muzyka – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png muzyka – TUU https://lesma.org 32 32 Dagadana https://lesma.org/dagadana/ Sun, 24 Jun 2018 17:24:41 +0000 http://lesma.org/?p=879 Grajo gracyki, skaco koniki

Oj wyrzondzaj sia nadobna Marysiu

rozmyślaj sia oj wyrzondzaj sia

nadobna Marysiu

 

Siadajcie! Czego się napijecie? Kawy, herbaty? Chińskie specjały właśnie się kończą, więc jutrzejsza podróż do Qingdao w prowincji Szantung jest bardzo w punkt. W ogóle uważam, że aby docenić to, co się ma, trzeba ruszyć dalej w świat. 

 

— Poprosimy o herbatę (a na tę chińską z chęcią zawitamy u Ciebie raz jeszcze). Wasz polsko-ukraiński skład w świat rusza całkiem często i to ku dosyć nieoczekiwanym stronom.

To prawda. Występowaliśmy na pustyni, w kopalni, w slumsach Rio de Janeiro, w chińskich wioskach, wśród Beduinów i kóz. Były też prestiżowe festiwale i sale koncertowe w 21 krajach – granice nie mają dla nas znaczenia, zdecydowanie bardziej wolimy budować mosty. Nasza muzyka nie ma z modą i trendami za wiele wspólnego. Jest raczej rodzajem przebudzania świadomości, którym nie rządzi żaden biznesplan. Nie ma tu niczego sztucznego, wszystko przychodzi naturalnie: folk, tradycyjne zaśpiewy, jazz, poezja, elektronika. W różnych tradycjach muzycznych znajdujemy zaskakujące podobieństwa, ale też interesujące różnice, które sprawiają, że każda kultura jest wyjątkowa.

 

Nie będę się kłopotała

Wysokiego będę miała

Wysokiego niczym sosna

A ja będę przy nim rosła

 

— Na początku stanowiliście trio, ale wiemy, że wszystko tak naprawdę zaczęło się od Ciebie i Dany.

Nasz kłębek DagaDana zaczął się snuć nietypowo. Studiowałam sobie w najlepsze geoinfromatykę i, chociaż nie miałam wykształcenia muzycznego, to muzyka była mi bardzo bliska. Organizowałam wiele koncertów dla różnych niszowych muzyków. Któregoś lata spędzałam wakacje nad naszym morzem, w małej miejscowości Chłopy. Był tam klub karaoke, kompletna nuda i nic do roboty. Uznałam, dla hecy, że jeśli już śpiewać karaoke, to najlepiej takie najgorsze zło i wykonałam „Mydełko Fa”. Tę nietypową imprezę prowadził Wacław Węgrzyn z zespołu The Ślub. Po moim oryginalnym wykonaniu zaproponował duet i zaśpiewaliśmy „Sweet Dreams” Eurythmics. Okazało się, że nasze głosy współbrzmią idealnie. Od następnego dnia codziennie po parę godzin muzykowaliśmy razem. Po tej nitce zaczęłam poznawać kolejnych muzyków, aż trafiłam na pierwsze w życiu warsztaty muzyczne w Krakowie, na których jedną z prowadzących była Lora Szafran. Każdy z uczestników musiał wykonać przed nią i wszystkimi zebranymi jeden standard jazzowy. To było dla mnie spore przeżycie, bo wcześniej nie śpiewałam utworów z tego gatunku. Po moim dość krępującym występie podeszła do mnie Dana, która również brała udział w warsztatach, łamaną polszczyzną wychwaliła i poprosiła, żebym nie zmarnowała swojego talentu. Te słowa w tamtym momencie były mi bardzo potrzebne i dały wiatru w skrzydła. Wymieniłyśmy się kontaktami i nasze drogi na pewien czas się rozeszły. Przy kolejnym spotkaniu z Daną zaproponowałam, żebyśmy zrobiły coś wspólnie. Tak się zaczęło, a dziś obchodzimy już dziesięciolecie naszego zespołu. Dołączyli do nas Mikołaj Pospieszalski (kontrabas, gitara basowa, skrzypce) oraz po kilku latach Bartek Mikołaj Nazaruk na perkusji. Ja odpowiadam za wokal i elektronikę, Dana Vynnytska za wokal oraz instrumenty klawiszowe.

 

Nie będę się kłopotała

Wysokiego będę miała

Wysokiego niczym dumbek

A ja przy nim jak gołumbek

 

— Z cytatów z ludowych przyśpiewek moglibyśmy całą rozmowę zbudować, tylko teksty folk już nie tak znane, a szkoda, bo wszystkie mądrości w nich można usłyszeć. „Wszystkie mają po chłopoku” to utwór, który znalazł się na płycie „Dlaczego nie” nominowanej do Fryderyka 2012 w kategorii Album Roku Folk/Muzyka Świata. Ale Wasze sukcesy płytowe zaczęły się właściwie już od debiutanckiego krążka.

Wydaliśmy dotychczas cztery płyty – pierwszą pt. „Maleńka” w 2010 roku. Dostaliśmy za nią Fryderyka i od tego momentu ruszyły nasze podróże. Jedną z pierwszych odbyliśmy do Maroka, gdzie poznaliśmy wspaniałego muzyka Hmada Ait Ibrahima, z którym razem występowaliśmy i finalnie nagraliśmy wspomnianą przez Ciebie płytę „Dlaczego nie”. Trzecie wydawnictwo to „List do Ciebie”, powstałe w oparciu o wiersze Janusza Różewicza, najstarszego z braci Różewiczów, o którym niestety mało kto słyszał. Kiedy dostałam tę poezję do rąk, zapadłam się w fotel i spędziłam cztery godziny na czytaniu. Wspólnie z zespołem zaaranżowaliśmy trzy teksty i pod wpływem niesamowicie pozytywnego odbioru publiczności postanowiliśmy wydać cały krążek. Wiersze okazały się bardzo aktualne i współczesne. Historie w nich zawarte działy się 70 lat temu, ale opowiadają o uniwersalnych wartościach, z którymi każdy może się identyfikować. Na koncertach prosiliśmy publiczność o napisanie prawdziwych listów, Poczta Polska udostępniła do tego celu oryginalną starą skrzynkę pocztową, do której trafiały nowe historie naszych słuchaczy.

 

— Wasza ostatnia płyta „Meridian 68” jest niezwykle zróżnicowana. Można na niej usłyszeć tradycyjne piosenki z różnych regionów Polski, ludowe pieśni ukraińskie i łemkowskie oraz jeden utwór w języku chińskim. A wszystko to w absolutnie niecodziennych, bardzo współczesnych, aranżacjach. Niezwykły klimat całej kompozycji nadają też dalekowschodnie brzmienia i charakterystyczny gardłowy śpiew alikwotowy. Czy za tym wydawnictwem również kryje się jakieś niecodzienne spotkanie?

A jakżeby inaczej. W 2012 roku, na zaproszenie Ambasady Polskiej, znaleźliśmy się w Pekinie. Mieliśmy zaplanowany tylko jeden występ, ale uznałam, że skoro przelecieliśmy tyle kilometrów, to szkoda nie pograć więcej. Poprosiłam więc naszego attaché kulturalnego – zresztą sinologa z Poznania – o kontakty z mediami i klubami oraz zapoznanie z lokalnymi muzykami. W ten sposób doszło do spotkania z dwoma artystami – wybitnym chińskim wiolonczelistą Aiys Songiem i Hassibagenem, pochodzącym z Mongolii, który oprócz wokalu wniósł brzmienie instrumentu o nazwie morin khuur. Po wspólnym występie słuchacze pytali, gdzie mogą nabyć płytę z usłyszanymi utworami. To pytanie zabraliśmy do Polski i po powrocie pracowało ono w naszych głowach. Musieliśmy więc po prostu nagrać ten album. Na płycie dodatkowo wystąpił z nami Frank Parker Junior, świetny muzyk z Chicago, oraz Marcin, Szczepan i Lidia Pospieszalscy. Nasza polsko-ukraińsko-chińska płyta powstawała w dość niecodziennych okolicznościach. Nagrywaliśmy w Pekinie i Częstochowie. Musieliśmy się mierzyć z przeróżnymi komplikacjami technicznymi, przedziwnymi kontuzjami i trudnościami komunikacyjnymi. Szczęśliwie, dzięki wsparciu wielu instytucji i naszej determinacji, dotarliśmy do celu.

 

— Dziesięć lat istnienia zespołu to już pokaźna liczba. Czy poza muzyką spaja Was coś jeszcze? 

Cementem naszej drużyny i jej najważniejszym spoiwem jest przyjaźń.Ten zespół właściwie przerodził się już w rodzinę, Dana stała się moją siostrą, ja jestem matką chrzestną jej córeczki, a chłopcy są dla nas jak bracia. Dana mieszka we Wrocławiu, ja krążę między Poznaniem i Warszawą, Mikołaj jest na stałe w Krakowie i Częstochowie, a Bartek w Warszawie, choć pochodzi z Sejn. Taki kalejdoskop. Po tych dziesięciu latach wiemy już, że chcemy dalej ze sobą dojrzewać i razem się zestarzeć. Myślimy podobnie, mamy długodystansowy plan – wspólnie grać do emerytury. Esencja naszej twórczości zawarta została w dokumencie „DagaDana – świat bez granic”, powstałym podczas naszej podróży do Chin, Malezji, Indonezji i Singapuru. Film zrealizował Paweł Zabel, a jego premiera odbędzie się niebawem.

 

Wyleć ptaszku z tego gniazdka, 

Na którym siadasz

I powiedz mi nowiniejkę

Co o mnie gada?

 

— Nakręcono o Was film dokumentalny, koncertujecie na całym świecie, nagraliście płyty, które zdobyły uznanie krytyków i publiczności. Co jeszcze chcielibyście osiągnąć?

Nie czekamy na żaden spektakularny sukces. Mamy przekonanie, że już go osiągnęliśmy, bo możemy robić to, co kochamy. Jutro lecimy na kilka koncertów do Chin – ja z domu na lotnisko mam siedem minut piechotą, z czego korzystam dość często. Bardzo mnie cieszy ten tryb życia i fakt, że mam możliwość odnajdywania prawdziwej muzyki – w sobie i dookoła. Podróże są dla nas bardzo ważne, bo przy tym rodzaju muzyki, który my wykonujemy, trzeba wiedzieć, skąd dany utwór pochodzi. A do tego niezbędne jest spotkanie z ludźmi, którzy są żywym przykładem tego, jakie są nasze korzenie. Dlatego regularnie jeżdżę np. do pani Ani Chudy na Biskupiznę, uczyć się od niej pieśni. Dobre śpiewaczki znają ich setki i mogą je wysypywać jak z rękawa, właściwie dla danej sytuacji. Wielu przyśpiewek nauczyłam się od babci śpiewającej wieczorami w kuchni różne wielkopolskie nuty. W ogóle uważam, że to wielki przywilej, że jestem stąd – z Poznania. Przyjaciele, którzy mnie odwiedzają, dziwią się, ilu tu fajnych i ciekawych ludzi. To chyba taki mój osobisty sukces, że odnalazłam życiowe powołanie – bycie muzykantem z poznańskiej Ławicy i zamiast geoinformatyki, uprawianie geografii muzycznej.

 

Nadjechał ci jo Jasianiek młody

Pódźze dziewcyno w lepse jegody

Na cóz mnie lepsych jegodów sukać

Kedy ja ji tech ni mom w co wsypać

Za górkę zasła w roncańki klasła

Jeseć ja w lepse jegody zasła.

 

— Na zakończenie rozmowy, po otrzymaniu płyty„List do Ciebie”, obiecuję, na prośbę Dagi, wysłać list do przyjaciela. Trudna rzecz, mam adresy i trochę zapomnianych adresatów. Często ciepło o nich myślę, a jednak kontakt utknął gdzieś w przestrzeni. Dzięki tej rozmowie dostałam motyw do osobistych podróży i wycieczek. Dziękuję.

 

dagadana.pl

]]>
Będę robił wszystko https://lesma.org/bede-robil-wszystko/ Sun, 22 Apr 2018 13:17:09 +0000 http://lesma.org/?p=801 Skąd bierze się pomysł na płytę? Znienawidzone przez muzyków pytanie. A przecież odpowiedź może być piękna. U Wojtka Grabka, zwanego po prostu Grabkiem, wszystko zaczęło się od zdjęcia Ziemi i Księżyca widzianych spomiędzy pierścieni Saturna, zrobionego przez sondę Cassini. A potem był zeszyt nutowy, nagrania w piżamie i tak wypełnił się „Day One”.

 

Opis z Wikipedii oznajmia: polski multiinstrumentalista, kompozytor, twórca muzyki elektronicznej. Kim według Grabka jest Grabek? Lubię upraszczać sprawy. Odpowiem więc, że jestem po prostu muzykiem. Nie zagłębiam się w to, czy jestem bardziej instrumentalistą, wokalistą czy producentem – to są technikalia. Od samego początku staram się odnaleźć wśród różnych etykiet, które stopniowo się do mnie przyklejają, raz nawet bezskutecznie próbowałem coś usunąć na Wikipedii. Porównywano mnie już do Thoma Yorke’a czy do Radiohead – oczywiście bardzo ich cenię, ale jeśli miałbym optować za jakąś etykietą, to wystarczy po prostu muzyk.

 

Nie dajemy się zbić z tropu tym skrótowym podejściem do sprawy. Podsyca ono wręcz naszą dociekliwość. Nurtuje nas szczególnie sześcioletnia twórcza cisza, która zapadła u Grabka po pierwszych dwóch płytach. Pomiędzy drugą a obecną płytą nie robiłem nic związanego z muzyką. Sparzyłem się trochę na moich wyobrażeniach wobec show-biznesu. Miałem w głowę bajkę, że to wszystko jest takie piękne, ludzie cię kochają, media cię kochają, ale czar szybko prysł. Poza tym jestem bardzo rodzinnym człowiekiem. Dwunastoletnia córka Grabka na spotkanie przyszła razem z tatą. Możliwe, że niekoniecznie z własnej woli, ale radzimy sobie i w miłej atmosferze prowadzimy naszą rozmowę. Czasem tylko Lili badawczo spogląda na ojca, czy jest pewien, że chce powiedzieć, to co mówi. Nie chciałem obudzić się w wieku czterdziestu paru lat i stwierdzić, że nie znam swojego dziecka, bo nie było mnie w ważnym okresie jej dorastania. Następuje dłuższa pauza, chwila namysłu… I żona. Tak, żona jest ważna. Ewidentnie w tej sześcioletniej przerwie musiałem sobie pewne rzeczy w głowie poukładać. Śmiech. Dzięki temu do trzeciej płyty podchodzę z zupełnie innym nastawieniem. A właściwie bez nastawienia i bez oczekiwań. Oczywiście mam pewien plan, ale jest on bardzo organiczny. Nie mam parcia na scenę, na media. Nie buduję w głowie żadnej wielkiej trasy koncertowej, jak to miało miejsce przy poprzednich płytach. Wydaje mi się, że zrobiłem fajną rzecz i chciałbym, żeby dotarła do jak największej liczby osób, ale najlepiej własnym torem. Nie wiem, czy to się uda. Żyjemy w dziwnych czasach, potrzebujemy określonych etykiet, żeby wiedzieć, co kupić i czego posłuchać, co jest OK, a co nie. Nie wiem, czy taki niemedialny i nieradiowy Grabek się w to wpisze.

 

Uspokajamy Grabka, że TUU na pewno się wpisze i znajdzie wygodne miejsce na stronach magazynu. Mimo że sam chciałby poprzestać na słowie „muzyk”, nalegamy, aby odpowiedział na pytanie, jak określiłby muzykę, którą tworzy. Długo nie wiedziałem, jak ją nazwać, ale na szczęście już wiem, co robię. Śmiech. To post classical experimental ambient. Otwieramy szeroko oczy i prosimy o wyjaśnienie każdego elementu krok po kroku. Post classical wynika z tego, że moją edukację muzyczną zacząłem standardowo – od szkoły muzycznej w Katowicach, w której zresztą od 53 lat uczy moja mama.Tam wszedłem na ścieżkę skrzypiec, liznąłem trochę pianina, ale skończyłem na szkole średniej. Jak mówiła moja mama, byłem bardzo zdolny, ale też strasznie leniwy. Badawcze spojrzenie Grabka na córkę, czy słucha tego fragmentu rozmowy. Nie słucha. Uff. Mama nie widziała mnie dalej w reżimie, który czeka każdego muzyka klasycznego. Poświęciłem się więc językom obcym i skończyłem studia na skandynawistyce. Miałem chyba 16 lat przerwy od skrzypiec. Post klasycyzm odnosi się do tego, że jednak, mimo lenistwa, bardzo dużo wyniosłem z klasycznej edukacji muzycznej. Fascynuje mnie minimalizm. Góreckiego uwielbiam od najmłodszych lat. Nie pamiętam tego, ale mama wspomina, że mając trzy lata, siedziałem przed telewizorem i oglądałem jego wykonania z rozdziawioną paszczą, nie wiedząc nawet, co oglądam. Mamy już post classical i z niecierpliwością czekamy na rozwinięcie dwóch pozostałych terminów. Experimental, bo łączę różne wątki – muzykę klasyczną z elektroniczną. Nie mam wykształcenia kompozytorskiego, po prostu tworzę tak jak czuję. Nie patrzę na to, czy w danym miejscu powinien się pojawić bridge czy inny element utworu. Ambient z kolei rozumiem jako przestrzeń i nastrój.

 

Jeszcze przed rozmową dowiadujemy się, że kosmiczna fotografia zainspirowała Grabka do nagrania trzeciej płyty, ale nie wiemy, co skłoniło go do nagrania pierwszej.

Do muzyki, po 16 latach ciszy, wróciłem trochę z zarozumialstwa. Słuchałem bardzo dużo i wydawało mi się, że chyba potrafię lepiej. To był pierwszy bodziec. Nie brzmi to pewnie najładniej, nie jestem z tego specjalnie dumny, ale jestem szczery. Z kolei do nagrania trzeciej płyty zmobilizowała mnie żona. Widziała, że coś mnie męczy. A ja owszem, przez tych kilka lat przerwy miałem dużo pomysłów, ale nie potrafiłem ich skanalizować. Na moje 40 urodziny żona zorganizowała nam wyjazd na Islandię, bo jestem zakochany w tamtejszych artystach, mistrzach 60-sekundowych reverbów. I tam na miejscu sprezentowała mi zeszyt nutowy.

 

Podsumowujemy wspólnie z zadowoleniem, że oczywiście wszystko dzięki żonie. Choć okazuje się, że do powrotu Grabka na scenę przyczynił się również fotograf Szymon Brodziak. 

Po jednym z moich koncertów Szymon podszedł i skomplementował mój występ i wymieniliśmy się telefonami. Jak to u mnie bywa, nastąpiło sześć lat przerwy. Śmiech. Ustalamy jednogłośnie, że Grabek to człowiek pauza. I to taki, który pomiędzy płytami nie zajmuje się muzyką. Za to tłumaczy z angielskiego i duńskiego na polski i odwrotnie. Na szczęście w zeszłym roku Szymon zaprosił mnie do uświetnienia muzyką wernisażu jego fotografii w Kazimierzu Dolnym. A ja zaprosiłem do współpracy Maję Koman. Głównie dlatego, że jest niezwykle utalentowaną wokalistką, ale też dlatego, że miałem już dość moich dotychczasowych utworów w oryginalnych aranżacjach. Straszna nuda. Przearanżowałem je więc na wokal Mai i moją elektronikę.

 

Najnowsze utwory Grabka powstały w jego własnym studio, które wybudował, żeby o każdej porze dnia i nocy, nawet w piżamie, móc coś nagrać. Sam zagrał, nagrał, zmiksował i wyprodukował całość „Day One”. Naszą uwagę zwrócił wyróżniający się na tle instrumentalnej całości jeden utwór wokalny.

Napisałem go w ciągu 10 minut i uważam, że to jest najlepszy tekst, jaki w życiu stworzyłem. Początkowo chciałem, żeby trzecia płyta była wyłącznie instrumentalna, ale uznałem, że ten utwór muszę na niej umieścić, bo prawdopodobnie już nigdy nie napiszę tak dobrego tekstu. Ogólnie uważam, że ta płyta po prostu mi wyszła, choć żona twierdzi, że mówienie w ten sposób stawia w złym świetle moje dotychczasowe dokonania. Śmiech. Mimo braku oczekiwań, trochę się obawiam tego, co będzie się działo dalej. Po sukcesie pierwszej płyty sodówa do głowy uderzyła. Chciałem jeździć po świecie, dawać koncerty. Po każdym występie czy audycji radiowej sprawdzałem, ilu mam dodatkowych fanów na Fb. To życie było jak narkotyk. Dla mojej rodziny to nie był przyjemny czas, bo podchodziłem do całej sytuacji bardzo egoistyczne.

 

W obawie, że Grabek mógłby zrobić kolejną kilkuletnią pauzę, szybko pytamy o jego dalsze plany. 

Najpierw premiera płyty, na stronie mojej wytwórni 090318.pl, a do tego oczywiście Spotify, iTunes, Deezer, itp. Potem pojawi się kolekcjonerskie wydanie płytowe i koncert premierowy w Meskalinie. W kwietniu zamierzam też wydać epkę z czterema lub pięcioma utworami i bardzo chcę nagrać krążek z Mają Koman. Myślę, że to tylko kwestia znalezienia wspólnego czasu. W trakcie tych wszystkich muzycznych działań na pewno będę kontynuował prace związane z moim wykształceniem filologicznym. Przy trzeciej płycie nauczyłem się ciekawej rzeczy. Przez jakiś czas jestem sobie artystą, potem ściągam czapeczkę artysty, nakładam czapeczkę osobnika, który siada przed komputerem i miksuje. A potem mogę też nałożyć czapeczkę tłumacza. Uważam, że nie ma jednego sposobu na bycie twórcą.

 

Kończymy. Po kilku godzinach rozmowy czas nałożyć czapeczkę taty i ruszyć do domu. Trzymamy Grabka za słowo, że po marcowej premierze nie utonie w wodzie sodowej.

A czytaliście manifest, który zamieściłem na stronie internetowej? Nie? Przeczytam Wam. Nawet moja żona, która jest pisarką powiedziała, że ładnie napisałem.

 

Rozmawiając jakiś czas temu z pokrewną duszą, doszliśmy do wniosku, że sygnowanie sztuki własnym nazwiskiem to odważny krok – pozbywasz się kryjówki, jaką czasami bywa pseudonim. Moje poprzednie płyty: EP „mono3some” i dwa albumy „8″ (Polskie Radio) i „duality” (Kayax) owszem – sygnowałem własnym nazwiskiem – jednak traktowałem Grabka jak kogoś mi obcego: Grabek nominowany do Fryderyka, Grabek zagra na Open’er Festival, Grabek pojawi się podczas Męskiego Grania, Grabek wystąpi jako support Olafura Arnaldsa, Grabek zagra u Kuby Wojewódzkiego, Grabek to, Grabek tamto…

Z wydaniem trzeciej płyty nadszedł czas, abym zaczął mówić o Grabku w pierwszej osobie. „Day One” to płyta z najbardziej osobistą muzyką, jaką w życiu napisałem; to opowieść – praktycznie bez słów – o bardzo konkretnie umiejscowionych w czasie narodzinach; opowieść o początkach nowego – bolesnych, pięknych, czasami trywialnych, czasem chaotycznych. Czy chcę tą płytą odciąć się od mojej muzycznej przeszłości? Nie wiem. Chyba nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Wiedzcie jedno: wraz z „Day One” daję Wam nie „Grabka” lecz siebie – bez trzeciej osoby, bez aury tajemniczości, bez całej tej niepotrzebnej otoczki. To będę ja i mój „Dzień Pierwszy”.

]]>
She is rosalie https://lesma.org/she-is-rosalie/ Mon, 08 Jan 2018 19:27:33 +0000 http://lesma.org/?p=718 „Wyjdź, popatrz, zacznij coś robić i sprawdź, czy Ci się to podoba.” Wyszła na scenę, zaśpiewała i sprawdziła. Zachwyciła. Teraz czas na szerokie wody.

 

LATA ŚWIETLNE
— Mocny debiut. Dwa lata koncertowania na najważniejszych muzycznych festiwalach – od Openera po Springbreak. Nowy album już za moment. Czy pamiętasz początki całego tego zamieszania? Co było „dawno dawno temu”?
Całe moje dzieciństwo było podporządkowane muzyce, chyba za sprawą mojego taty. Pamiętam długie podróże samochodem i puszczanie kaset, do tego w domu adapter i winyle. Stale coś trzeszczało. Rodzice zawsze dbali o to, żebyśmy z siostrą miały kontakt z kulturą. Doskonale pamiętam pierwsze zetknięcie się z muzyką gospel, a miałam wtedy może pięć lat. Na tym koncercie zakochałam się w śpiewaniu. Do przedszkola przychodziłam ze swoją kasetą i prosiłam panią, żeby puszczała moje ulubione piosenki. Wtedy rodzice zauważyli, że coś się tu dzieje i że śpiew sprawia mi przyjemność, ale prawdę mówiąc, myślę, że dopiero w momencie, gdy usłyszeli: „rzucam studia na rzecz muzyki”, zdali sobie sprawę, że to na poważnie. Oczywiście pełno było obaw w stylu: „O matko, co Ty robisz, dziecko”(śmiech). Nie mieli w ogóle wyobrażenia, czy to ma szanse wyjść. Ja zresztą też nie. Powiedziałam sobie, że idę za ciosem i zobaczymy, co będzie. Cieszę się, że dzisiaj moja mama z uśmiechem może powiedzieć: „Udało się!”. Dzwoni do mnie często w sprawach muzycznych, mówiąc np: „Ja tej twojej piosenki Falstart to nie lubiłam na początku, ale teraz słucham non stop” (śmiech).
To wszystko nie było jednak takie proste, jak teraz może się wydawać. W dzieciństwie należałam do „uczniów na 3” i byłam raczej mało sumienna. Wolałam robić swoje rzeczy i bardzo trudno było mnie zdyscyplinować. Moja mama bardzo to przeżywała, a teraz kiedy widzi, że wszystko działa i się rozwija, dzwoni tylko z dobrymi wiadomościami. Na całą obecną sytuację u mnie w rodzinie są dwa warianty reakcji – jaja albo duże zadowolenie.
Początkowo nie nagrywałam swoich utworów i nie pisałam tekstów. Po prostu śpiewałam to, czego lubiłam słuchać. Dopiero w momencie, kiedy mój przyjaciel, a dziś również manager, powiedział: „Zróbmy coś z tym” i przedstawił mnie Mateuszowi Gudelowi, zdałam sobie sprawę, że naprawdę mogę coś zdziałać.

 

BIG BANG
— Odkąd stałaś się rozpoznawalna, Twój świat na pewno w dużej mierze się poszerzył. Czy można powiedzieć, że było jedno życie przed Rosalie, a teraz jest drugie, zupełnie nowe?
W pewnym sensie tak jest – wystarczy spojrzeć w ogóle na artystów i na to, jak wyglądają na scenie, a jak na co dzień. Chociaż u mnie jest to dosyć wyrównane. Od początku ustaliłam sama ze sobą, że chcę się czuć komfortowo i chcę pozostać sobą. Uznałam, że niekoniecznie muszę się w coś przebierać, żeby być wokalistką. Wydaje mi się, że podaję siebie trochę na tacy – jestem bardzo szczera i dbam o tę prawdziwość. Wiele rzeczy robię sama – jasne, że wspiera mnie mnóstwo osób, bez których nie byłabym tu, gdzie jestem, ale podchodzę do mojej twórczości bardzo osobiście. Zależy mi na tym, żeby nikogo nie grać. Ci, którzy rozmawiają ze mną po koncertach mają szansę zobaczyć, że jestem bardzo wstydliwa. Zawsze zadziwia mnie ich odwaga do tego, żeby podejść, pochwalić, bo ja musiałabym bardzo ze sobą walczyć, żeby zdobyć się na takie coś. Jedna z milszych sytuacji spotkała mnie na przystanku na Wierzbięcicach. Siedząca w tramwaju dziewczyna patrzyła w moją stronę i uśmiechała się. Odwróciłam się, żeby upewnić się, czy to na pewno do mnie. A ona pokazała przez szybę, że właśnie mnie słucha na swoim telefonie. To jest emocja nie do opisania.

 

MOJA PLANETA
— Występowanie na scenie wymaga niemałej odwagi. Jeszcze większej potrzeba, żeby pisać własne teksty, tworzyć swoją muzykę i pokazywać to wszystko światu. Wspomniałaś, że początkowo wykonywałaś utwory innych wokalistów. Jak wyglądał moment przejścia „na swoje”?
To nie było w ogóle zaplanowane i wyszło bardzo naturalnie. Kompletnie nie spodziewałam się takich efektów. Pierwszym utworem, który nagrałam, było „This thing called love”. Dostałam beat od Mateusza i w pierwszej chwili pomyślałam: „Co to jest? Ja mam na tym śpiewać?” (śmiech). To była pierwsza reakcja, bo muzyka, którą dla mnie zrobił, odbiegała zdecydowanie od tego, co dotąd sobie podśpiewywałam. Jeżdżąc na uczelnię, codziennie słuchałam tego nagrania. Pewnego dnia usiadłam w pokoju z telefonem w ręku, z głośnikiem przed sobą i zaczęłam śpiewać. Utwór powstał w ciągu dwóch godzin.
To był czas, kiedy spotkała mnie przykra sytuacja sercowa – po raz kolejny, jak to u młodych dziewczyn często bywa (śmiech) – i tym łatwiej było mi śpiewać. Kiedy masz w sobie dużo emocji i mnóstwo bodźców, również tych negatywnych, tam w środku włącza się coś bardzo delikatnego i ulotnego, co pozwala tworzyć. Tak nagrywałam pierwsze utwory. Nie przygotowywałam się do nich jakoś szczególnie. Na lekcje śpiewu trafiłam już w trakcie nagrywania swojego materiału. Właściwie były to bardziej lekcje oddechu, bo z nim miałam największy problem. Wylatywały ze mnie bardzo ładne i poprawne dźwięki, ale w każdej chwili coś mogło pójść nie tak – nie miałam pełnej kontroli nad głosem. Teraz nie ma momentu, w którym bałabym się wyjść na scenę. Ciało jest instrumentem, który możemy prowadzić; naciskając dowolny guzik, możemy uzyskiwać taki efekt, jaki chcemy.

 

SATELITY
— W jednym artykułów przeczytałam, że jesteś wzrokowcem. To dość zaskakujące, bo zajmujesz się dźwiękiem. Które, z otaczających Cię rzeczy, są dla Ciebie ważne?
Na co dzień totalnie kieruję się wzrokiem. Gdyby ktoś zabrał mi oczy, chyba bym oszalała. Widzę tyle piękna wokół siebie i nawet brzydoty, która też mnie interesuje. (Wiele osób śmieje się z tego, jak się ubieram. Mówią, że wyglądam jak elegancki żul, ale ja tak lubię.)
Nie wyobrażam sobie nie mieć możliwości zapamiętywania tego wszystkiego. Zdałam sobie sprawę, że ważne dla mnie jest nie tylko chodzenie i patrzenie, ale też zatrzymywanie tych chwil. Jestem totalnym amatorem fotografii, ale robię zdjęcia wszystkiemu, co przykuwa moją uwagę. Chodząc ulicami, najczęściej patrzymy już nawet nie pod nogi, a w telefony – ja staram się patrzeć w górę. Przechodziłam Półwiejską tysiące razy, a nigdy nie zwróciłam uwagi na tamtejsze przepiękne kamienice. Jednym z moich ulubionych zajęć jest wślizgiwanie się do starych kamienic. Bardzo lubię eksplorować nowe światy. Od roku prowadzę też prywatne tajne konto na Instagramie, gdzie gromadzę tekstury, formy, dziwne przedmioty – jednym słowem wszystko, co mnie inspiruje. Co ciekawe, nie ma tam ludzi. Zaczęło mnie to nawet zastanawiać. To chyba jest mój zalążek prywatności. Chociaż myślę o tym, żeby kiedyś wydać album z tymi zdjęciami. Mam wrażenie, że ktoś, kto wejdzie w świat moich obrazów, od razu wszystko zrozumie i będzie wiedział, kim jestem.

 

FALE DŹWIĘKOWE
— Oprócz wizualnych bodźców na pewno inspiruje Cię również muzyka.
Powiem Ci zupełnie szczerze, że chwilowo jestem w takim momencie, że nie słucham zbyt dużo muzyki. Jestem skupiona na swojej twórczości. Zazwyczaj jednak na mojej playliście jest jazz, r&b i różne nowości, np. świetny Steve Lacy. Jestem też zakochana w tym, co robi Jorja Smith. Słychać u niej niesamowity groove UK i nie dość, że ma wyjątkowy głos, to jest również przepiękną kobietą. Ogólnie lubię i szukam pewnej miękkości wokalnej. Pasują mi klimaty r&b. Zastanawiam się, czy inni artyści, którzy tak jak ja działają na polu r&b i elektroniki, na co dzień też słuchają tylko takiej muzyki? Wydaje mi się, że nie. A ja tego słucham przez cały czas. Nie przepadam za bardzo smutnymi klimatami, bo zabierają mnie one totalnie ze sobą. Gdybym będąc w kiepskim nastroju, słuchała do tego jeszcze smutnej muzyki, całkiem bym się pogrążyła.

 

NIEWAŻKOŚĆ
— Co przenosi Cię w stan błogości i lekkości? Gdzie czujesz, że jesteś tam, gdzie powinnaś?
Od razu przychodzi mi do głowy dobre jedzenie (śmiech). To jest najwspanialsza rzecz na świecie. Pierwsze słowo, które wypowiedziałam w życiu to było „mniam mniam”. Dobry film też sprawia, że jest mi miło. Ale przede wszystkim to jest bliskość. Bez bliskości nie funkcjonuję. Potrzebuję ludzi wokół siebie i nie lubię być sama. Ważnym miejscem jest dla mnie oczywiście scena. Z natury jestem jednak bardzo nerwowa, więc pierwsze koncerty to była ciężka przeprawa, bo scena źle mi się kojarzyła – ze szkołą, stresem, ślizgającymi się po klawiaturze fortepianu paluchami. Teraz jest inny świat. Tak dużo się zmieniło odkąd zaczęłam tę przygodę, ja się bardzo zmieniłam.
Jeśli ma się możliwość bycia na scenie, to warto próbować. To jest miejsce, które długo trzyma w okresie młodości. My jesteśmy jak takie szalone dzieciaki, którym odbija szajba. Jest w tym dużo radości i szczerości. Takie podejście do bycia na scenie obudziło się we mnie głównie dzięki Paszczakowi – dj-owi, z którym koncertuję. Na początku występowanie tak bardzo mnie stresowało, że wspomagałam się ziołowymi tabletkami uspokajającymi (śmiech). Paszczak pewnego dnia powiedział „Dość!”, bo byłam po nich po prostu zamulona. Kiedy przestałam powierzać nerwy temu placebo, coś zaczęło się zmieniać. To był długi proces, bo najpierw stałam jak kołek przed mikrofonem na statywie. Jakaś tragedia. Pamiętam koncert w Pałacu Kultury w Warszawie, po którym znajomy zaprowadził mnie jeszcze raz na scenę i zapytał: „Czy ta scena jest duża?”. Odpowiedziałam, że dosyć spora. On dalej drążył, pytając gdzie jest początek, gdzie jest drugi koniec? Grzecznie przemierzyłam całą powierzchnię i usłyszałam: „I tak masz poruszać na scenie, a nie na dwóch metrach kwadratowych”. Od tego momentu zaczął się większy luz. Czuję się dużo silniejsza i pewniejsza. Widzę reakcje ludzi i one mnie jeszcze bardziej nakręcają. Najwspanialszą rzeczą na świecie jest moment, w którym publiczność śpiewa ze mną, kiedy zna teksty moich piosenek. Dla tej interakcji tam jestem.

 

SUPERNOVA
— Co przed Tobą? Co rozbłyśnie?
Totalnie jaram się tym, co się teraz dzieje, chociaż początkowo praca nad albumem szła ciężko, bo byłam jeszcze zanurzona w mojej debiutanckiej epce Enuff. Przy płycie, którą aktualnie tworzę, robię to, na co mam ochotę. Z Enuff też tak było, ale nie do końca wiedziałam, na co dokładnie mam ochotę (śmiech). Współpracuję z cudownymi ludźmi. Za sprawą tej jednej krótko grającej płyty mam teraz nieporównywalnie większe możliwości od tych, którymi dysponowałam dwa lata temu. Na nowym albumie pojawi się aż dwunastu producentów. Słyszę czasami głosy, że może to nie będzie spójne, ale to jest właśnie mój czas, żeby pokazać, że to ja nadaję charakter całości wokalem, a oni mnie uzupełniają. Wszystkie utwory nagrywam w swoim pokoju, w kompletnej ciemności. Zakładam słuchawki, zamykam oczy i wlatuję totalnie w to, co robię. Skupiam się na emocjach – z nich wychodzi melodia i ostatecznie cały utwór. Nie piszę najpierw tekstów. Właściwie na początku śpiewam w jakimś nieznanym języku (śmiech). Jestem jak dziecko w wannie, które puszcza wodę, wie że nikt go nie słyszy, więc zaczyna po prostu śpiewać. I tak płynę dalej.

 

]]>
Nisza Nisz https://lesma.org/nisza-nisz/ Thu, 19 Oct 2017 11:13:28 +0000 http://lesma.org/?p=661 Sięgnijcie pamięcią do czasu, kiedy mieliście 13 lat. Myśleliście już o karierze zawodowej? Jarosław Szemet w tym wieku założył swoją pierwszą orkiestrę symfoniczną. Dziś, ten wybitny dyrygent, mając zaledwie 21 lat, kończy studia na poznańskiej Akademii Muzycznej. Za nim szereg autorskich projektów muzycznych i roczne studia w Universität für Musik und darstellende Kunst w Wiedniu. Przed nim – skok na głęboką wodę, prosto w nowy projekt, jakiego w Polsce jeszcze nie było: Polish Symphony Orchestra.

 

W grudniu ubiegłego roku pojechałem z Euro Ukrainian Symphony Orchestra na tournée po Chinach. Była to orkiestra złożona z muzyków ukraińskich, polskich i włoskich, którą ja dyrygowałem. Jeden z organizatorów naszej trasy koncertowej zaproponował mi współpracę nie tylko w roli dyrygenta, ale również managera mającego pod opieką Polskę, Austrię, Niemcy, Ukrainę.

 

Aktualnie moim zadaniem jest pozyskanie i przygotowanie orkiestr, które mogą koncertować w Chinach, z repertuarem obejmującym muzykę najważniejszych europejskich kompozytorów. Uznałem, że to świetna okazja, żeby zrobić w Polsce coś, czego jeszcze nie było, tzn. stworzyć orkiestrę, która da młodym, utalentowanym muzykom szansę na rozwój i koncertowanie za granicą.

 
Owszem, istnieją już u nas orkiestry złożone z młodych muzyków, ale mają bardziej międzynarodowy charakter jeśli chodzi o skład. Warto tu wymienić projekt, który jest dla nas wzorem do naśladowania: I, Culture Orchestra.

 

— Żebyśmy mogli uświadomić sobie wyjątkowość tego projektu, opowiedz jakie możliwości stoją dziś przed studentami kończącymi uczelnie muzyczne.
Najprościej rzecz ujmując, albo się jest wybitnym i wyjeżdża się za granicę, gdzie po wygraniu szeregu konkursów, znajduje się pracę, albo jest się dobrym muzykiem, który zostaje w Polsce i musi włożyć naprawdę sporo wysiłku, żeby otrzymać miejsce w orkiestrze. Tych miejsc jest bardzo mało, a po udanym przesłuchaniu, pracuje się w takim reżimie, że po pięciu latach nieustannych prób, niemal wszyscy mają problemy z kręgosłupem. Wielu muzyków utyka w takim punkcie.

 
— Czyli marzenie młodego muzyka o życiu pełnym ekscytujących tras koncertowych i graniu na światowych scenach niewiele wspólnego ma z prawdą?
Nie jest to wizja niemożliwa do spełnienia, ale na pewno nie zdarza się często. Owszem, największe instytucje muzyczne w Polsce wyjeżdżają na tournée, np. Filharmonia Narodowa czy Opera Narodowa, ale to są pojedyncze szanse. Nie ma finansów na organizowanie wyjazdów za granicę dla tak dużych składów. Budżety z zagranicy na opłacenie tras koncertowych dla polskich orkiestr zdarzają się niezwykle rzadko. Taki szczęśliwy traf spotkał właśnie nas – zapotrzebowanie na dobry zespół, wykonujący europejską muzykę klasyczną. Chiny przypominają teraz Amerykę początków XX wieku. Ściągają do siebie elity artystyczne i naukowe z Europy. Jeżdżą tam nauczyciele, muzycy, grupy taneczne, a nawet cyrkowcy.

 
— Propozycja tournée po Chinach była dla Ciebie impulsem do stworzenia większego projektu z bazą w Poznaniu. Dlaczego tutaj?
Urodziłem się na Ukrainie, bardzo dużo podróżuję, ale to Poznań jest dla mnie najwygodniejszym miastem do życia. Czuję się tu bardzo dobrze, pod względem kulturalnym dzieje się coraz lepiej i jest spokojnie – w odróżnieniu, np. od Warszawy. Od dawna chciałem zrobić coś właśnie tu i stworzyć szansę wszystkim zdolnym muzykom, którzy zasługują na to, żeby się rozwijać. To przykry widok, kiedy muzyk przestaje być twórczy. Od dziecka gramy po to, żeby czuć satysfakcję artystyczną i dzielić się naszym talentem z innymi – wysokie myśli, ambitne plany. A pod koniec studiów dociera do nas, że to wszystko bajka i w rzeczywistości nie ma gruntu, żeby ten plan realizować. Wyłącza się myślenie nad tym jak stworzyć coś nowego i grzęźniemy w zarabianiu pieniędzy. I trudno się temu dziwić. Rzadko się o tym mówi, ale życie etatowego muzyka filharmonii często wygląda tak, że o 10 rano zaczyna próbę, po niej idzie uczyć do szkoły, następnie na akademię i kończy próbą wieczorną. Wraca do domu zmęczony całodziennym graniem i nie ćwiczy, bo przez cały dzień musi dorabiać na dodatkowych etatach. Chciałbym, żeby to wyglądało inaczej.

 
— Nie każdy dyrygent angażuje się na tak wielu poziomach w realizowane projekty muzyczne. Dodatkowo, sam zawód dyrygenta symfonicznego to „nisza nisz”. Aktywnie działających jest tylu, ile orkiestr, plus dodatkowo po jednym dyrygencie w roli asystenta. W sumie, w całej Polsce może ich być ok. pięćdziesięciu. Absolwentów dyrygentury jest jednak znacznie więcej. Co sprawia, że młodzi ludzie wybierają tak trudną drogę, nie dającą wielkiej szansy na powodzenie?
W moim przypadku wszystko zaczęło się bardzo wcześnie. W wieku trzech lat rozpocząłem naukę w szkole muzycznej, później dostałem się do jednej z czterech ukraińskich szkół muzycznych dla utalentowanych dzieci. Podjąłem tam naukę na kierunku dyrygentura chóralna (w Polsce nie ma takiej możliwości w początkowych latach edukacji muzycznej). Drugi stopień szkoły muzycznej ukończyłem właśnie jako dyrygent chóralny, ale czułem, że chcę czegoś więcej. Fascynowała mnie muzyka symfoniczna i to z jej powodu trafiłem na studia do Poznania. Najpierw jednak jeździłem na szereg konsultacji, do różnych profesorów z uczelni muzycznych na całym świecie. Dopiero tutaj spotkałem mistrza, którego fraza i muzykalność całkowicie mnie kupiły. Profesor Warcisław Kunc jest teraz nie tylko moim nauczycielem, ale także niesamowitym wsparciem i po prostu przyjacielem.

 

Odnosząc się do Twojego pytania, to prawda, że z wielu względów ta droga nie należy do łatwych. Również jeśli chodzi o życie prywatne. Ta druga osoba, która decyduje się na bycie ze mną, musi niestety pogodzić się z faktem, że większość czasu spędzi sama. Dyrygent z pasją zawsze będzie gdzieś, zawsze będzie w muzyce. Trzeba tym żyć, cały czas pracować, wtedy będzie sukces. Dla mnie najpiękniejsze w zawodzie muzyka jest to, że cały czas dąży się do jakiegoś celu i ta podróż nigdy się nie kończy. Muzyk jest jak ninja – edukację zaczyna od dziecka, kształci się przez całe życie i zawsze może iść do przodu.

 
— Dla wielu młodych osób, to czym się zajmujesz, na pierwszy rzut oka może być odbierane jako „muzeum”. Fraki, kandelabry, skrzypce i nuty z muzyką z XVIII wieku.
Zapewniam Cię, że posiadam również play station i od czasu do czasu przepadam w odmętach gier (śmiech). Postrzeganie muzyków zajmujących się klasyką różni się w zależności od kraju. Jeśli edukacja muzyczna jest szeroko dostępna od najmłodszych lat, to świadomość jest większa, a filharmonie nie są wypełnione jedynie starszymi słuchaczami. Mój współlokator jest absolwentem ekonomii i prowadzi własny zakład mechaniczny. Po raz pierwszy zetknął się z muzyką symfoniczną na moim koncercie, kiedy graliśmy Requiem W.A. Mozarta. Po wysłuchaniu powiedział mi, że nigdy, na żadnym koncercie nie przeżył tego typu emocji. Dodał też, że gdybym go nie zaprosił, sam nie wpadłby nawet na to, że ten rodzaj muzyki może być dla niego. Ludzie czasem boją się chodzić do filharmonii, bo to jakiś specjalny strój trzeba mieć i wiedzę… Bzdura. W Wiedniu widziałem starszych ludzi wchodzących do loży w dresach.

 
Nie bójcie się chodzić na koncerty, obojętnie w czym, wygląd nie ma znaczenia. Ważne jest to, co stąd wyniesiecie. Orkiestra nie gra dla samej siebie, a ja nie macham batutą dla własnej przyjemności – gramy dla publiczności.

 
— Jeśli jesteśmy już przy machaniu batutą, odpowiedzmy na podstawowe pytanie, na które intuicyjnie pewnie wszyscy potrafilibyśmy odpowiedzieć, ale nie zaszkodzi zaczerpnąć wiedzy u źródła – po co orkiestrze dyrygent?
To tak, jakby zapytać po co trener w zespole piłkarskim albo po co kierowca w samochodzie. Żeby uruchomić całość, ktoś w dobrym momencie musi podjąć odpowiednią decyzję. Oczywiście można powiedzieć, że przecież muzycy w orkiestrze dysponują tymi samymi nutami, w których wszystko jest zapisane i wystarczy się do tego stosować. Istniała nawet taka orkiestra, Sergiusz Prokofiew zagrał z nią swój trzeci koncert fortepianowy. Tyle tylko, że ja z orkiestrą potrzebuję czterech prób przed koncertem, a oni potrzebowali ich czterdzieści. Wyobraźmy sobie osiemdziesiąt osób, które muszą rozpocząć grę w punkt, w tym samym momencie. Ktoś i tak wydaje decyzję. Dyrygent prowadzi wszystkich do wspólnego celu i łączy we wspólnej interpretacji. Istnieje kilka reguł dyrygenckich: po pierwsze być gotowym, tzn. zawodowo przygotowanym, znać jak najszerszy repertuar. Po drugie, nie przeszkadzać: zdarzają się nawet dowcipy o dyrygentach „szczęśliwie podążających za orkiestrą” (śmiech). I coś w tym jest. Po trzecie: inspirować. A potem już tylko praca i odrobina szczęścia – tego, które mnie pozwoliło założyć Polish Symphony Orchestra.

]]>
Nurt konstruktywny https://lesma.org/nurt-konstruktywny/ Thu, 19 Oct 2017 10:16:30 +0000 http://lesma.org/?p=705 Scena muzyki elektronicznej w Poznaniu kiedyś tętniła życiem: Eskulap, 8 Bitów, Wosk. Do niedawna funkcjonowała też Stara Rzeźnia. Dziś mamy do dyspozycji pojedyncze kluby, rezydentury DJ-ów są nieliczne, a wizyty światowych gwiazd można policzyć na palcach jednej ręki. Nie ma się jednak co załamywać. Wszystko wskazuje na to, że nowa Tama narobi sporo hałasu na poznańskiej scenie muzycznej.

 

Działajmy!
Brak porządnych miejsc do grania spowodował, że ludzie związani z muzyką elektroniczną, dotychczas prężnie działający, zaczęli trochę opadać z sił. Nie zniechęciło to jednak Joanny Tomczak, która wraz z grupą przyjaciół postanowiła wypełnić tę sceniczną lukę. Im więcej klubowych drzwi się zamykało, tym bardziej Asia czuła, że potrzebuje otworzyć własne miejsce.

 
Lato, długie, ciepłe wieczory, wakacje – to może nad rzeką? Lokalizacja wydawała się wymarzona i nikomu nieprzeszkadzająca – naprzeciwko stacji Poznań-Garbary, przy elektrociepłowni. Niestety, muzyczna wieść niosła się za daleko.

 
Przeprowadzka
Kolejny azyl muzyczna ekipa uzyskała od AWF-u, przy Drodze Dębińskiej, ale nierozpieszczające polskie lato sprawiło, że zaczęli szukać stałej siedziby. Tak trafili do budynku Izby Rzemieślniczej, vis-à-vis Teatru Muzycznego, w okolicy Starego Browaru.

 
Jeśli nie mieliście okazji odwiedzić tego miejsca, przygotujcie się na spore zaskoczenie. Imponujące schody, mosiężne żyrandole, ściany wyłożone marmurem… a to wszystko tylko przedsmak wspaniałej sali, o powierzchni 1100 metrów. Warto dodać, że to jedna z niewielu sal koncertowych na świecie z idealnie nadającym się do tańca, dębowym parkietem.

 
Na swoim
„Nowa siedziba Tamy powstała w 1929 roku i była pierwszą wybudowana w Poznaniu salą widowiskowo-koncertową. Wiele elementów potrzebnych dla tego typu miejsc było już więc gotowych. Pracowaliśmy mocno nad akustyką, wygłuszeniem, zamontowaliśmy tzw. pułapki basowe i panele akustyczne. Brakowało takiej sali w centrum Poznania. Chcemy, żeby była ona otwarta na różnego rodzaju wydarzenia. Od piątku do niedzieli będą się odbywały imprezy z DJ-ami rezydentami. Zaprosiliśmy do współpracy kultowych poznańskich DJ-ów, m.in. kolektyw WOSK Sound System, Feelaza, Garego Holdmana, Sina. Dajemy też możliwość grania młodym DJ-om, takim jak Keytov, Pockerfield, Okami czy Sim.On. Kolejną mocną stroną tego projektu jest aspekt wizualny. Na stałe podjęliśmy współpracę z kolektywami, takimi jak Luminarion i .wju”.

 
Koncerty są już zaplanowane niemal na cały rok. W każdy weekend pojawi się jakieś znane nazwisko polskiej i światowej sceny elektronicznej. Ale muzyka to nie wszystko. W Tamie będą się odbywały również spektakle teatralne, pokazy mody, maraton tanga czy kiermasz bożonarodzeniowy. Ta otwarta scena nie ma jednej definicji.

 
„Na pewno wykorzystamy bliskość Berlina, liczymy też, że na nasze koncerty i imprezy będą ponownie przyjeżdżać ludzie z innych miast. Mamy nadzieję, że dzięki Tamie, Poznań trochę odżyje. Od początku zresztą czuwa nad tym projektem jakiś dobry duch. Kiedy pierwszy raz weszłam do tego budynku, poczułam, że to jest to. Wszystko idealnie pasowało.”

 

___

Tama
ul. Niezłomnych 2, Poznań
fb.com/TamaKlub

]]>
Kto to tak gra https://lesma.org/kto-to-tak-gra/ Thu, 19 Oct 2017 10:02:30 +0000 http://lesma.org/?p=668 Jeśli pewnego słonecznego dnia usłyszycie jazzowe brzmienia dobiegające z unoszącego się nad Poznaniem zeppelina, będzie to oznaczało, że Maciej Fortuna znów znalazł sposób na realizację niemożliwego. Ten wybitny trębacz i kompozytor upodobał sobie niecodzienne sytuacje i nieoczywiste brzmienia. W przerwie między próbą i nagraniem (ze swobodą charakterystyczną dla prawdziwego jazzmana) opowiedział nam o tym wyjątkowym świecie muzycznej improwizacji.

 

— Jazz kojarzy się z wolnością i odrobiną szaleństwa. Nie powinien więc dziwić fakt, że wraz z zespołem zagrałeś koncert wewnątrz wulkanu, w jaskini magmowej znajdującej się 120 metrów pod powierzchnią ziemi. Mimo wszystko, to jednak dosyć niecodzienna lokalizacja.
Zgadza się. Projekt ten był przede wszystkim dużym wyzwaniem logistycznym jeśli chodzi o transport sprzętu i instrumentów. Na początku liczyliśmy, że uda się wypożyczyć wszystko na miejscu, ale kiedy lokalni artyści dowiadywali, gdzie ich instrumenty mają być użyte, sprawa zaczynała się komplikować. Publiczność w większości stanowili Polacy mieszkający na Islandii i również dzięki ich pomocy, udało się zrealizować koncert. Byli nawet naszymi „tragarzami”, przenoszącymi sprzęt kilka kilometrów w docelowe miejsce.

 
— Miejsce, które wybraliście nie kusi jakoś szczególnie jeśli chodzi o standardy bezpieczeństwa.
Wulkan teoretycznie nie jest uznany za wygasły, ale ostatnia erupcja miała miejsce 4000 lat temu, więc zdecydowaliśmy się podjąć ryzyko (śmiech). Był mały dreszczyk emocji. A mówiąc poważnie, to będąc w takim miejscu, zyskujesz zupełnie nową energię do grania. Oczywiście można uznać, że w studiu nagrań dźwięk byłby lepszy, a po zarejestrowaniu moglibyśmy go jeszcze dowolnie obrabiać itp., ale ja uważam, że najważniejsze jest to, co wydobywa się z człowieka podczas koncertu. A w tamtym otoczeniu wydobywała się z nas wszystkich jakaś magia. Temperatura oscylowała w okolicach 0 stopni. Mimo tego brzmienie jakie udało się nam uzyskać było wyjątkowe. Ciepła trąbka, niezwykły klimat kontrabasu i głos Marysi Jurczyszyn. Można się zastanawiać czy sprawiła to adrenalina, sama podróż i emocje z nią związane – być może tak, ale sądzę, że przede wszystkim inspirowała nas przestrzeń. Wyobraź sobie, że masz nad sobą 120 m jaskini, która cała pokryta jest lawą, setkami wgłębień i wgnieceń. Na tej powierzchni tworzą się rozmaite cienie, a ona sama jest świetnym dyfuzorem, jeśli chodzi o walory akustyczne. Nie ma kościelnego echa i pogłosu charakterystycznego dla tego typu przestrzeni.

 
— Żaden projekt Ci nie straszny – grasz, komponujesz, produkujesz, masz własne wydawnictwo. Chciałoby się powiedzieć, że człowiek orkiestra, ale sądzę, że to już nawet nie jest orkiestra, a raczej instytucja.
To prawda, że tych moich muzycznych aktywności jest całkiem sporo, ale oczywiście nigdy nie jestem w nich sam. Choć muszę przyznać, że wielość projektów wzięła się głównie z potrzeby robienia rzeczy „po mojemu”. Współpracując z kilkunastoma aktywnie działającymi zespołami chciałem nagrać choć jeden album z każdym z nich w roku. Przy takiej różnorodności brzmień zależało mi na tym, żeby mieć wpływ na końcowy efekt. Stąd własne wydawnictwo i pomysł na studio. Pierwsze kroki wcale nie były łatwe, wszystkiego musiałem się nauczyć. Na początku nawet trochę się bałem wpisywać na płytach, że to ja realizowałem nagranie – myślałem: a co będzie jak powiedzą, że to straszne? (śmiech). Ale pamiętam też moment szczęścia, kiedy zadzwonił do mnie Michał Margański z Trójki, żeby pogratulować nagrania, które samodzielnie wykonałem i zarejestrowałem. Po kilkunastu sesjach nagraniowych nabrałem więcej pewności, trochę się rozbestwiłem i zacząłem zapraszać innych realizatorów do współpracy. Dzięki temu mogliśmy robić jeszcze więcej.

 
— Część Twoich inicjatyw wynika z pewnych konieczności, np. z faktu, że jeśli chcesz robić rzeczy po swojemu, potrzebujesz do tego określonych narzędzi. Ciekawi mnie jednak, czy wśród tak wielu obowiązków, znajdujesz czas na muzyczne aktywności, które po prostu sprawiają Ci radość.
Największą frajdę mam kiedy wymyślam koncepcję całego spektaklu czy koncertu. Kiedy otwieram głowę i wymyślam, biorąc pod uwagę możliwe i niemożliwe warianty. Drugi taki moment jest wtedy, kiedy siadam i piszę utwory. Zamykam się w przestrzeni, w której czuję się niezauważalny. To może być nawet przepełnione pomieszczenie. Siadam na 5-10 godzin, zapominam o czasie i przestrzeni. Cieszę się, bo stało się tak, że potrafię sam siebie wprawić w ten flow. Kiedyś potrzebowałem przeróżnych okoliczności, a teraz dbam, żeby taką pracę wykonywać regularnie i udało mi się wypracować efektywny mechanizm. A najlepiej działam kiedy trzeba coś skończyć na dwa tygodnie temu, wtedy nie mam żadnego problemu z weną (śmiech).

 
— Mówi się o Tobie, że jesteś jednym z najbardziej samodzielnych muzyków na polskiej scenie jazzowej. Jak widać to stwierdzenie jest uzasadnione. Chciałabym jednak zatrzymać się przy określeniu „polska scena jazzowa”. Czy możesz ją scharakteryzować? I najważniejsze – czy istnieje jej poznańska odsłona?
Jako wykładowca Akademii Muzycznej w Poznaniu mogę się odwołać do statystyki osób, które ukończyły jazz na uczelni wyższej. Przez dekady jedyną wyższą szkołą kształcącą muzyków jazzowych była Akademia Muzyczna w Katowicach. Dopiero w początkach XXI wieku zaczęto tworzyć kierunki jazzowe na wszystkich pozostałych muzycznych uczelniach. Po kilku latach działania pozostałe akademie kształcą tylu nowych studentów, ile w sumie przez 40 lat wykształciły Katowice. Co za tym idzie, dziś jazz zaczyna wyzierać z każdego kąta – również w Poznaniu. Podejrzewam, że gdybyśmy spotkali się dziesięć lat temu, nie przyszłoby Ci do głowy pytać mnie o poznańską scenę jazzową. To, że rozmawiamy na jej temat, wynika z wielkiej działalności edukacyjnej – począwszy od Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. M. Karłowicza przy ul. Solnej, która jako pierwsza średnia szkoła muzyczna w Polsce zaczęła kształcić na kierunku jazzowym. Później dołączyła Akademia Muzyczna im. Ignacego Jana Paderewskiego. Do tego trzeba dodać kluby, takie jak Blue Note czy Dubliner – regularnie organizujący jam sessions, podczas których usłyszycie prawdziwy jazz. Mamy też scenę jazzową wspieraną m.in. przez Estradę Poznańską i Stowarzyszenie Jazz Poznań, które działa coraz aktywniej. Poznań staje się jednym z głównych ośrodków życia jazzowego w Polsce.

 
— Czyli jesteśmy w momencie powstawania jakiejś nowej energii. Jazz w Poznaniu to wrzący temat.
Zgadza się. Wracamy tym samym do początków, bo warto przypomnieć, że pierwszy polski koncert jazzowy odbył się w latach dwudziestych na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Później, zaraz po wojnie, kiedy środowisko jazzowe zaczęło się odbudowywać, to właśnie w Poznaniu swoje pierwsze kroki stawiał Komeda. Siedzimy teraz niedaleko Radia Poznań, widać stąd nawet fasadę budynku. W jednym z pomieszczeń wisi zdjęcie Miliana, Komedy, Ptaszyna i Józefa Stolarza, którzy pochyleni nad fortepianem, dyskutują o jakimś utworze. Wątków związanych z tymi muzykami jest tak wiele, że nawet nie wiem od czego zacząć opowieść. To oni ukształtowali cały polski jazz i należą do światowej czołówki jazzmanów. Jerzemu Milianowi jestem osobiście bardzo wdzięczny, bo specjalnie dla mojego zespołu napisał już drugi utwór o zabawnym tytule „Konsylium z żyrafą”. Wkrótce na pewno go nagramy i wydamy. Dzięki wsparciu Miasta Poznania powstał również trzyletni program „Poznań Miliana”, w ramach którego co roku, jako Stowarzyszenie Jazz Poznań, będziemy organizować różne projekty wydawnicze związane z tym jazzmanem. To wszystko są ważne kroki w kierunku odtworzenia naszych dobrych tradycji, ale też mobilizowania poznańskiego środowiska jazzowego.

]]>
On the spot https://lesma.org/on-the-spot/ Tue, 15 Aug 2017 10:28:47 +0000 http://lesma.org/?p=596 Charakterystyczny chropowaty głos, gitara i koniecznie kapelusz. Wchodzi na scenę w blasku świateł. Wyobrażam sobie ekscytujące życie pełne zmian, zawsze wśród ludzi, gdzie cisza towarzyszy wyłącznie procesowi twórczemu, a przyszłość to kolejne koncerty i płyty. Na stronie wytwórni Kayax czytam: „Postać Keva Foxa jest wciąż otoczona aurą tajemniczości, co ma swoje źródło w charakterystyce komponowanej przez niego muzyki”. Spotykamy się tuu, w Poznaniu, gdzie zaczęła się „polska przygoda” muzyka. Aura tajemniczości pozostaje obecna również bez muzycznego kontekstu. Korzystam z szansy i konfrontuję moje wyobrażenia, z tym co Kev zechce mi na swój temat wyjawić.

 

CISZA
Niewiele jest w moim życiu chwil, które spędzam w ciszy. Szczerze mówiąc niespecjalnie lubię ciszę. Kiedy dorastałem, w moim domu, nigdy jej nie było. W kuchni zawsze grało radio, ojciec ciągle coś podśpiewywał, zawsze mieliśmy gości. Drzwi wejściowe były otwarte, większość odwiedzających nas nawet nie pukała. Po prostu wchodzili i mówili „cześć”. Więc cisza jest dla mnie czymś raczej mało komfortowym. Nie jest to stan, który sprawiałby mi przyjemność. W zeszły weekend wybrałem się do Nałęczowa. Byłem już w wielu miejscach w Polsce, ale żadne nie przypomina tej miejscowości. To cicha przestrzeń z przedziwnymi willami i niezwykłą architekturą. Był to chyba pierwszy weekend w moim życiu bez gitary i bez muzyki. Do tej pory nie wiem czy mi się to podobało, ale z pewnością zaliczam ten wyjazd do ciekawych doświadczeń.

 

Jeśli chodzi o występy solowe, cisza jest jednym z najważniejszych momentów. Kiedy grałem sam, trzeba było zadbać o każdy szczegół. Miejsce koncertu musiało być odpowiednie – nie możesz w pojedynkę grać dla trzystu osób, gdzie połowa z nich rozmawia. Wiele czynników wpływa na sukces solowego występu, ale bez ciszy nie uzyskasz żadnej dynamiki. W zespole robimy show pełne kolorowych świateł i nie sprawiłoby nam wielkiej różnicy, gdybyśmy grali dla trzydziestu tysięcy osób. Kiedy jednak jesteś sam, a przed tobą dwieście osób i wszyscy wpatrzeni w ciebie, cisza jest konieczna.

 

ŚWIATŁA
Scena jest zdecydowanie moim miejscem. Nie ma tam nic innego, jak przy medytacji. Będąc na niej, nie zastanawiasz się jaki utwór czy akord zagrasz za chwilę. Jesteś w jakimś innym miejscu. Nie wiem na czym to polega, to dla mnie tajemnica, ale właśnie to zjawisko sprawiło, że ja, i pewnie wielu innych artystów, mogłem przetrwać gorsze czasy. Uczuć związanych z byciem na scenie nie da się wytłumaczyć. Magia. Muzycy jazzowi często odwiedzają to tajemnicze miejsce i mogą w nim przebywać godzinami. Jeden pomysł rodzi kolejny i kolejny, a kiedy przychodzi koniec, to czują jakby minęło zaledwie pięć minut. Podczas występów na żywo brzmienie nie jest tak perfekcyjne, jak np. na płycie, ale jeśli fizycznie jesteś na miejscu, możesz poczuć całą chemię towarzyszącą koncertowi i naturalny flow.

 

Praca w studiu nagraniowym nie sprawia mi aż tyle radości. Uwielbiam kreatywny proces z nią związany, ale samo nagrywanie dosyć szybko mnie męczy. Jeśli przyjrzeć się byciu na scenie, w świetle reflektorów, w centrum uwagi i powrotom do normalności, okazuje się że to dwubiegunowa egzystencja. Podczas występu dostaje się potężne dawki energii. Wyłączyć ten bieg jest naprawdę ciężko. Miałem z tym kiedyś spore problemy. Przed koncertem sala jest wypełniona po brzegi, światła błyskają… Jeśli wejdziesz do garderoby piętnaście minut przed występem, atmosfera jest elektryzująca. Kiedy wszystko się kończy, lądujesz w pokoju hotelowym i nie ma nikogo. To jest hardkor. Dlatego ostatecznie znów gdzieś wychodzisz, żeby podtrzymać ten nastrój i przepływ energii. To jest też powód, dla którego lubię jeździć w trasy koncertowe. Nabierasz określonego rytmu, przyzwyczajasz się do niego i pójście po koncercie po prostu spać, nie jest już niemożliwe.

 

ZMIANA
Pozostawanie w jednym miejscu przez dłuższy czas jest dla mnie czymś nienaturalnym. Myślę, że w pewnym momencie żyłem nawet w nieco „cygańskim” trybie.
Kiedy dochodzę do punktu, w którym znam już wszystkie miejsca i wszystkich ludzi, po prostu się żegnam. Nie chodzi o to, że tego nie lubię, wręcz przeciwnie – pragnę tego stanu zawsze, gdy przybywam do nowego miejsca. Chcę wiedzieć o nim wszystko i brakuje mi poczucia swojskości. Ale jak tylko ono się pojawi, po prostu odchodzę.

 

Zmiana oznacza nową energię, inną wibrację, dzięki niej poznajesz więcej ludzi, a to jest niezbędne dla każdego zajmującego się pisaniem. Potrzebujesz postaci, ci ludzie muszą cię otaczać (nawet jeśli to palanci), bo z nich czerpiesz inspirację.

 

Większość życia spędziłem w trasie, a odkąd przyjechałem do Polski, zmieniałem miejsce zamieszkania ponad czternaście razy. To jakieś szaleństwo. W Poznaniu mieszkałem przez dwa lata. To pierwsze miasto, które odwiedziłem w Polsce. Automatycznie więc czuję się z nim związany. To był wspaniały czas, wszystko zacząłem budować właśnie tu. Wciąż czuję pewnego rodzaju przynależność do tego miasta. Kiedy tu wracam, czuję jakbym grał u siebie.

 

LUDZIE
Kiedy grasz w zespole, pozostali członkowie stają się twoją rodziną. Dlatego nie można otaczać się palantami (śmiech). Zbyt dużo czasu spędza się w swoim towarzystwie. Jest tak wiele wzlotów i upadków, styl życia nie należy do lekkich, szaleństwo dotyka przeróżnych jego sfer. Jeśli więc ci ludzie są niezrównoważeni, to może zniszczyć wszystko. Wiem, że granie koncertów, imprezy, alkohol, to wszystko brzmi ekscytująco, ale tak naprawdę to dość ekstremalna rzeczywistość. W zespole, który aktualnie tworzymy, wszyscy jesteśmy totalnie oddani muzyce i kochamy to, co robimy. Każdy z tych gości mógłby grać z kimś innym, ale wybiera nas. Myślę, że jest tak, dlatego że nikt nie wciska kitu, nie ma agresji czy dbania jedynie o własne ego. Wszyscy chcemy tworzyć muzykę i show najlepiej jak to tylko możliwe. To jest właśnie największe ego – rzecz, którą tworzymy, my a nie indywidualni członkowie zespołu. W innym przypadku wszystko sypie się w dość szybkim tempie. Sądzę, że właśnie z tego powodu wiele zespołów się rozpada – nie są skupieni na tworzeniu muzyki, tylko na sobie.

 
PRZYSZŁOŚĆ
Sporo o niej teraz myślę. Nigdy wcześniej tak nie było, nie myślałem nawet o tym co będzie jutro. W tym roku pojawi się kolejna płyta Smolik/Kev Fox, a po niej na pewno nagram solowy album. Ale jeśli chodzi o moje życie poza muzyką, to na tę chwilę nie mam pojęcia. Nie wiem gdzie będę za sześć miesięcy. Mam kilka pomysłów, chcę zbudować dom – to już od dawna było moim marzeniem. Generalnie jednak uważam, że nie ma potrzeby planować wszystkiego za bardzo. Ważne jest, żeby mieć jakieś cele, jak ten mój dom – myślę o nim codziennie i zbliżam się do realizacji tego planu.

 
Zawsze chciałem robić to, czym się dziś zajmuję. Trudno jest myśleć o tym, co będzie za pięć lat, gdy się jest w idealnym miejscu. Chciałbym podziałać trochę w Niemczech i Szwajcarii – zobaczyć co się wydarzy, ale nie mam na to jakiegoś szczególnego parcia. Mogę tworzyć i grać muzykę – robiłem to zawsze, bez względu na to czy ktoś mi płacił, czy nie. Teraz naprawdę cieszę się z miejsca, w którym jestem. Może to moment, żeby skupić się na samym życiu i cieszeniu się nim, a nie na myśleniu o przyszłości? Zastanawiałem się nad tym, gdzie chcę być za pięć lat, pięć lat temu. I jestem tu teraz. Może więc czas wyluzować. (Ale jak mam wyluzować, skoro nie jestem w stanie nawet wyjechać na urlop. Pozwól więc, że wrócę do tego jutro).

]]>