziłam miesiąc na rezydencji w Ditchling Museum of Art + Craft, które świętowało właśnie jubileusz kroju londyńskiego metra. Johnston Sans został zaprojektowany przez Edwarda Johnstona, który wniósł również ogromny wkład w rozwój łacińskiej kaligrafii. Zakochałam się w tym kroju od pierwszego spojrzenia, kiedy kilka lat temu po raz pierwszy przyjechałam do Londynu. Właściwie można powiedzieć, że ten krój jest krojem korporacyjnym sprzed 100 lat, zachowanym w prawie niezmienionej formie. Uczniem Johnstona był Eric Gill, który jest z kolei autorem fontu Gill Sans.

 

— A ten krój kojarzę.
Pewnie dlatego, że jest on załączony do Twojego oprogramowania. Dziś Gill Sans jest wszędzie. Ale zanim do tego doszło, Monotype – firma zajmująca się dystrybucją krojów – podpisała umowę na ten projekt z Ericem Gillem. Johnston Sans był mocną inspiracją dla tego kroju. Istnieje list, w którym Gill pisze do Johnstona, że stworzony przez siebie krój pisma i wszystko, co w nim najlepsze zawdzięcza projektowi nauczyciela. Johnston Sans jest częścią londyńskiego metra, a nawet więcej – współtworzy identyfikację miasta. Gill Sans jest jednak rozpowszechniony na znacznie szerszą skalę. O wspomnianej przez Ciebie „sławie” decydują więc różne sytuacje, czasami nawet przypadki. Projektując krój i udostępniając go na rynku, nie przewidzisz, do czego zostanie użyty. Kroje, które udostępniłam na Google Fonts zdarza mi się spotykać w przeróżnych miejscach i okolicznościach. Są narzędziami – to, w jaki sposób ktoś ich używa, jest już poza moją kontrolą.

]]>
pstryk, pyk, puk, bęc https://lesma.org/pstryk-pyk-puk-bec/ Mon, 17 Oct 2016 00:40:30 +0000 http://lesma.org/?p=339 Występ solowy śpiewaka, pianisty albo skrzypka – do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Ale czy zdarzyło się Wam kiedyś wysłuchać solowego koncertu perkusyjnego?

 

— Niemal każdemu z nas słowo „perkusja” przywodzi na myśl obraz rockowego zespołu – a po sukcesie filmu „Whiplash” może jeszcze jazzowego big bandu – i mężczyzny siedzącego za zestawem bębnów i talerzy.
Zgadza się. To bardzo powszechne wyobrażenie. W potocznym rozumieniu perkusista to ktoś, kto gra na wspomnianych przez Ciebie bębnach, czyli na zestawie znanym z muzyki rozrywkowej. Wiele osób sądzi, że na tym kończy się perkusja. Ja na bębnach gram sporadycznie i dla przyjemności – na co dzień koncentruję się przede wszystkim na perkusji klasycznej, która wywodzi się z muzyki symfonicznej. W XVII wieku perkusja to były po prostu dwa kotły stanowiące podporę harmoniczną i dodatek, akompaniament dla reszty instrumentów. Górą były zawsze instrumenty smyczkowe. Rozwój perkusji w muzyce klasycznej to dopiero początki XX wieku. A ja zajmuję się jeszcze czymś nieco innym – repertuarem solistycznym wykonywanym na instrumentach z całego świata, który zaczął się rozwijać w drugiej połowie XX wieku. Także wyobraź sobie, jakie to wszystko jest nowe i młode. Choć trzeba przyznać, że aktualnie perkusja rozwija się w niezwykle szybkim tempie, zarówno pod kątem instrumentarium, jak i repertuaru oraz techniki grania.

 

— Skąd akurat teraz taki wzrost zainteresowania?
Myślę, że to jest na tyle nowy instrument, że współcześni kompozytorzy – a to od nich zależy, czy muzycy będą mieli co grać – są po prostu nim zaciekawieni. Skrzypce i tradycja grania na nich jest długa i znana w środowisku muzycznym. A zawsze przychodzi moment, kiedy człowiek chce czegoś więcej. Liczba instrumentów perkusyjnych jest tak duża, że sporo czasu trzeba poświęcić na samą umiejętność rozróżniania ich na podstawie brzmienia, nie mówiąc już o graniu. To są bardzo trudne instrumenty, wymagające odpowiedniej techniki, którą ćwiczy się nieraz całe życie, tak jak grę na fortepianie czy właśnie na skrzypcach. W Indiach istnieje np. specjalizacja tablista, czyli ktoś, kto gra na tablach i tylko tym jednym instrumentem perkusyjnym się zajmuje. Żeby dojść do wysokiego poziomu, trzeba temu poświęcić życie.

 

— Czy to właśnie ta różnorodność sprawiła, że wybrałeś perkusję?
Nie było to u mnie aż tak przemyślane. Zacząłem grać na perkusji, bo od zawsze ciągnęło mnie do wszystkiego, co jest związane z pulsem. Niezależnie od rodzaju muzyki liczył się dla mnie przede wszystkim rytm.

]]>
Oparta na zapachu https://lesma.org/oparta-na-zapachu/ Sat, 15 Oct 2016 18:38:10 +0000 http://lesma.org/?p=323 Mimo że zapach jest ulotny, to w naszej pamięci zostawia trwały ślad. Czyni miejsca, ludzi, historie i emocje rozpoznawalnymi. Marta Siembab jako pierwsza w Polsce ze znajomości zapachów i zmysłu węchu uczyniła zawód. Miała dobrą intuicję. Na czym polega jej praca i jak odnaleźć własną ścieżkę, zdradza nam w rozmowie. Wystarczy nie opierać się zmysłom.

 

 

— Twoja rozpoznawalność ostatnio rośnie – intensywnie pojawiasz się w mediach: telewizji, radiu i prasie. Jest „boom na Panią” – mówią. Faktycznie jest na Ciebie boom?
Ciekawe jest to, co mówisz, że ta rozpoznawalność rośnie ostatnio, bo w mediach jestem od roku 2006. Wtedy zaczęłam zawodowo zajmować się węchem i zapachem. W czasie tych dziesięciu lat rzeczywiście było kilka ważnych dla mnie momentów zwrotnych i skokowego wzrostu zainteresowania tym, co robię. Ale moja obecność w mediach, mniejsza czy większa, nie bierze się znikąd. Nie da się zbudować rozpoznawalności, nie mając nic do zaoferowania.

 

­­— W takim razie za co kochają Cię media?
Po pierwsze – temat, którym się zajmuję, jest ciekawy. Nie tylko dlatego, że jest mało poznany, ale dlatego, że dotyczy ludzi. Ludzie lubią zapachy, tylko nikt im nigdy wcześniej nie dawał możliwości przyjrzenia się im, bawienia się zmysłem węchu. To mnie też mobilizuje do ciągłych poszukiwań. Zawsze chcę mieć coś nowego, ciekawego do powiedzenia – taki jest mój ambitny plan. Nie powtarzać się. Sprawdzać różne kierunki. Być otwartym. Po drugie – robię ciekawe rzeczy w ciekawy sposób. Jest to możliwe dzięki ludziom, których spotykam, którzy inspirują i od których się uczę. To, co mam do zaoferowania, to taka budowla, do której cegiełki przynoszą mi również inni. Siedząc sama w domu przy komputerze, nigdy w życiu nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz.

 

­­

— Zatrzymajmy się na chwilę w miejscu, w którym jesteś teraz. Jak wygląda Twoja praca?
Moje życie to wiele projektów, podróży. Wszystko się rozkrzewiło w kilku różnych kierunkach. Śmieję się, że czuję się jak ośmiornica, która w każdej macce trzyma coś innego. I muszę przyznać, że bardzo mi to odpowiada – jest niesamowicie energetyzujące. Co jakiś czas robię sobie przegląd tych kierunków i zadaję pytanie: jaką nową galaktykę chciałabym zasiedlać? Dziś mogłabym odpowiedzieć, że są trzy planety, na których buduję miasta. Pierwsza z nich to ogólnie pojęta sensoryka. Od kilku lat pasjonuje mnie sense branding, czyli budowanie marki i doświadczenia klienta w oparciu o zmysły. Szczególnie kręci mnie budowanie smellscapes, czyli krajobrazów zapachowych – to nowa usługa, którą przygotowaliśmy razem z Maciejem Kaweckim ze studia Brandburg. Połączenie smaku i zapachu to moja druga planeta – złapałam kulinarnego bakcyla i wspólnie z Wine Coachem, prywatnie moim bratem, zaprojektowałam warsztaty łączące wino i perfumy. Z Michałem i Aleksandrem Baronem stworzyliśmy też projekt „Mouth-to-nose”, czyli multisensoryczne doświadczenie na styku zapachu, smaku i dotyku. W Warszawie dojrzewają też sekretne nalewki, które skomponowaliśmy wspólnie z Julianem Karewiczem, będą gotowe na zimę. Trzecia to praca z dziećmi: od warsztatów dla maluchów, dających im możliwość poznania świata przez zmysły, po pracę z terapeutami dziecięcymi i rozpoznawanie znaczenia zapachu w rozwoju człowieka. Pracuję z samymi maluchami, ich rodzicami, a nawet położnymi, współtworzę festiwale designu dla dzieci, odwiedzam z warsztatami szkoły i przedszkola. Jest więc tak, że jednego dnia robię rzecz bardziej koncepcyjną, drugiego eventową, trzeciego naukową – to jest fajne. I kiedy słyszę pytanie: „Co Pani robi na co dzień?”, to patrząc na to wszystko, mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć „Nie ma <na co dzień> w mojej pracy”.

­­

 

— Zgłębmy trochę wątek pierwszej planety, czyli sense brandingu. Czym jest, o co w nim chodzi…

]]>