fotografia – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png fotografia – TUU https://lesma.org 32 32 Jestem głową https://lesma.org/jestem-glowa/ Wed, 10 Oct 2018 12:34:59 +0000 http://lesma.org/?p=916 „Jestem głową. Mam wszystko w głowie. Moja praktyka artystyczna to dedukcja. Proces wygląda tak, że równolegle prowadzę kilka projektów, wątki się nakładają i zazębiają. A ja właśnie na to liczę. Zawsze wychodzę od pojęcia. Nigdy nie robię zdjęć spontanicznie. Fotografia jako taka zupełnie mnie nie interesuje, jest dla mnie wyłącznie narzędziem poznawczym. Posługuję się nią dla zbadania idei, które powstają w mojej głowie. Wierzę w nią – jest jedynym medium do rejestracji rzeczywistości.”

 

Nierzeczywistość moich prac jest rzeczywistością. 

 

Monumentalne fotografie w wielkich formatach w Sali Wystaw Centrum Kultury Zamek. Architektura tego miejsca nawiązuje do średniowiecznego zamku, choć powstawała od 1905 roku z przeznaczeniem na rezydencję dla Wilhelma II, ostatniego cesarza Niemiec. Obiekt historyczny – ale nie muzeum. Żyjąca ikona miasta, w której DNA zapisany jest cały XX wiek. Dziś to jedno z większych i najprężniej działających w Polsce Centrów Kultury.

 

Sala Wystaw, do której prowadzi węższe gardło przyciemnionego korytarza, otwiera się na ogromną białą przestrzeń. Tu można, z krótkiego dokumentalnego filmu, dowiedzieć się, jaka idea zbudowała „Rewers”, by przechodząc dalej, stanąć na wprost niej. 

 

Lekko przeskalowane w stosunku do rzeczywistości fotografie zawieszone są tuż nad podłogą. W odbiciu można niemal przymierzyć się do nich, skonfrontować. Między poszczególnymi obrazami – dystans. Inne światy, inne historie. Najważniejsza cecha wszystkich razem – wywrócenie na lewą stronę. Rewers, przenicowanie, powiększenie – dla dosłowniejszego wejścia w tę rzeczywistość. Można przeniknąć w linie cięć, ręczne szwy, niezidentyfikowane zacieki i przebarwienia, swoistą kolorystykę spodu. Mówi się, że jeśli ubranie jest dobrze dopasowane, staje się drugą skórą. Stąd skojarzenie z cielesnością. Jednak pod względem wizualnym fotografie te przypominają pracownię konstrukcji na wydziale mody, gdzie studenci tworzą swoje wariacje na temat, mając do dyspozycji szare lub białe płótno jako materiał wyjściowy do autorskich poszukiwań.

 

Nie interesuje mnie efemeryczność i ulotność zdarzeń – nie robię zdjęć bezmyślnie ani pod wpływem emocji. Nie rozumiem przyrody, obchodzi mnie tylko kultura, do której mam dostęp poprzez pojęcia. Wszystko buduję w studio, choć czasem studio jedzie do muzeum.

 

Skala fotografii Bownika współgra z wysokością galerii. Specjalnie powieszono je nisko nad podłogą – nad nimi, nad głowami, jest tak wiele przestrzeni, że zostaje miejsce na interpretację.Wielkie, jasne pomieszczenie jest tak wyabstrahowane stylistycznie, że właściwie nie nawiązuje do całego obiektu. Można w nim zapomnieć o otaczającym świecie, w najlepszym sensie tego zwrotu, i oddać się wyłącznie nowym treściom historycznych artefaktów. 

 

Chcę rozszczelnić system w kontekście dziedzictwa zamkniętego w muzeum. Ale nakłonienie do tego gestu jest bardzo skomplikowane. Kilku obiektów nie dało się ruszyć z gablotki. Jednak wierzę w sens tego projektu i negocjuję. Żmudny proces wyboru muzeum, z którego dany obiekt ma być udostępniony, wyczekiwanie na odpowiedni moment, długo budowane zaufanie i w końcu czasem coś się uchyla, powstaje możliwość. Wtedy wjeżdżam, tworzę studio na miejscu i wykonuję fotografię.

 

Poszczególne zdjęcia wyglądają jak monumenty, jednak kiedy dotrze do nas fakt wywrócenia muzealnego porządku do góry nogami, monumentalność schodzi na dalszy plan, odsłaniając jakąś prawdziwie ludzką, intymną i bliską cielesności sytuację. Przekraczanie tej umownej bariery – ochrony muzealnej – umożliwia wejście w rodzaj dialogu z wyimaginowaną postacią. Wchodzenie w zakazane rewiry osobistych, politycznych, historycznych tajemnic.

 

Wystawa „Rewers” pokazuje pewną rzeczywistość bez żadnych czytelnych zasad typu chronologia czy hierarchia w ekspozycji. Gdyby nie lapidarne podpisy przy fotografiach, można by pomyśleć: archeologia, etnografia, muzeum. Tak, to właściwie jest rodzaj archeologii, etnografii i muzeum – z nielicznymi szczegółami, opisami, datowaniem. Wystawienie na światło dzienne tego, co zwykle ukryte pod warstwą zewnętrzną. Nie ma szczegółowych opowieści przy każdej z prac. Trochę w tym prowokacji. Interpretacja pozostaje kwestią odbioru uczestnika całego zdarzenia. 

 

Trójwymiarowe sylwety – ubrania z różnych rejonów Europy na niemal neutralnym manekinie. Jak zjawy na płaskich szarych tłach, bez emocji, bez cienia osobistego gestu, żadnych zabiegów stylizacyjnych w obrazie, światło równomiernie rozłożone na sylwetkach. 

 

Fasadowość historycznego stroju została zniesiona jednym prostym ruchem wywinięcia na stronę podszewki. Bezcenne eksponaty, takie jak kurtka Józefa Piłsudskiego, naczelnego wodza Armii Polskiej, stroje duchownych, ludowe stroje śląskie, łowickie, białoruskie, sceniczna suknia romska, mundur Jadwigi Nowak-Jeziorańskiej z Powstania Warszawskiego, ubranie służącej z Wielkopolski, strój szamanki z Syberii. Wszystkie te artefakty zostały wybrane do projektu „Rewers”, by wnieść (nie-) nową treść o anonimowych postaciach, które w rozproszeniu i muzealnych magazynach już dawno utraciły moc. Teraz odzyskują ją na nowo w suchym, technicznym, muzealnym sznycie. Cały zabieg przypomina tasowanie kart, gdzie nowe ułożenie nadaje całkowicie inny kontekst, gdzie od nowa możemy rozczytać znaki i ślady.

 

Materialna rzeczywistość obrazu fotograficznego na nowo tworzy znaczenia, które zostały pominięte, przemilczane, skrzętnie ukryte, uznane za zbyt osobiste czy prywatne. 

 

To nowa, autorska konfiguracja idei muzeum, domu muz.

 

__

za zdjęciu praca Pawła Bownika Rewers 25

]]>
Wyjść z siebie https://lesma.org/wyjsc-z-siebie/ Mon, 08 Oct 2018 18:48:21 +0000 http://lesma.org/?p=897 „Właściwie po co?” Pytam, chcąc, bez owijania w bawełnę, zacząć z mocą naszą rozmowę. „Bo tak.” Słyszę w odpowiedzi.

 

Dla mnie to w zasadzie wystarczająca argumentacja, ale nie zamierzam ustanawiać rekordu w najkrótszym wywiadzie świata, więc kontynuujemy. A i mój miły rozmówca nie oponuje, choć widzę wyrozumiałe spojrzenie sygnalizujące, że nie raz i nie dwa musiał na to pytanie odpowiadać.

 

— Jedni mówią, że w podróżowaniu chodzi o poznawanie ludzi. Inni, że przyroda jest najważniejsza. Ja, może bardzo egoistycznie, liczę, że z dystansu uda mi się inaczej spojrzeć na moją codzienność i dołożyć nową cegiełkę do poznania samej siebie. Jak to jest u Jakuba Rybickiego?

Podsumowując Twoją wypowiedź, która była jednocześnie pytaniem, odpowiadam: tak, zgadzam się (śmiech). Ale poważnie mówiąc, zazwyczaj podczas rozmów w radio czy wystąpień na przeróżnych konferencjach podróżniczych ludzie chcą poznać odpowiedź na pytanie, po co to robię, ale oczekują jej w bardzo prostej i zwięzłej formie. 

 

— Nam możesz opowiadać długo.

Wiem, dlatego dopiero się rozkręcam. Ułożyłem sobie kiedyś taką odpowiedź, że podróżuję, bo pcha mnie ciekawość. Myślę, że do podróżowania trzeba ją mieć – być ciekawym drugiego człowieka, obcych światów, samego siebie. Kiedy byłem dzieciakiem, mama mówiła mi, że mogę rowerem przejechać się tylko do śmietnika, który stał 100 m od nas. Ja zawsze jechałem jeszcze kawałek dalej. 

 

— Czyli chodzi też o ryzyko.

Nie do końca. Ryzyko nigdy nie było dla mnie jakimś szczególnym motywatorem. Najchętniej bym go unikał. Ale niestety tak się składa, że jeśli chcemy przekraczać granice „poznanego” (w cudzysłowie, bo dziś już niemal wszystko jest poznane), to ryzyko się pojawia. 

 

— A co z tymi ludźmi? Są ważni?

Hasło „w podróżowaniu chodzi o poznawanie ludzi” to okropna klisza, zwalaniająca nas trochę z myślenia. Oczywiście, że ludzie są ważni i że chcę ich poznawać. Dlatego aktualnie jeżdżę głównie na tereny byłego Związku Radzieckiego, gdzie mogę z każdym mieszkańcem wsi porozmawiać o filozofii po rusku, bez bariery językowej. Dlatego kiedy jadę do Afganistanu, uczę się podstaw dari, żeby móc z tubylcami choć trochę pogadać. I dlatego na razie nie eksploruję jakoś szczególnie Ameryki Południowej, bo po hiszpańsku jeszcze o filozofii nie pogadam – ale to na pewno przede mną. Natomiast kiedy jadę na tzw. wyprawę ekstremalną, czyli np. na Grenlandię, gdzie zimno, ciemno i nie ma ludzi, to akcenty rozkładają się już nieco inaczej. Trudno zawierać tam bliższe znajomości, skoro ludzi po prostu nie ma. 

 

— Wówczas motywuje Cię wyzwanie? Eksploracja nieznanego?

W pewnym sensie. Podczas takich wypraw bardzo dużo uczę się o sobie, swoim ciele i jego granicach. I o tym, że te granice są przekraczalne. W naprawdę trudnych warunkach pojawia się moment, w którym jesteśmy jak pisklaczek w skorupce stworzonej przez naszą europejską kulturę. Żeby przeżyć, sytuacja wymaga niekiedy przebicia tej skorupki i wyjścia poza znane normy. Mimo wszystko czasami następuje jednak tryumf wychowania nad potrzebami. 

 

— O proszę! Zdarzyła Ci się kiedyś taka sytuacja?

Jasne. Po trzech tygodniach spędzonych w podróży rowerowej nad Bajkałem, razem z moim przyjacielem Wichrem, trafiliśmy do opuszczonej wioski, która została przerobiona na daczowisko. Nie było żadnego ciecia, który otworzyłby nam jedną z dacz, ale mogliśmy zajrzeć do nich przez okno. W środku luksusy: kominek, drewienko, łóżeczko. A my przez trzy tygodnie nocowaliśmy w namiotach przy minus trzydziestu stopniach. Wystarczyło mocniej kopnąć we framugę, a drzwi do raju stanęłyby otworem. Ale, że jesteśmy dobrze wychowanymi chłopcami, nie zrobiliśmy tego.

 

— Żałowaliście rano?

Bardzo. Noc spędziliśmy na tarasie, znów przy minus trzydziestu i właściwie jej nie przespaliśmy. Ale na Grenlandii już szaleliśmy, wyżerając słodycze biednym Inuitom, jeśli nieopatrznie je gdzieś zostawili i już się tego nie wstydziliśmy. No, może trochę, ale uznaliśmy, że to stan wyższej konieczności. To zabawne przykłady, ale pokazują, że podróż wprowadza Cię w zupełnie inny tryb. 

 

— Niedoboru?

Przede wszystkim niedoboru bodźców. Nie ma Internetu, komórek, tłumu ludzi, którzy kierowaliby Twoją uwagę na przeróżne tory. W sposób naturalny uwaga skupia się więc na kontemplacji świata, który cię otacza i na kontemplacji samego siebie. To jest szalenie rozwijające. Nie żadne wielkie rekordy. To mnie nigdy jakoś szczególnie nie bawiło. Za to nowe spojrzenie na siebie i świat – owszem. 

 

— Zdarza Ci się, że tak się zapatrzysz w ten nowo poznany świat, że chciałbyś tam zostać? 

Są takie miejsca, w których ewentualnie chciałbym zamieszkać. Na pewno jest to domek nad Bajkałem – co się raczej nigdy nie wydarzy, ale bym chciał. Bardziej realny jest domek na Słowenii przy Alpach Julijskich. Jak już będę duży i bogaty, to sobie takowy kupię. Syberia może na pierwszy rzut oka do ideału nie ma najbliżej, ale jeśli chodzi o tamtejszą przyrodę, to ja nie znam lepszej. Albo, inaczej rzecz ujmując, nigdzie nie poczułem takiej więzi z otaczającą mnie naturą jak tam. A Słowenia to taki mały raj na ziemi.

 

— Czy jest jakieś miejsce, które zbiło Cię z tropu, bo wyjątkowo odstawało od Twoich wyobrażeń?

Kuba. Poleciałem tam z nastawieniem, że tyle się naoglądałem i naczytałem, że wszystko wiadomo. Zupełnie nie byłem przygotowany na taką liczbę zaskoczeń. Jestem dosyć nieufny wobec wszystkich opisów na blogach czy w przewodnikach i książkach podróżniczych. Znaczna większość ma tendencję do egzotyzowania rzeczywistości, kiedy nie wydaje nam się ona wystarczająco ciekawa. Założyłem, że Kuba w rzeczywistości będzie mniej kolorowa, że stare samochody będą dla turystów, a komunizm będzie taki na pół gwizdka.Tymczasem komunizm jest na maksa, samochody z lat 50. są wszędzie i jest kolorowo do bólu. Zaskoczyło mnie też, że Kubańczycy to nacja bardzo przestrzegającą prawa. Ciężarówka jadąca za rowerzystą nie wyprzedzi na ciągłej linii, choćby miała się zadusić pod górkę i wyzionąć ducha. Surrealistycznych historii z tej wyspy mam naprawdę sporo.

 

— Wspomnieliśmy już oboje, że w podróżowaniu ważny dla nas jest nie tylko wątek krajoznawczy, ale też poznawanie samego siebie. Jak to dokładnie u Ciebie działa?

Podróżując, mogę „wyjść” ze swojego ciała Polaka, Poznaniaka. Odbywam podróż astralną do kraju, w którym jest zimno albo ciemno czy wysoko – w każdym razie z reguły zimno – i mierzę się z prostymi problemami. Dojście z punktu A do punktu B, zjedzenie czegoś i odpoczynek. Życie sprowadza się do bardzo podstawowych zadań. Potem, wracając do codzienności, zdaję sobie sprawę, że ta cała nadbudowa – frappe, detoks i iPhone w różowej obudowie, to wszystko jest tylko dodatkiem do tego, kim jesteśmy i czego naprawdę potrzebujemy. Dzięki podróży zyskujemy dystans, niezbędny w naszym współczesnym świecie – zwłaszcza, jeśli chcemy żyć w tempie, które on narzuca. A nam, młodym, wykształconym, z wielkich ośrodków, narzuca szczególnie. Ciągle gdzieś pędzimy i na nic nie mamy czasu. 

 

— I dlatego już za tydzień popędzisz na Ałtaj.

Otóż to. Przez trzy tygodnie będę pedałował po Syberii. Tam zbiorę energię, żeby po powrocie móc się dalej mierzyć z naszym światem. 

 

Mając w pamięci baczne spojrzenie Jakuba z początku naszej rozmowy, postanawiam nie pytać o rowery, przejechane kilometry i pojemność sakw. Pytam o plany i marzenia – i choć wątek ten wcale oryginalnością nie poraża, liczę, że moje szczere zainteresowanie zachęci Kubę do dłuższej wypowiedzi.

 

Dwa lata temu wchodziliśmy na drugą najwyższą, wciąż niezdobytą górę. Właściwie jest ona najwyższą możliwą do zdobycia, bo pierwsza jest świętą górą na terytorium Bhutanu i nie można się na nią wspinać. Wycofaliśmy się 300 metrów od szczytu. W tym roku w maju próbowała inna ekipa, również bez powodzenia. Temat jest więc nadal otwarty. I to jest właśnie moje największe marzenie – zdobycie niezdobytego, bycie tam, gdzie jeszcze nikogo nie było. Takich miejsc, gdzie można być rzeczywiście odkrywcą i eksploratorem, pozostało już stosunkowo niewiele. Podoba mi się ta idea, bo jest bardzo prosta. Pierwszy człowiek tu. 

 

— Na koniec proszę jeszcze o złotą podróżniczą myśl, którą każdy mógłby zastosować w swoich mniejszych lub większych terytorialnych podbojach. 

Jeśli chcesz się tytułować podróżnikiem, niech warunkiem będzie refleksyjność. Pomyśl nieco nad swoim wyjazdem. Nie zmuszam do rezygnacji z all inclusive, bo rozumiem, że podczas tygodnia urlopu wiele osób chce być zwolnionych ze wszelkich obowiązków. Ale nawet taka forma wypoczynku może być zrobiona z głową. Korzystaj z usług odpowiedzialnego operatora, który współpracuje z miejscowymi hotelami, zastanów się, czy zawsze musisz lecieć samolotem – może da się pociągiem albo rowerem?

 

___

foto: Jakub Rybicki

 

znak-01

Jakub Rybicki:

jeździ po świecie i opowiada o dziwach, którym się dziwował. Wsadza nos w nie swoje sprawy, chodzi gdzie pieprz rośnie, sprawdza gdzie raki zimują. Współpracuje z magazynami i portalami turystycznymi, zarabiając na życie jako fotograf, dziennikarz i mówca. Wyróżniony na światowych konkursach fotograficznych, m.in. Travel Photographer of The Year. Autor książki „Po Bajkale”.

]]>
czarno-biała magia https://lesma.org/czarno-biala-magia/ Thu, 04 Aug 2016 11:00:53 +0000 http://lesma.org/wordpress/?p=45 Szymon Brodziak zapytany, czy jako fotograf widzi świat inaczej, śmieje się i przekornie odpowiada: „oczywiście, same nagie kobiety”. Konsekwentnie podąża za tym, do czego ma serce. Być może dlatego ma już za sobą wystawę w założonym przez Helmuta Newtona i jego żonę June berlińskim Muzeum Fotografii – Fundacji Helmuta Newtona. I dokonał tego jako najmłodszy fotograf w historii wystaw.

 

 

— Zdobyłeś Berlin, Twoje prace pokazywane są na całym świecie. Podczas Festiwalu Filmowego w Cannes jury Fashion TV Photographers Awards okrzyknęło Cię najlepszym na świecie autorem czarno-białych kampanii reklamowych. A Ty wciąż mieszkasz i pracujesz w Poznaniu. Może się nasuwać pytanie, co Ty tutaj jeszcze robisz?
Dokładnie o to samo zapytała mnie June Newton podczas jednej z naszych rozmów. Powiedziała, że jeśli chcę coś osiągnąć, muszę przeprowadzić się do Paryża. Pewnie jest to jeden ze sposobów na robienie kariery, ale czasy się zmieniły. Żeby pokazać swoją twórczość na drugim końcu świata, nie musisz koniecznie tam być. Przez kilka lat studiowałem poza Poznaniem, ale wróciłem i dziś nie wyobrażam sobie życia w innym miejscu. Dobrze mi tu, gdzie jestem. Wiem, że mogę w każdej chwili wsiąść do samolotu i zrobić projekt za granicą, ale nie czuję jakiegoś wewnętrznego pędu, żeby zdobywać Londyn czy Nowy Jork.

 

— Ale Berlin się udało.
Gdyby nie było dokumentacji tej wystawy, chyba nie uwierzyłbym, że to zdarzyło się naprawdę. Wychodzę z założenia, że co ma być, to będzie. Robię swoje, czekam na reakcję otoczenia i albo pojawią się jakieś szanse, albo nie. Nie robię niczego na siłę, choć miałem moment parcia na Warszawę. Wydawało mi się wtedy, że to najważniejsze miejsce, jeśli chodzi o biznes, fotografię, różne agencje. Poszedłem więc ścieżką, którą podąża wielu początkujących fotografów. Intensywne budowanie kontaktów i relacji z magazynami, publikacje, prestiż i wszystko powinno być świetnie. Nadal jednak czułem niedosyt. Oczywiście przez lata współpracy z różnymi czasopismami zdarzało się, że mogłem zrealizować sesje całkiem „po mojemu”. W czasach kiedy redaktorem naczelnym Playboya był Marcin Meller, nie za często, ale raz na pół roku, mogłem się wyszaleć i zrobić autorską, czarno-białą sesję z pazurem. Z tego faktu wyniknęły zresztą kolejne ciekawe sytuacje. Playboy ma taki zwyczaj, że poszczególne edycje wymieniają się niektórymi sesjami i zdarzyło się, że moja trafiła do wydania czeskiego. Tam ktoś zainteresował się moim stylem i poprosił mnie o prywatną sesję dla bliskiej osoby.

 

— Zgodziłeś się?
Facet przedstawił się jako znajomy Helmuta Newtona, więc jak mogłem się nie zgodzić? A tak poważnie, to zdarza mi się realizować prywatne zamówienia. To zupełnie inna formuła fotografii. Dla takiej osoby często jest to pierwsza sesja w życiu i bardzo ciekawi mnie cały proces odkrywania na nowo jej piękna i pewności siebie. Zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest się otworzyć przed obiektywem, bo sam nie znoszę być fotografowany i czuję się bardzo skrępowany przed kamerą. Podczas pracy na planie niezwykle ważna jest interakcja między mną a fotografowaną modelką. Właściwie słowo „modelka” w przypadku kobiet, z którymi pracuję nie jest do końca adekwatne. Szukam bardziej aktorki, artystki, tancerki – kogoś, kto potrafi wydobyć z siebie więcej niż potocznie rozumiane powierzchowne piękno.

 

— Masz jakieś metody na to „otwarcie” i przełamanie bariery wstydu?
Najlepszy jest szampan.

]]>