felieton – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png felieton – TUU https://lesma.org 32 32 Potrzeba plemienia https://lesma.org/868-2/ Sun, 24 Jun 2018 17:01:42 +0000 http://lesma.org/?p=868 „Wszystko, co mi się przydarza, daje okazję do rozmyślań. Gdybym ocalała z katastrofy samolotu, być może zainteresowałabym się historią lotnictwa.” Susan Sontag

 

Pisać o nim czy być jego częścią? Kołatało mi w głowie podczas pakowania walizki na majówkowy wypad z przyjaciółmi. Dylemat dość szybko rozstrzygnęłam na korzyść „być”, ryzykując zawał serca naczelnej. Alibi miałam nie najgorsze – podążałam wszak za radą Susan Sontag, by sytuacje życiowe zmieniać w badawcze. Tu mikrolaboratorium wspólnoty miałam jak na dłoni – trzeba było jechać i już.

 

Moim ideałem współczesnego mędrca stoickiego jest człowiek, który przekształca strach w rozwagę, ból w informację, błędy w nowy początek, a pragnienie w działanie – pisze Nassim Nicholas Taleb w książce „Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy”. Autor z właściwym sobie intelektualnym tupetem rozprawia się w niej z chaosem współczesnego świata, w którym króluje to, co niepewne, przypadkowe i zmienne. Długofalowe strategie już nie działają, jedyne, co możemy robić w obliczu globalnego kryzysu społeczno-ekonomicznego, to nauczyć się oswajać zmiany. Niektórym rzeczom służą wstrząsy; rozwijają się i rozkwitają pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu i stresu; przygody, ryzyko i niepewność to ich żywioł. Te rzeczy Taleb nazywa antykruchymi, w przeciwieństwie do tych kruchych i wytrzymałych. 

 

Ale co ma wspólnego (!) antykruchość z pojęciem wspólnoty? Otóż cała nauka o trendach i obszar studiów nad przyszłością wyrosły na gruncie socjologicznym. Motorem zmian są ludzie, a ich zachowania można obserwować i mierzyć, tym samym – przewidywać. Ludzkie stada, czy tego chcemy czy nie, podlegają dość stałym schematom. Piewcy innowacji, którzy zarażają wirusem nowości, to ułamek społeczeństwa – stanowią zaledwie 2,5% populacji. Infekują „lokalnych ambasadorów zmiany”, cieszących się społecznym zaufaniem liderów opinii (13,5%), ci zaś roznoszą dobrą nowinę dalej – ku wczesnej (34%) i późnej (34%) większości, konserwatywnej i przewidywalnej konsumenckiej rzeszy, która stanowi główny cel marketingowych opowieści. Koniec peletonu wyznaczają maruderzy (16%), dla badaczy równie atrakcyjni co innowatorzy – gdy trend dociera tutaj, to znak, że na jego ogonie rodzi się nowe kontr-zjawisko. Co ciekawe, ów model Dyfuzji Innowacji, opracowany w 1962 roku przez amerykańskiego socjologa Everetta M. Rogersa, był syntezą badań Bryce’a Ryana i Neala Grossa nad rozprzestrzenianiem się innowacji w postaci hybrydowych nasion kukurydzy wśród farmerów w stanie Iowa. Czyli wszyscy w pewien sposób, niezależnie od zjawiska i kontynentu, zachowujemy się jak amerykańscy rolnicy. 

 

Czym jest trend? Jest zmianą. Nie tyle estetyczną czy fizyczną, a emocjonalną, intelektualną czy wręcz duchową. Najgłębsze ruchy, tzw. megatrendy, rozgrywają się na globalnej scenie od setek lat i tyczą spraw dla ludzkości najistotniejszych, tzw. uniwersaliów społecznych – emancypacji kobiet, równości ras, demografii. Najbardziej błahe, powierzchowne kaprysy to fady – sezonowe mody. Jaki mechanizm wobec tego pozwala zjawiskom się rozprzestrzeniać? Wszystkiemu winna ludzka natura i skłonność – a raczej konieczność – naśladownictwa. Kognitywiści upatrują w tym aktywności neuronów lustrzanych, które, „widząc” daną czynność, gest, emocję, uruchamiają nasz mózg dokładnie w tym samym obszarze odczuwania. I zdolność czucia właśnie tu jest kluczem – dzięki neuronom lustrzanym posiadamy nie tylko zdolność empatii, ale i tworzenia życia społecznego, kulturalnego, rozwoju cywilizacyjnego. Co sobie przekazujemy drogą mimezy? Richard Dawkins, autor „Samolubnego genu”, twierdzi, że memy, czyli kulturowe wersje genu. Nie biologiczną, a mentalną pigułkę informacji, którą może być cokolwiek: dźwięk, obraz, idea, słowo, sposób działania. Ludzie naśladują się w nawzajem w celu podwyższenia statusu, wpisania się w większą całość estetycznie, intelektualnie, finansowo – utożsamienie z grupą wszak daje gwarancję przetrwania. 

 

Ale na obrzeżach stada zawsze czai się bunt. Przyczajony atak na mainstream, na lustro przechadzające się po gościńcu. Trendy rozwijają się kontrastowo – karmi je różnorodność, powstrzymuje stagnacja i jedność. Rozwój, paradoksalnie, potrzebuje dwóch skrajnych sił: trendsetterzy to kolorowe ptaki, plemiona zróżnicowane pod względem płci, rasy, wieku, statusu społecznego. Gromadzą się wokół tzw. human hubs (w dużych miastach, na akademiach i uniwersytetach, w internecie), gdzie buzują idee, kwitnie otwartość i kultura innowacji. Konsumenci „środka” to grupy odnajdujące komfort w „tak-samości”, budujące relacje na zasadzie podobieństwa i bezpiecznej rutyny. 

 

Żeliwny kociołek natrzyj od wewnątrz oliwą, ścianki obłóż liśćmi kapusty. Układaj warstwami warzywa: ziemniaki, cebulę, czosnek, cukinię, marchew, pokrojone pomidory. Oprósz solą, pieprzem, ziołami. Całość szczelnie przykryj kapustą, dociśnij wieko. Piecz nad ogniskiem dwie godziny. 

 

Im więcej warstw w kociołku, tym lepiej. Nasze plemienne laboratorium smaku, które zawsze wspólnie przyrządzamy nad morzem z przyjaciółmi, ewoluuje. Zmieniają się składniki, dochodzą przyprawy zwiezione z różnych zakątków świata. Kociołek bywa korzenny, oparty na rodzimych bulwach, lub tajski, okraszony egzotycznym curry i wspomnieniami z podróży. W tym roku smakował Budapesztem, wzbogacony o węgierskie kiszonki i ognistą paprykę. 

 

Im grupa bardziej zróżnicowana – etnicznie, seksualnie, społecznie – tym bardziej buzuje pod pokrywką. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach – mówi analityczka trendów Zuzanna Skalska – Czasach wiedzy. Ale to nie znaczy, że wiemy to, co powinniśmy wiedzieć.¹

 

Czego się dowiedziałam podczas nieprzyzwoicie długiej majówki? Oprócz tego, że woda w Bałtyku najbardziej rześka jest wiosną, a wolność pachnie wiatrem i dymem, także tego, że infekcja zmian musi paść na podatny grunt, a rozwój wymaga zderzeń. I pęknięć. 

 

Myśleliśmy, że wszyscy będą żyć w takich regionalnych ekonomiach i będą szczęśliwi. Okazało się, że niektóre rządy nie potrafią puścić lejców. To się właśnie dzieje – jedni puścili, inni nie. Konie są rozwścieczone i nie wiadomo, co się stanie. Właściwie bardzo mi się to podoba, bo z chaosu musi coś powstać – kontynuuje Skalska.

 

Tak ja u Hegla, rozwój wymaga tezy i jej zaprzeczenia, dopiero z dialogu tych dwóch jakości wyłania się synteza. Wnioski i decyzje są dobre – zatrzymują choć na chwilę rozpędzone tornado chaosu, dają namiastkę spokoju, kontroli sytuacji. Pozwalają iść naprzód.

 

Nowe połączenia neuronalne powstają w wyniku dużych skoków adrenaliny (kłótni, wykonania ryzykownej czynności, błędu), tak i nowe zjawiska powstają ze zderzeń i połączeń. Nie zawsze łatwych. Testujmy otwartość. Niech buzuje.

 

____

1   „Z chaosu musi coś powstać”, rozmowa z Zuzanną Skalską, rozm. Agnieszka Berlińska i Daria Pawlewska, KUKBUK Magazyn Kulturalno-Kulinarny, nr 33, 2018, s. 94.

 

 

znak-01

Agata Kiedrowicz,

kuratorka treści i projektów związanych z szeroko rozumianym dizajnem. Szczególnie interesuje ją sensoryczny wymiar projektowania oraz dizajn jako narzędzie eksploracji i krytyki rzeczywistości. Pisze, edukuje, tworzy. 

]]>
Solaris https://lesma.org/solaris/ Sun, 24 Jun 2018 16:50:41 +0000 http://lesma.org/?p=862 Ciepłe morze i niekończące się lato. Darmowe jedzenie, długowieczność i nieskrępowany seks. A na deser zbiorowa świadomość i halucynacje. Zagubiona kolonia japońskich hipisów gdzieś na Pacyfiku? 

 

Nic z tych rzeczy. To krótka charakterystyka Wielkiej Rafy Koralowej leżącej u północno-wschodnich wybrzeży Australii. Największej i najstarszej komuny żyjących istot na Ziemi. Naprawdę wielkiej, bo liczącej ponad 2300 km, jedynej zwierzęcej struktury widzialnej z kosmosu. I naprawdę starej, jej historia liczona jest w geologicznej skali dziesiątków milionów lat, z koralowcami rodzaju Leiopathes żyjącymi po 4200 lat. 

 

Do powszechnej świadomości Wielką Rafę Koralową wprowadził James Cook. W trakcie swojej pierwszej wyprawy dookoła świata na pokładzie His Majesty’s Bark „Endeavour”, 11 czerwca 1770 roku po prostu wpłynął na mieliznę. Spojrzał pod nogi, a właściwie pod wodę, i ją odkrył. Nie bardzo wiedział co, ale odkrył i zapisał się. W dzienniku pokładowym. A na pamiątkę niefartu pobliski, australijski przylądek nazwał Cape Tribulation. I tu rzeczywiście zaczęły się kłopoty. Dla rafy rzecz jasna. Niedługo potem, jakieś 200 lat później, biolodzy, nurkowie, płetwonurkowie, prawnicy i stomatolodzy na wczasach zaczęli ją gromadnie nagabywać. 28 milionów lat spokoju, a tu proszę: zbiorowa inwigilacja, odłupywanie i straszenie żyjących w ścisłej zależności korali, glonów, polipów, ukwiałów, ryb, żółwi, waleni i krylu. Dlatego rafa zaczęła się zmieniać, a jej zbiorowa świadomość działać. I tu pojawia się pewna teoria: jeśli taki koralozwierz żyje kilka tysięcy lat i główkuje z kumplami, a niektóre z jego 350 gatunków nawet wyglądają jak mózgi, to taka drużyna nerdów musiała coś wykombinować. I na pewno próbuje zahakować wrogi system. Czyli nas, „człowieków”.

 

Analizując ul i życie pszczół, Maurice Maeter-linck pisał w 1901 roku o „śladzie prawdziwej inteligencji”. Zafascynowany doskonałą społeczną strukturą i skutecznością działania tych owadów uważał, że dzięki temu, jako ludzie i istoty myślące, możemy się czuć mniej samotni. Sęk w tym, że my nie potrzebujemy towarzystwa. A tym bardziej konkurencji. Przez ostatnie 100 lat z okładem wiele zmieniło się w naszym postrzeganiu świata i Wszechświata. Jednak nadal pozostajemy mistrzami zbiorowej iluzji. Wciąż zakładamy, że Ziemia jest wyjątkowa. A na niej absolutnie wyjątkowi są ludzie. Niby wiemy, że jesteśmy jakimś tam paproszkiem w kosmosie. Ogarniamy, że Układ Słoneczny to dalekie peryferia Drogi Mlecznej, a nasza galaktyka leży na zadupiu znanego nam uniwersum. Ale i tak wszystkimi zwojami ludzkości kombinujemy, jakby to zrelatywizować. Wszechświaty równoległe, bąblujące wymiary, mosty Einsteina-Rosena, zaginająca się czasoprzestrzeń. Wszystko, żeby tylko dowieść, że jednak mieszkamy w centrum, i że jesteśmy najfajniejsi w okolicy. Albo przynajmniej jednymi z tych bardziej. 

 

Maeterlinck w zbiorowej inteligencji pszczół, mrówek, termitów i roślin rozpoznał równoprawnych partnerów. Upatrywał w tej analogii drogi do naturalnego połączenia przyrody z cywilizacją ludzi. Nie wziął jednak pod uwagę, że homo sapiens to gatunek narcystyczny i destrukcyjny. Że „świat to za mało”, a nasz zbiorowy popęd śmierci zagraża całej planecie. Na szczęście taka np. Wielka Rafa Koralowa to wrażliwy, złożony i bardzo dojrzały ekosystem. Jeden z najstarszych na Ziemi. Z pewnością ma też swoje obronne know-how i koneksje. Osobiście wierzę w koncepcję myślącego oceanu Stanisława Lema – istoty zbiorowej, złożonej z zyliardów organizmów o kolektywnej świadomości. Ekosystem raf koralowych jest być może jego wersją. Naszą, a jednak obcą inteligencją, z którą, jak w „Solaris”, nie możemy się porozumieć. Podobnie sprawa wygląda z roślinami na lądach. Istnieje teoria, że duże skupiska drzew, które, co udowodniono, komunikują się ze sobą i ostrzegają przed szkodnikami, wykryły człowieka jako patogen. I zaczęły się bronić. Jak? Emitując więcej niż zwykle związków węgla do atmosfery. W długiej perspektywie daje to efekt globalnego ocieplenia, zmian klimatu i zagłady ludzi. Szach mat.

 

Od początku lat 80. XX wieku rozpoczęły się cykle bielenia Wielkiej Rafy Koralowej, powtarzające się w różnych sekwencjach. Tak jak pszczoła w desperacji żądli i ginie, tak koralowce umierają, wysyłając swoje SOS. Zmieniając kolor co kilka, kilkanaście lat, nadają w kosmos wiadomość. Czekają. Do pełnej destrukcji rafy zostało podobno mniej niż 100 lat. Zdążą? 

 

 

znak-01

Przemysław Jędrowski,

z wykształcenia technik leśnik i historyk sztuki. W praktyce najemnik i miłośnik słowa: komercyjnie tworzy komunikacje marek i jeszcze więcej o nich mówi. Komentuje sztukę nowoczesną i dawną. Czasami rozmawia z artystami, których lubi i którzy jeszcze żyją. Coś pisze o przyrodzie. Czyta dużo i różnie. A najchętniej żegluje jak najdalej, nie mówiąc nic.

]]>
Czy jestem psychopatą? https://lesma.org/czy-jestem-psychopata/ Fri, 22 Jun 2018 18:19:38 +0000 http://lesma.org/?p=826 Cofając się do najwcześniejszych przejawów aktywności artystycznej człowieka, wydawać by się mogło, że sztuka to gra zespołowa. Choć nie wiemy, czy malowidła i rysunki w jaskini Lascaux to wynik pracy jednostek szczególnie uzdolnionych w paleolitycznych plemionach czy dowolnego członka lokalnej społeczności, który arteterapią przepracowywał egzystencjalną traumę polowań, z pewnością możemy stwierdzić, że jest to praca zbiorowa. Począwszy od tańców wojennych, rytuałów plemiennych, wspólnych śpiewów przy uprawie ziemi, a na budowie piramid i teatrach greckich skończywszy, wczesna aktywność artystyczna prawie zawsze wiązała się z drużynowym wysiłkiem. W kontrze do tego piszący o czasach antycznych XIX- i XX-wieczni badacze w opisie kultury starożytnych zwykle używają współczesnej im narracji wynoszącej na piedestał wybitne twórczo jednostki takie jak Sofokles, Fidiasz, Safona. W wiekach średnich, mimo iż panowała zasada ad maiorem Dei gloriam, nie trzeba było spalić biblioteki aleksandryjskiej, aby zostać wymienionym z imienia na kartach historii. Im bliżej współczesności, tym tendencja alienacji twórcy i społeczeństwa się nasilała. Biografowie Beethovena skupiali się na jego ekstrawaganckich zachowaniach, kreując na zdziwaczałego odludka, choć trudno ten wizerunek pogodzić z wpisaną w jego typowy rozkład dnia wieczorną wizytą w oberży. Rilke na przełomie XIX i XX wieku napisał: „Artysta nigdy nie będzie mógł żyć życiem ludzi przeciętnych. Gdy on staje się z biegiem lat ruchliwszy, głębszy, dojrzalszy, bardziej twórczy, gdy żyje, nadając kształt swym marzeniom, zwykły człowiek ubożeje duchem i powoli, powoli zamiera”. Tymi słowami ostatecznie rozdzielił twórcę i zbiorowość. Wydawać by się mogło, że dalej poza nawias społeczny artysty już wypchnąć się nie da, a jednak pojawiające się w pracach psychologicznych (np. K. Pospieszyl Pychopatia) porównania osobowości artystycznej i psychopatycznej oraz obecne w kulturze popularnej postaci będące urzeczywistnieniem zbieżności obu tych typów przesuwają granicę jeszcze dalej. Doskonałym zobrazowaniem tego jest wątek przedstawiony w pierwszym odcinku Black Mirror – serialu, który można zakwalifikować do nurtu huxleyowskiego futuryzmu społecznego – a mianowicie artysta-terrorysta tak dalece przedkładający wolność ekspresji twórczej ponad ustanowione normy moralne, że wedle jego standardów Herostratosa uznać należałoby za performera, co więcej mało finezyjnego w sztuce destrukcji. Problem relacji artysty i społeczeństwa jest dla mnie osobiście bardzo istotny, gdyż w związku z tym, że zawodowo zajmuję się twórczością muzyczną, powyższe obserwacje dotyczące sztuki współczesnej zmusiły mnie do zadania sobie kluczowego pytania: „Czy jestem psychopatą?”.

 

Bardzo konwencjonalnie zacznę od dzieciństwa. Generalnie rzecz ujmując, nie preferowałem w szczególny sposób ani aktywności stadnej ani samotniczej – jeśli zabawa była interesująca, to nawet nie przeszkadzało mi, że biorą w niej udział inne osoby. Wybierane przeze mnie w dzieciństwie ścieżki kariery raczej łączyły się z pracą indywidualną. Wpierw, zainspirowany filmem Bernarda Bertolucciego Ostatni cesarz, planowałem zostać monarchą, jednakże zniechęcił mnie fakt, iż status cesarza mógłbym uzyskać jedynie w Japonii, co wiązałoby się również z pewnymi trudności natury formalnej. Ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowałam, gdy boleśnie uświadomiono mi, że bycie imperatorem to nie tylko przebywanie w zamknięciu majestatycznego pałacu, gdzie każdy jest posłuszny i można nawet nauczycielowi nakazać wypicie atramentu, ale również odpowiedzialność za poddanych i mnóstwo obowiązków. Bogatszy o te doświadczenia, następne dwie potencjalne profesje wybrałem pośród zawodów jak najdalszych w moim mniemaniu od interakcji międzyludzkich. Wpierw zainteresowały mnie noce w towarzystwie gazowych olbrzymów w bezgranicznej przestrzeni i kariera astronoma, następnie żywot pośród szczątków nieżyjących od milionów lat stworzeń jako paleontolog. W okresie edukacji szkolnej system kształcenia ugruntował we mnie poczucie, iż praca w grupie to zwyczajnie sytuacja, gdy jedna, dwie osoby pracują, a reszcie zostają przypisane ich zasługi. Wtedy też rozwinęło się moje zamiłowanie do muzyki, które wcześniej realizowane było głównie pasywnie poprzez słuchanie klasycznych dzieł odtwarzanych na adapterze, a później walkmanie – urządzeniu, któremu do dziś nie całkiem wybaczyłem, że wkręciło taśmę słuchanej przeze mnie na okrągło kasety z IX symfonią Beethovena – następnie aktywnie poprzez grę na fortepianie, aż wreszcie, od 9 roku życia, komponowanie. W okresie adolescencji moje wyobrażenie o działaniach zbiorowych można zobrazować za pomocą fragmentu opowiadania Jamesa Thurbera, które w rozdziale dotyczącym konformizmu przytoczył Elliot Aronson w swojej książce, „Człowiek istota społeczna”:

 

„Nagle ktoś zaczął biec. Może po prostu przypomniał sobie w tym momencie, że umówił się na spotkanie z żoną, i stwierdził, że jest straszliwie późno. Cokolwiek by to było, człowiek ten biegł ulicą Szeroką w kierunku wschodnim (prawdopodobnie do restauracji Maranor, ulubionego miejsca spotkań mężów ze swymi żonami). Ktoś inny, prawdopodobnie gazeciarz w dobrym humorze, też zaczął biec. Następny mężczyzna, zażywny dżentelmen z teczką, puścił się kłusem. Nie minęło 10 minut, a biegł już każdy, kto znajdował się na ulicy Wysokiej, od dworca aż do gmachu sądu. Głośny pomruk stopniowo krystalizował się w przerażające słowo: „Tama!”. „Tama przerwana!” Strach został wyrażony słowami przez staruszkę w czarnej sukni, przez policjanta na skrzyżowaniu ulic lub przez małego chłopca: nikt nie wiedział, kto pierwszy wyrzekł to zdanie, zresztą nie miało to teraz wielkiego znaczenia. Dwa tysiące ludzi biegło w panicznej ucieczce. „Uciekajmy na wschód!” Podniósł się krzyk – na wschód, aby dalej od rzeki, na wschód, w bezpieczne miejsce. „Uciekajmy na wschód! Uciekajmy na wschód!”

 

Ta irracjonalność tłumu ostatecznie przekonała mnie, iż zawód kompozytora, w moim mniemaniu łączący się z wielogodzinną samotną pracą z nutami lub przy instrumencie, jest idealnym wyborem na życie. Późniejsza praktyka okazała się dość radykalnie odbiegać od mojego wyobrażenia.

 

W pierwszym okresie twórczości byłem właściwie samowystarczalny, realizując prawie wyłącznie kompozycje fortepianowe, które sam mogłem wykonywać lub tworzyć dzieła na większy skład dzięki programom komputerowym wykorzystującym sample. Jednak w tym drugim przypadku bardzo doskwierało mi uczucie niekompletności utworu, braku czegoś fundamentalnego w jego brzmieniu. Wiedziony chęcią wypełnienia tej luki zdecydowałem się na skomponowanie pierwszych utworów kameralnych, do których wykonania, ze względu na oszczędność czasu, zmuszony byłem zaprosić inne osoby – nie ukrywam jednak, że rozważałem też naukę gry na kolejnych instrumentach i nagrywanie poszczególnych partii osobiście, ale zajęłoby to stanowczo za dużo czasu. Jak wpłynęły na mnie pierwsze projekty z muzykami grającymi moje kompozycje? Tak jak na heroinistę pierwsza dawka – uzależniłem się od pierwszego razu. Każdy wykonawca wzbogaca utwór o własne doświadczenia, emocje, interpretacje i tak każdorazowe nowe wykonanie tworzy nową wersję dzieła. Komputer może wykonywał zapis nutowy idealnie czysto i perfekcyjnie rytmicznie, ale okazało się, że to właśnie wszystkie niedoskonałości tworzą bogactwo znaczeń oraz autentyzm interpretacji. Zatem cóż było robić, żeby zaspokoić potrzeby twórcze musiałem tylko zwiększać dawkę lub poprawiać jej jakość. Początkowo na mały skład muzyków, później na małą orkiestrę, następnie na skład symfoniczny z głosami solowymi, by w nienasyceniu dołożyć jeszcze dwa chóry. A co, jeśli bodźce audialne już nie wystarczają? Dodajmy do nich wizualne w postaci tańca. Na pewno momentem przełomowym było rozpoczęcie współpracy z Anną Niedźwiedź, zarówno ze względu na wyjątkowy rodzaj porozumienia twórczego, jaki wzajemnie odkryliśmy, oraz zupełnie nowe znaczenie współpracy artystycznej, jakie mogłem zaobserwować w spektaklach realizowanych przez jej szkołę. Gdybym jako dziecko mógł zetknąć się z tym rodzajem kooperacji, której uczniowie szkoły przy ul. Mansfelda doświadczają na co dzień, z pewnością dużo wcześniej zacząłbym realizować się w zbiorowym wysiłku. Bardzo istotny wydaje mi się fakt, iż w młodych artystach zaszczepiana jest świadomość tego, że każdy element prezentowanego na scenie dzieła jest ważny i poczucie wspólnej odpowiedzialność za finalny efekt.

 

Aktualnie przygotowuję nową premierę w Teatrze Wielkim w Poznaniu: spektakl baletowy Trojan we wspaniałej choreografii Viktora Davydiuka. Zamiłowanie do gremialnych projektów objęło również pozaartystyczne sfery mojego życia, za przykład może posłużyć organizowanie wraz Anną Niedźwiedź i całym naszym zespołem Festiwal Bajek w Teatrze Coritqué, który wydaje mi się najbardziej ekstremalnym pod względem wymaganej współpracy projektem, w jakim brałem udział. Długo żyłem w przekonaniu o prawdziwości napoleońskiej sentencji: „stado baranów prowadzone przez lwa, jest lepsze niż stado lwów prowadzone przez barana”. Teraz wiem, że lew z baranami też niewiele wskóra. Izolacja artysty i jego odgrodzenie od społeczeństwa wydaje mi się jednym z powodów nasilającej się przez cały XX wiek hermetyzacji tzw. sztuki wysokiej, a cały nurt sztuki ignorującej zapotrzebowania społeczne ślepym zaułkiem. Oczywiście, bywają dni, gdy los wybrany przez Szymona Słupnika wydaje mi się ogromnie atrakcyjny, lecz przekonałem się, jak wiele rzeczy można zrealizować tylko we współpracy. Bliżsi wydają mi się wspólnie malujący ściany paleolitycznej jaskini przedstawiciele kultury magdaleńskiej niż rozedrgany, psychotyczny, dwudziestowieczny egotyk.

 

 

 

znak-01Gabriel Kaczmarek,

kompozytor, pianista, licencjonowany muzykolog, koordynator nagrań studyjnych. Autor muzyki teatralnej , filmowej, baletowej, koncertowej , reklamowej i elektronicznej. „Kanadyjskie sukienki”, „Chcę wstąpić do policji”, „Alicja w Krainie Czarów”, „Impresje zimowe”, „Kwiat paproci”, „Msza 1050”, „Królowa Śniegu”, za którą dostał prestiżową nagrodę – podwójny srebrny medal Global Music Awards w Los Angeles, „Morfeusz Sen”, „Cylia”, „Tropem Białej Sowy” i ostatnio na zamówienie Teatru Wielkiego stworzył muzykę do baletu „Trojan”. To tytuły filmów, spektakli muzycznych, baletów i innych form scenicznych do których skomponował muzykę. Jest absolwentem muzykologii na UAM w Poznaniu i wicedyrektorem do spraw artystycznych w Szkole Baletowej Anny Niedźwiedź i Prezesem Zarządu Fundacji Artystyczno – Edukacyjnej Anny Niedźwiedź.

 

]]>
Le Cachalot https://lesma.org/le-cachalot/ Wed, 25 Apr 2018 15:00:37 +0000 http://lesma.org/?p=820 Podobno organ nieużywany zanika. A bardzo używany? Wprost przeciwnie, jak sądzę.

 

Nie znam wielu dowodów z przyrody, ale jeden, jak najbardziej. I tu – cały na biało – pojawia się Herman. Nie, nie aligator z „Hydrozagadki” od „Torpedo los!!”. Ten od literatury, Melville – „Moby Dick, czyli biały wieloryb”. Dla mnie twórcą i tworzywem tej historii zawsze był kaszalot. Lewiatan stu imion: le cachalot, olbrotowiec, sperm whale, potwal spermacetowy, Physeter macrocephalus. Największy zębowiec i żyjący na Ziemi drapieżnik. A co istotniejsze, posiadacz największego mózgu wszech czasów. O jego używaniu świadczy wiele – skomplikowany system echolokacji, tajemniczy system dźwięków, skuteczne ukrywanie przed człowiekiem i mediami społecznościowymi własnego życia intymnego, ekstraordynaryjne zwyczaje społeczne czy wreszcie bezkompromisowe dążenie do sławy i abstrakcyjne wygłupy.

 

Jak szewc Herostrates, który chcąc zapisać się w dziejach, spalił w 356 roku przed naszą erą świątynię Artemidy w Efezie, tak, nieznany z imienia kaszalot w 1820 roku, w pobliżu Wysp Pitcairn na Pacyfiku zatopił amerykański statek „Essex” o długości 27 metrów i wyporności 240 ton. Pewnie założył się z kumplem, o czteropak głowonogów, że co, że on nie da rady? Nie można też wykluczyć osobistej urazy, bo to wielorybniczy statek był. Tak czy siak, Grek i waleń osiągnęli swój cel – szewca opisał i uwiecznił Pliniusz, a kaszalota Herman Melville. Cwaniaczek był albinosem, zwierz nie pisarz, więc zawsze będzie wiadomo, o którego chodzi. My pamiętamy go jako Moby Dicka. Tak się tworzy nieśmiertelność. 

 

Kaszaloty to wielkie oryginały. Wyglądają jak żywe u-booty: głowy mają prostokątne, pyski tępe, a cielska masywne, zwarte i szarostalowe. Rosną do 20 metrów długości i osiągają 75 ton wagi. Nie jedzą też byle czego. A w szczególności tego, co przypłynie. Żaden kryl czy plankton. Skoro ma się taki mózg, to się wie, co to prawdziwy sea food. Dlatego przepadają za kałamarnicami, zwłaszcza tymi kolosalnymi, które ważą po pół tony i mają 10-metrowe macki. Nurkują za nimi na rekordową głębokość 3 kilometrów. Tam się trochę poobściskują, pomackują i kolacja podana. Z muzyką na żywo oczywiście, ponieważ kaszalot to najbardziej umuzykalniona istota na naszej planecie. Ma najczulszy organ słuchu wśród zwierząt (wśród roślin i grzybów też) oraz wyjątkowy instrument, jaki tworzy jego ogromna głowa-pudło rezonansowe, wypełniona oleistym spermacetem. Grając jego poziomami, jak na wodnych organach, pan waleń śpiewa, akompaniuje i uwodzi. Skutkiem tego permanentnie żyje w poligamii. Szekspir zapytałby przy okazji: dużo partnerek, dużo używania, duży mózg? Czy może: duże organy, dużo partnerek? 

 

Nie odbieramy i nie rozróżniamy większości tych podwodnych treli. Słyszymy je jak stary Beethoven własne symfonie – nie za bardzo. I w swoim ignoranctwie potrafimy tylko odnotować, że gdy zechce, kaszalot może wydać dźwięk zagłuszający startujący odrzutowiec. A ja myślę, że to klasyczne: „Nie chce mi się z wami gadać”.

]]>
Muzyka sfer https://lesma.org/muzyka-sfer/ Tue, 09 Jan 2018 14:50:29 +0000 http://lesma.org/?p=750 O tym, że między wyjątkowym talentem wykrywania matematycznych prawidłowości w otaczającym świecie a schizofrenią paranoidalną jest cienka granica, nie trzeba przekonywać wszystkich tych, którzy obejrzeli „Piękny umysł” – film opowiadający historię Johna Forbesa Nasha – matematyka, ekonomisty, nagrodzonego przez Komitet Noblowski. Wyobraźmy sobie zatem sytuację, gdy pod egidą kongenialnego umysłu matematycznego czasów antycznych, powstaje szkoła do której przyjmowani są tylko adepci zdolni dochować tajemnicy, przez 5 lat nie posiadający nic na własność, wyzbyci w tym czasie wszelkiej prywatności. To właśnie w takim miejscu może powstać pierwsza wielka teoria spiskowa, o tym, że istnieje grupa trzymająca władzę, nie tylko nad światem, ale nad całą rzeczywistością. Jest to grupa odpowiednio ze sobą powiązanych liczb, a opisanym zgrupowaniem jest szkoła pitagorejska.

 
Tak jak symbolem masońskim jest cyrkiel i węgielnica, sowa Minerwy znakiem rozpoznawczym iluminatów, tak władzę liczb symbolizował pośród piagorejczyków tetraktys,  w graficzny sposób reprezentujący proporcje 4:3, 3:2, 2:1. Legenda o odkryciu owych proporcji, podobnie jak te o spadających z drzewa jabłkach i wyskakujących z wanny z krzykiem „eureka!” facetach, wydaje się mocno podejrzana. Mówi ona o przechadzającym się po Krotonie Pitagorasie, który idąc obok kuźni, usłyszał uderzające w niej młoty wydające różne dźwięki, łączące się w niezwykle harmonijny sposób. Gdy sprawdził wagę młotów, okazało się, że dawała ona proporcje 4:3, 3:2, 2:1. Potem podobno odtworzył następujące konsonanse (współbrzmienia wielu dźwięków o szczególnie przyjemnych dla ucha walorach), napinając struny przy użyciu ciężarków o podobnie wyskalowanej wadze. Jak czytelnik pewnie już zauważył, powyższe stwierdzenie to antyczny fake news, mający zmylić opinię publiczną, gdyż żadna część tej opowieści nie zgadza się z prawami fizyki.

 
Zdecydowanie bardziej prawdopodobna jest historia o wczesnym pitagorejczyku, Hipasosie z Metapontu, który odkrył konsonanse (później zwane konsonansami doskonałymi) bazujące na wyżej opisanych proporcjach, używając brązowych dysków o równej średnicy, ale różnej grubości, mając na podorędziu doświadczenia południowoitalskich wytwórców brząkadeł (wytwarzali oni metalowe instrumenty perkusyjne już w VIII w. p.n.e.). Przypisywanie odkrycia Pitagorasowi nie jest jednak przypadkowe, wpisuje się w większą akcję propagandową, której celem była deifikacja wielkiego matematyka. Ojcowi założycielowi krotońskiej szkoły przypisywano wiele nadnaturalnych zdolności, które dziś mogłby uczynić z niego marvelowskiego superbohatera. Były to m.in. bilokacja, telepatia, prekognicja (przewidywał np. trzęsienia ziemi), władza nad pogodą, a nawet wpływ na zachowanie zwierząt. Jednak szczególnie interesującą umiejętnością, którą rzekomo posiadał, było słyszenie ruchu gwiazd i planet. Właśnie ta umiejętność miała pozwolić mu na odkrycie muzyki sfer.

 
Potęga liczb 1, 2, 3, 4 nie ograniczała się bowiem do młotów, metalowych dysków i strun. Proporcje szybkości ruchu ciał niebieskich po firmamencie również zachowywały proporcje konsonansów doskonałych, co osoba szczególnie silna duchem, którą niewątpliwe wg ówczesnych był Pitagoras, mogła usłyszeć. Jak pisał Porfiriusz: „sam zaś rozumiał harmonię wszechświata, mogąc słyszeć ogólną harmonię sfer i gwiazd poruszających się w ich kręgach; my nie słyszymy tej harmonii ze względu na słabość naszej natury. Stwierdzał, że dźwięki, jakie wydaje siedem gwiazd stałych i ta z planet, którą z racji położenia wobec nas nazywają Przeciwziemią (Antichthon), to dziewięć Muz”.

 
Czy najsłynniejszy mieszkaniec Metapontu rzeczywiście słyszał dźwięki przesuwających się po firmamencie planet, trudno dziś stwierdzić, gdyż mimo że w historii zdarzali się kontynuatorzy rozwijający ideę muzyki sfer, tak zacni jak Johannes Kepler i Isaac Newton, to dziś przetrwała ona głównie w kręgach ezoterycznych. Wydawać by się mogło, że fakt ten przyczyni się do wielkiego rozgłosu i rozpoznawalności tejże idei, wszakże z usług wróżbiarskich i pokrewnych korzystają w naszym kraju 3 mln osób, co robi szczególnie duże wrażenie w kontekście liczby zaledwie 1,5 mln studentów, jednakże do mainstreamu magicznego pitagorejskie proporcje dostały się zgoła inną drogą. Najmodniejszą aktualnie ezoteryczną teorią związaną z muzyką jest ta wskazująca na nienaturalność stroju 440 Hz (współcześnie stosowanego do strojenia instrumentów), który sztucznie przyspiesza nasze tempo życia (ponoć za sprawą spisku Rockefellerów). Podkreśla ona równocześnie walory stroju 432 Hz. Jego szczególne prozdrowotne właściwości badacze wiedzy tajemnej za pomocą matematyki niekonwencjonalnej uzasadniają zachowaniem kosmicznych proporcji oraz faktu, że sam Pitagoras wyprowadził go z proprocji 3:2 (2:1, 4:3 niestety nie cieszą się takim powodzeniem pośród numerologów). Współczesnym alchemikom umknął jednak jeden zasadniczy szczegół, a mianowicie fakt, że herc jako odwrotność sekundy równej 9 192 631 770 okresom promieniowania odpowiadającego przejściu między dwoma poziomami F=3 i F=4 struktury nadsubtelnej stanu podstawowego S1/2 atomu cezu, nie jest zbyt naturalną jednostką.

 
Choć pewnie po lekturze powyższego tekstu trudno przekonywać o tym, że Pitagoras nie był antycznym Kaszpirowskim, a jego twierdzenie o sumie kwadratów przyprostokątnych równej kwadratowi przeciwprostokątnej w trójkącie prostokątnym, nie jest kabalistyczną metafizyką, to jednak wpływ, jaki na współczesną zachodnioeuropejską teorię muzyki miały niebiańskie proporcje klarownie pokazuje, że „w tym szaleństwie jest metoda”. Patrząc dziś na klawiaturę fortepianu, mało kto wie, że ukształtowana została ona przez pitagorejską proporcję 2:1, a częstotliwości sąsiednich dźwięków o tej samej nazwie (np. a1 i a2) oddalonych od siebie o oktawę, zachowuję tę proporcję. Według stosunku 3:2 oraz 4:3 aż do XVIII w. strojone były interwały kwinty i kwarty, dziś tylko lekko zmodyfikowane o wartość prawie niesłyszalne dla przeciętnego słuchacza. W XX w. kompozytorzy często próbowali w swoich kompozycjach abstrahować od pitagorejskich proporcji dźwiękowych, co jednak nie wpłynęło szczególnie na fakt, że większość społeczeństwa do dziś posługuje się bazującym na antycznym pierwowzorze systemie dźwiękowym. Czy jest to wystarczający dowód na jego transcendentalne pochodzenie i realizację idealnych harmonii muzycznych? Odpowiedź na to pytanie zostawiam czytelnikowi, gdyż jak mawiał Pitagoras: „najkrótsze odpowiedzi ‘tak’ i ‘nie’ wymagają najdłuższego zastanowienia”.

]]>
Upupa epops https://lesma.org/upupa-epops/ Tue, 09 Jan 2018 14:25:57 +0000 http://lesma.org/?p=747 Widzę dudka. Taki czubek to nie do pomylenia jest. Przysiadł, rozłożył pióropusz i spojrzał bokiem na świat. Zadziwiony jakiś. Zaniepokojony. Że zimno, a on ciepłolubny przecież, i że kamuflaż mu trochę nie wyszedł. Jakby chciał powiedzieć: „Te moje piórka pomarańczowe z czarnym i białym to raczej do Owernii niż Owińsk pasują”. Ale to pozory. Zwyczajnie świruje. Jest przecież u siebie. Strzelił czubkiem i się przesiadł. Tu jest zameldowany, ma gniazdo i dokarmiał niejedną dudkową. I ma prawo być takim kosmitą, jakim go stworzyła matka. Natura oczywiście. Szczególnie tu, na terenie Krajowego Zakładu Psychiatrycznego, a wcześniej Provinzial-Irren-Heilanstalt zu Owinsk. Od 1838 mieszkali tu wyłącznie wystrychnięci na dudka i tacy, dla których zabrakło szufladki w poukładanym, nudnym świecie. Wszyscy oni żyli w wielohektarowym parku i neogotyckim kosmosie, który upupiał i uwznioślał zarazem. Dudek, Upupa epops jest więc w swoim domu. Domu wariatów.

 
Zwinął irokeza, upupnął – taki dźwięk wydaje – podciągnął podwozie i poleciał tym swoim pijanym lotem. Bo żeby tak normalnie, to nie. Co on sójka jakaś czy kos? To przecież ornitologiczne UFO. Chroniony rarytas, haute couture w barwie, kroju i polocie. Paź królowej bardziej niż szpak. No to lata jak motyl, żeby było jeszcze bardziej hipstersko. Na Majorkę, Lazurowe Wybrzeże, do Neapolu lub innej Katalonii. Może jeszcze Peloponez. Prawdziwy lot nad kukułczym gniazdem. A raczej jego ruinami, bo zakład przestał istnieć z końcem wojny. Wcześniej, jako ordynator, ostatnie lata pracy spędził tu Karol de Beaurain, wybitny psychiatra, psychoterapeuta i przyjaciel Witkacego. Ten pionier polskiej psychoanalizy został pochowany w Owińskach w 1927 roku. Witkacy dedykował mu „Niemyte dusze” i, choć ironizował, że lekarz traktował go jak „eksperymentalną świnkę morską”, pisali ze sobą całe życie.

 
A dudki wrócą. Do wierzb z dziuplami, krowich pastwisk i ceglanych, opuszczonych budynków. Tu zamieszkają z duchami wariatów i zakonnic. A że na południu all in­clusive? Co z tego? Tu żyją mocno i kolorowo. Z postawionym czubem.

]]>
Opowiem ci o modzie w 2017 roku https://lesma.org/opowiem-ci-o-modzie-w-2017-roku-za-1000-lajkow-pod-tym-postem/ Sun, 04 Jun 2017 19:20:30 +0000 http://lesma.org/?p=531 Jak działa dziś moda? Jak chińska zupka: należy zalać gorącą wodą, odczekać trzy minuty. Po tym czasie uwolni się zapach podobnego do naturalnego wywaru z argentyńskiej wołowiny w pysznym podobnym do naturalnego bulionie warzywnym. Zjeść. Po dwóch godzinach powtórzyć.

 
Od kiedy pierwsza blogerka dostając sukienkę haute couture w ramach barteru, założyła na galę w LA do kreacji buty New Ballance zamiast Jimmy Choo, świat się zmienił. Od tego czasu moda już nigdy nie była taka sama.

Około 2010 roku wysyp blogów zaczął zmieniać rzeczywistość medialną. Bardzo tani format reklamowy przyciągał rzeszę zaangażowanych widzów, zauważyły to także branże zajmujące się filmem, modą, rozrywką. Blogerki zaczęto zapraszać na wydarzenia modowe zarezerwowane dla branży, po kilku latach stały się celebrytkami. Nie stało się tak przez przypadek.

W roku 2007 zaczął się powolny rozpad trendów społecznych wytyczanych przez pokolenia X oraz Y. Ważnym dla świata informacji wydarzeniem była globalna afera tygodnika „News of the World” – w skrócie polegała ona na tym, że tabloid fabrykował informacje, zdobywając je nielegalnie lub koloryzując i tworząc półprawdy. Był to początek trendu zwanego fake news, mającego swoje odzwierciedlenie w społeczeństwie dopiero dekadę później, czyli dzisiaj.

Wzrost platform social media i zmieniające się społeczeństwo informacyjne odwróciło się od starych mediów, które prezentowały produkt lub lokowały go w programach w sposób wszystkim już dobrze znany, znudzony i znienawidzony. Nastały czasy zaangażowania i tanich formatów reklamowych oraz formatów live. Promocja produktu podążała za trendem znanym w latach 80., czyli z przymrużeniem oka na formę przekazu oraz emocjonalną relację z produktem. Widać to bardzo dobrze w tym co z popkulturą dzieje się dziś. Duch lat 80. wraca jako odcięcie się od formalizmu.
Nie wszyscy wiedzą, że trendy w przemyśle rozrywkowym i modowym nie tylko się przewiduje, ale także programuje z kilkuletnim wyprzedzeniem. Zbierane przez agencje zachowania społeczne służą do wytyczenia wzorca kodów symbolicznych dla danych okresów. Wszystko wydaje się wielkim połączonym organizmem zachowań społeczno-ekonomicznych wraz z uwzględnieniem sztuki i upodobań społeczeństwa.

Patrząc na to wszystko ekonomicznie, marki projektowe miały nie lada problem. Spadały przychody, a ubrania ready to wear są najbardziej pożądanym produktem. Chociaż symbolem statusu i świadomości jest nadal coś zaprojektowanego, osobliwego. Nie jest to traktowane jak część garderoby, ale jako artefakt.
Domy projektowe musiały wyjść naprzeciw trendowi społecznemu i zaczęły projektować w stylu fast fashion, sprzedając nadwyżki wzorów rynkowi sieciowemu. Stąd marki typu ZARA bardzo szybko dysponują podobnymi wzorami, jakie prezentowane były miesiąc wcześniej na wybiegach stolic mody.
Tłumy ruszyły do sieciówek, bo skoro mogę mieć coś w stylu Louis Vuitton za 30 USD, to po co mam wydawać 3000 USD? Ten miecz jest jednak obosieczny: sieci, polepszając wygląd zwykłej ulicy o coś, co wygląda jak świetnie zaprojektowane, zdewaluowały zarazem autorskie projekty, które dziś sprzedać o wiele trudniej.
Niestety, będzie jeszcze gorzej albo można wręcz powiedzieć – będzie inaczej. Po generacji X i Y przyszli millenialsi, których marki tak bardzo się bały. Oni, tacy szczerzy, wymagający, roszczeniowi i nie boją się wydawać szybkich opinii. Mało tego, cały rynek i jego argumenty zakupowe polegają na opiniach znajomych od kilku lat. Więc skoro Kim Kadrashian jest taka znana, to może umieścimy ją na okładce „Vogue’a”, żeby ratować tytuł? Skoro każda chce być modelką, to zróbmy Top Model. Jeżeli oscarowa aktorka nie sprzedaje produktu, to może weźmiemy do kampanii blogerkę, która ma te wszystkie snapy, insta i youtuby.

Niestety, odpowiedzialność, którą mieli na sobie wielcy świata mody została zakopana przez ekonomię, żeby ratować budżety, targety i zasięgi.

Za chwilę będzie jeszcze ciekawiej, bo generacja Z, w Ameryce nazywana Zeed, czyli slangowo Zombie, jest już na tyle rozwinięta, że zaczyna argumentować swoje decyzje zakupowe. Pokolenie egoistów i niestałości będzie jeszcze trudniejsze do okiełznania. Chociaż patrząc na to ze strony kultury masowej, możliwe że nawet okiełznać ją będzie łatwiej, a kluczem do tego prawdopodobnie będzie influencja i kultura live.

W 2015 roku Facebook partnerom reklamowym z branży lifestyle, w tym mnie, udostępnił aplikację Live Mentions. Aplikacja ma za zadanie dać influencerom narzędzie do strumieniowego przesyłania video na swój profil Facebook. Był to test przed większą zmianą, czyli udostępnieniem tego narzędzia całej społeczności, która ma zmienić rozkład sił między Facebookiem a Google (posiadającym w swoim serwisie You Tube video live). Po drodze pojawił się też Snapchat i najmłodsze pokolenie zakochało się w tymczasowym przekazie, jakim jest Instant Reality.

Słowo instant pojawia się też w modzie, bo skoro przekaz od influencerów jest tak szybki, a wszystko łącznie z trendami jest tak tymczasowe, to po co kupować stale tę samą markę, drogie ubrania, drogą technologię, skoro za chwilę pojawi się coś nowego.

W naszym kraju mamy wiele marek, które są na topie ze względu na to, że zostały niejako wyhodowane przez stare zasięgowe media. Mamy też wiele marek, które znalazły się w rzeczywistości instant. Jedni mają zasięgi, wsparcie celebrytów, pieniądze oraz status. Drudzy wybudowali swoją influencję na platformach społecznościowych, a ich snapy mają zasięgi większe niż oglądalność śniadaniówek. Ten wewnętrzny krąg walczy po cichu z zewnętrznym kręgiem. Jaka rzeczywistość urodzi się z tej walki? Śledzę to z wielkim zaangażowaniem i skupieniem.

 

 

 

kiljanski wwwPiotr Kiljański
Badacz trendów, ekspert na rynkach
kreatywnych, mody, designu i nowych
technologii. Dziennikarz i medioznawca.

]]>
Czerwona pigułka https://lesma.org/czerwona-pigulka/ Wed, 08 Mar 2017 13:47:33 +0000 http://lesma.org/?p=488 O hipotezie życia w symulacji, czyli jaka jest możliwość, że żyjesz w superkomputerze.

 

Niecały rok temu na temat tajemniczej natury wszechświata wypowiedział się Elon Musk, znany przedsiębiorca i założyciel Tesla Motors, SpaceX i PayPal. Stwierdził, iż większe prawdopodobieństwo jest w tym, że żyjemy w symulacji niż w realnym świecie.

 

„40 lat temu mieliśmy grę Pong, dwa prostokąty i kropkę. Takie kiedyś były gry. Teraz, 40 lat później, mamy fotorealistyczne, trójwymiarowe symulacje, w które grają miliony ludzi jednocześnie. Każdego roku wirtualne światy stają się coraz bardziej złożone. Niebawem to wirtualna i rozszerzona rzeczywistość będzie taką grą. Jeżeli przyjmiemy, że jakiekolwiek tempo rozwoju się utrzyma, to gry staną się niemożliwe do odróżnienia od prawdziwej rzeczywistości. Możliwe, że żyjemy w jednej z nich”.

 

Taka wypowiedź jest dość szalona, ale czy hipoteza jest możliwa? To radykalne, lecz nie absurdalne poglądy. Czy ktoś z żyjących i uznanych naukowców podziela jego zdanie?
Teoria symulacji przypomina opowieści rodem z literatury science fiction, w myśl której wszechświat to jedno wielkie oszustwo. Według niej wszystko, co się wokół nas dzieje, jest skomplikowaną grą stworzoną przez programistów żyjących w innej rzeczywistości. Jednak niektórzy naukowcy traktują tę hipotezę poważnie. Zanim wybuchniecie śmiechem i posądzicie mnie o szaleństwo, zastanówmy się przez moment, co mówią na ten temat poważni naukowcy.
David Brin jest astrofizykiem, pracował dla NASA jako profesor fizyki. Mieszka w południowej Kalifornii. Co ciekawe, jego rodzina pochodzi z Konina. Jest autorem uznanych dzieł sci-fi. Kwestionuje powszechnie przyjęte teorie na temat narodzin wszechświata i robi to w bardzo oryginalny sposób.
Na potrzeby kosmologii sformułowano teorie opierające się na założeniu, że bóg stworzył świat ograniczony ramami czasowo-przestrzennymi. Wersje materialistyczne to teoria wielkiego wybuchu oraz teoria strun. Brin sądzi natomiast, że żyjemy w symulacji i nie jest odosobniony w tym twierdzeniu.

 

„Zaczęto podejrzewać, że jesteśmy bohaterami programu komputerowego, dzięki któremu istoty z bliższej lub dalszej przyszłości poznają metody oraz zwyczaje ludzi żyjących w dwudziestym pierwszym wieku lub na przestrzeni wszystkich innych wieków. Dowiadują się One, jak wyglądały kiedyś planety i prymitywni ludzie. Od zarania dziejów ludzie sądzili, że egzystencja to doznanie metafizyczne. Ciekawe w tym jest to, że teoria dopuszczająca obecność Boga jest bardziej przyziemna niż teoria symulacji”.

 

Olaf Stapledon, brytyjski filozof i pisarz, połączył te wszystkie teorie. Według niego stwórca budował kolejne wszechświaty z fizycznych cząstek elementarnych, szukając równowagi systemowej. Nie likwidował starych „nieudanych” wszechświatów, więc gdy pewien człowiek zapytał go, dlaczego bóg ich opuścił – odpowiedział: „Bo mam za dużo pracy”.

 

Dzięki metaforom umysł może wkraczać w nowe rejony, natomiast przenośnie pozwalają nam poznawać świat takim, jakim może być. Jeżeli wszechświat jest różnorodny praktycznie i w nieskończoności, to znaczy, że istnieje gdzieś w nim czarny Donald Trump lub Ty jako jednorożec. Chociaż nie – bo Ty to Twoja świadomość, a tego podobno powielić się nie da. Przynajmniej tak twierdzi filozofia, a fizyka zaczyna dostarczać dowodów, że świadomość jest kopiowalna. W końcu nieskończony wszechświat powinien zaoferować nam cokolwiek sobie wyobrazimy, tylko gdzieś tam daleko.
Metafory dostarczają informacji, dzięki którym eksperymentujemy na poziomie podstawowym, twierdząc przy tym, że rzeczywistość można poznać tylko empirycznie.
Nauka pozwalałaby poznawać świat w każdej jego części, chyba że żyjemy w symulacji, wtedy wszystko, co widzimy, łącznie z molekułami i neutronami, byłoby aplikacją komputerową. Programiści, którzy to zaprojektowali, mogli zostawić luki w systemie, które wykorzystane w odpowiedni sposób mogłyby posłużyć do zmiany rzeczywistości jak kody w grze lub uprawnienia administratora. Jeżeli jesteśmy zamknięci w symulacji, to szalenie kusząca jest myśl, by się z niej wydostać.
Szwedzki filozof Nick Bostrom, kierownik Future of Humanity Institute na University of Oxford oraz doktor na London School of Economics, także podchodzi poważnie do teorii symulowanego wszechświata.

 

„Najpierw wyjaśnię, co rozumiem poprzez termin symulacja życia przodków. Załóżmy, że istnieje cywilizacja zaawansowana technicznie, która opracowała komputery zdolne obrazować, jak wyglądało kiedyś życie. Tę historię znamy z filmu „Matrix”. W tej propozycji natomiast umysły nie zostały podłączone do komputera, tylko są częścią skomplikowanego programu, wiernie symulującego pracę ludzkiego mózgu, komórek nerwowych i synaps. Zwolennicy tej teorii nie chcą udowodnić, że żyjemy w symulowanym świecie, usiłują natomiast potwierdzić jeden z trzech scenariuszy.
Pierwszy zakłada, że cywilizacje na poziomie dzisiejszej ludzkości ulegają samozniszczeniu przed ukończeniem dojrzałości technologicznej, więc nie zbliżają się do technologii wytworzenia komputera mogącego obliczyć taką symulację.
Według drugiego, istoty w pewnym momencie tracą zainteresowanie budowaniem symulatorów przeszłości.
Trzeci zaś opiera się na założeniu, że żyjemy właśnie w takim programie. To bardzo skrajne przypuszczenia i nie ma innych, jeżeli teoria symulacji jest słuszna”.

 

Jeżeli odrzucimy dwa pierwsze scenariusze, możemy założyć, że istnieją cywilizacje zaawansowane technologiczne, wykorzystujące swoje możliwości do konstrukcji superkomputera. Istoty te mogą stworzyć ogromną liczbę symulacji, przeznaczając na ten cel niewielką moc obliczeniową. Po odrzuceniu dwóch pierwszych wersji należy przyjąć, że ludzi żyjących w symulacji jest znacznie więcej niż tych, którzy żyją poza nią. Musielibyśmy wtedy założyć, że zarówno nas, jak i wszystkie osoby zachowujące się tak jak my, wytworzył komputer, a prawdziwych ludzi jest tylko garstka. Ci, którzy nas stworzyli, mogliby wydawać się bogami, ale w rzeczywistości nie byliby nimi. Teoria symulacji nie ma za zadanie potwierdzić lub obalić jakichkolwiek argumentów teistycznych. Jej zadanie to proponowanie mniej radykalnych metod na stworzenie świata.
Ray Kurzweil to amerykański naukowiec, pisarz, futurolog, propagator idei transhumanizmu. Wraz z NASA i Google stworzył wydział futurologii na Singularity University. Wyjaśnia, co się stanie, jeżeli moc obliczeniowa komputerów zbliży nas do możliwości sztucznej świadomości.

 

„Nie wiemy, jaka jest różnica między światem rzeczywistym a symulacją. Filozofowie twierdzą, że replika inteligencji powoduje tylko symulację, ale według mnie kopia niczym nie ustępująca pierwowzorowi może być potraktowana jak oryginał. Mówi o tym teoria identyczności: »Jeżeli reprodukcja obiektu na poziomie kwantowym jest identyczna, staje się ona tym obiektem«.

Niewykluczone, że nasza rzeczywistość jest eksperymentem gimnazjalnym jakiejś istoty z bardzo zaawansowanej cywilizacji. Jeżeli ludzie będą się zachowywać jak dotychczas, nie wróżę mu dobrej oceny. Mimo wszystko żyjemy w rzeczywistości rządzonej przez prawa natury oraz określone prawa fizyczne. Możliwe, że ten gimnazjalista ingeruje w nasz świat i jeśliby to potraktować poważnie, byłby kimś w rodzaju boga, o którym czytamy w tekstach religijnych. To prawdopodobny scenariusz, przecież kiedyś inteligencja także ludziom pozwoli stworzyć wszechświaty wirtualne i nimi kierować. Możliwe też, że nasz kosmos to program komputerowy. Ustaliliśmy, że wszechświat i prawa fizyczne można odwzorować wzorami które polegają na matematyce i logice, więc teoria wszechświata jako maszyny jest wysoce prawdopodobna. Systemy filozoficzne świata zachodniego zakładają, że cząstki elementarne mają formę materialną, ale mogą służyć do przekazywania informacji. Tak się dzieje w przypadku DNA lub wzorów chemicznych. Mówi także o tym teoria strun, najpoważniejsza dzisiaj teoria na temat budowy wszechświata. Niewykluczone, że molekuły, protony i elektrony tak naprawdę stanowią odzwierciedlenie jednostek informacyjnych, z których składa się istota wszechświata. Jeżeli stale się zmieniają i są modyfikowane komputerowo poprzez symulację, to nasz kosmos byłby czymś w rodzaju maszyny”.

 

Czym właściwie są ludzie? Zbiorem struktur informacyjnych, czyli atomów elektronów i innych cząstek elementarnych. Niektóre rodzaje komórek zmieniają się po kilku lub kilkunastu dniach. Podobnie jest z liczbą elektronów. Jeszcze niedawno w takim razie składałem się z innych molekuł niż teraz. Wprawdzie informacje w nich zawarte uległy także zmianie, ale nadal stanowią wspólną całość. Można więc powiedzieć, że to właśnie z nich jestem zbudowany. Ray uważa, że nasz wszechświat składa się ze schematów informacyjnych i trudno mu nie przyznać racji. Według teorii Kurzwella informacje są ważniejsze niż dowód na prawdziwą rzeczywistość. Wychodzi na to, że różnica między symulacją, a potencjalnie prawdziwym otaczającym nas światem jest znikoma. Jednak teoria ta zakłada, że powstanie sztuczna inteligencja tak silna, aby zasymulować świadomość.
Pytam Huberta Dreyfusa z Berkley University o krytykę sztucznej inteligencji. Skąd się bierze przeświadczenie, że wzrost mocy obliczeniowej komputerów przybliża nas do świadomości? Dreyfus jest znanym krytykiem SI i twierdzi, że ona nigdy nie powstanie.

 

„Cała historia sztucznej inteligencji to obietnice. Dajcie nam więcej mocy, a zrobimy to lepiej. Ci, którzy wierzą w big data mówią tak: »Mózg ma miliardy neuronów, zróbmy coś podobnego, będziemy naśladować pracę mózgu«. To błędny argument, bo mózg potrzebuje kilku milisekund, nie przetwarza miliardów bitów w milionowej części sekundy, jak już robią to superkomputery. Jakkolwiek mózg wytwarza świadomość, nie zależy ona od mocy obliczeniowej i nie działa jak superkomputer. Tymczasem zwolennicy sztucznej inteligencji liczą, że zwiększając moc, nagle pojawi się świadomość, że komputer zacznie działać jak mózg. Niestety, to się nie uda, bo nie ma nadal na to przesłanek. Gdyby tak było, zaobserwowalibyśmy odchylenia emergentne”.

 

Teoria sztucznej inteligencji powołuje się na koncepcje masy krytycznej, na pewnym poziomie powinny pojawiać się zjawiska emergentne, czyli jakościowo odmienne. Dreyfus twierdzi, że jest uproszczenie i nie ma to w zasadzie żadnego związku z tym, co już wiemy o pracy mózgu lub komputerach i masach krytycznych. Silna sztuczna inteligencja nadal nie istnieje. Mózg nie osiągnął świadomości na zasadach masy krytycznej tylko za sprawą ewolucji. Zdaniem Dreyfusa oczekiwanie na osiągnięcie masy krytycznej przez superkomputery to stracony czas, bo nic się nie stanie. Twierdzi również, że neuronauka powinna skupić się na mózgu i jego pracy, który jest powolny, ale także ma coś, czego nigdy komputery nie będą miały – świadomość.
Czym w takim razie jest nieuchwytny pierwiastek świadomości, który zbliżyłby nas do konstruowania supersymulacji? George Lakoff, językoznawca amerykański i profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, specjalizuje się w dziedzinie lingwistyki kognitywnej. Wyjaśnia, czym jest świadomość. Nazywa ją wcielonym umysłem.

 

„Świadomość nie jest umysłem. Ma ona wiele składowych, jedną z nich jest uwaga, inną pamięć, ważna jest także jedność świadomości. Wiemy, że różne części mózgu wykonują poszczególne obliczenia. Połączenia neuronowe zapewniają mu jedność świadomości. Związek myśli z ciałem polega na tym, że mózg kieruje pracą organizmu. Każde pojęcie i wyobrażenie znajduje odbicie w mózgu, ale sam mózg ich nie generuje. Źródłem myśli i pojęć są bodźce przekazywane przez ciało. Pytanie brzmi, jak to wszystko działa? Kognitywistyka i neuronauka mówi, że system wyobrażeń nie odzwierciedla dokładnie rzeczywistości zewnętrznej. Weźmy na przykład fizjologię postrzegania barw. Kolor nie jest kategorią odnoszącą się do świata zewnętrznego, to mózg i organy zmysłów przypisują obiektom barwy. Kolor sam w sobie nie istnieje, poza naszym organizmem. Kategorie, w których postrzegamy świat są pochodną naszych ciał. Na razie nauka nie potrafi odpowiedzieć na dwa pytania związane ze świadomością. Nie umiemy powiedzieć, co znaczy być świadomym i nie mamy pojęcia, jak modelować ten stan. Drugie pytanie dotyczy qualiów subiektywnych treści naszych umysłów. Nie wiemy, dlaczego czerwień różni się od zieleni i dlaczego wiolonczela brzmi inaczej niż fortepian. Być może nasz umysł nigdy nie pojmie tych aspektów, a są one kluczowe do wiedzy o świadomości, co za tym idzie zbudowania też jej modelu”.

 

W filmie „Matrix” główny bohater stoi przed wyborem wzięcia tabletki. Czerwona uwalnia go od Matrixa i symulacji, dzięki czemu może oglądać ponury, ale prawdziwy świat. Wybór niebieskiej pozostawia go w symulacji. Czerwona tabletka stała się ikoną popkultury jako odzwierciedlenie świadomego życia i wolności od otoczenia. Już za chwilę możemy dojść do momentu, w którym taką symulację ludzkość sama odpali. Jeżeli żyjemy w symulacji, to może właśnie świadomość jest systemem zabezpieczenia przed zagnieżdżeniem symulacji w symulacji. A wy, którą tabletkę byście wzięli?

 

 

 

kiljanski wwwPiotr Kiljański
Badacz trendów, ekspert na rynkach
kreatywnych, mody, designu i nowych
technologii. Dziennikarz i medioznawca.

]]>
Jak nam Mendini chciał przebudować rynek https://lesma.org/359-2/ Mon, 17 Oct 2016 01:31:58 +0000 http://lesma.org/?p=359 A mógł nam włoski dizajner namieszać w Poznaniu. Jakby nam obudował ratusz kolorowymi bryłami, to by się Bilbao chowało.
Stolica Wielkopolski mogła słynąć nie z Targów, Okrąglaka, a wkrótce – Bałtyku, ale z zaskakującego w formie i kolorach, kulturalnego centrum na Starym Rynku. To mógł być obiekt na miarę Muzeum Guggenheima w hiszpańskim Bilbao albo Groninger Museum w Holandii, spektakularnych budowli, które powstały w połowie kolorowych lat 90. ubiegłego wieku. Zaroiło się wtedy od takich gmachów na całym globie, jakby nie tylko architekci, ale też inwestorzy chcieli dobitnie pokazać światu swoje śmiertelne znużenie paroma dekadami nudnego, bo zachowawczego modernizmu, wiernego hasłu „Mniej znaczy więcej”. Nastały po nim postmodernizm szydził, że „Mniej znaczy nudno” i zachęcał: im więcej (form, faktur, kolorów), tym lepiej. Więc powstawały pokręcone bryły, zestawiające ornamenty i symbole różnych epok, z bogato i barwnie dekorowanymi fasadami z różnych materiałów. Takie rzucające się w oczy budynki użyteczności publicznej, projektowane przez stararchitektów ściągały uwagę turystów całego świata. Pies z kulawą nogą nie zawitał do Bilbao i Groningen, póki muzeów nie zaprojektowali tam Frank Gehry i Alessandro Mendini.

 
Chrome czworonogi i turyści omijali wtedy stolicę Wielkopolski, bo w latach 90. nie powstała tu żadna spektakularna architektura. W tym stylu budował wtedy tylko Ataner (zresztą wierny postmodernizmowi mniej lub bardziej pozostaje do dziś), pierwszy prywatny deweloper po upadku socjalizmu. Stawiane przez niego plomby pośród secesyjnych kamienic miały może sporo odwagi, ale niestety zupełnie nie ten format i rozmach, żeby zadziwić świat.

 
Dziesięć lat po zbudowaniu Groninger Museum Mendini naszkicował coś podobnego dla Poznania. Dlaczego się do tego w ogóle zabrał? Co ten projektant, architekt, scenograf, malarz, krytyk i poeta robił w tej części Europy? Przyjechał tu w 2004 roku na swoją wystawę zorganizowaną przez Dorotę Koziarę w Muzeum Narodowym i Starym Browarze. Goszcząc z tej okazji u prezydenta miasta na kurtuazyjnej herbatce, usłyszał, że Poznań ma w samym sercu, czyli na Starym Rynku, szkaradną, bo nieoryginalną, zastawkę w postaci BWA, którą dla dobra całego organizmu trzeba by wymienić.

 
To były czasy, kiedy do władz polskich miast dotarło, że gdzieś tam na krańcach Europy są jakieś Groningeny i Bilbaa, powszechnie znane dzięki pojedynczym budynkom. Tedy każdy prezydent też chciał mieć na swoim podwórku jakieś pokręcone dzieło topowego architekta. Oczy im się świeciły na myśl o turystycznej mekce, do której będą ciągnęły zastępy koneserów dla jednego architektonicznego dzieła. Ale budżety mieli ci włodarze, i wciąż mają, zupełnie nie zachodnioeuropejskie, więc na ślinieniu zazwyczaj się kończyło.

 
Toteż ówczesny prezydent miasta nie mógł i nie złożył Alessandro Mendiniemu żadnej wiążącej oferty. Luźno zagaił tylko, a nieobeznany z takim sposobem urzędniczej retoryki obcokrajowiec wziął to za dobrą monetę. Bo skoro prezydent pyta czy włoski gość by czegoś nie zaprojektował, to nie po to chyba, żeby sobie z gęby robić cholewę.

 
Więc w wieczór po spotkaniu z prezydentem Mistrz zabrał się do pracy. Przy herbatce, w studiu, które robiło oprawę graficzną wystawy, w towarzystwie swojego brata Francesco, też architekta, kuratorki wystawy Doroty Koziary, oraz właścicieli studia, wyjął kredki, poprosił o kartki i zaczął szkicować.

 
Kilkoma kreskami narysował z pamięci ratusz, domki budnicze, muzeum wojskowe i BWA. Potem wokół nich powypisywał funkcje kulturalne i rozrywkowe, bo takie przeznaczenie uważał za oczywiste w sercu miasta, celując w miejsca, które dla każdej z nich uznawał za najbardziej odpowiednie. Sale wystawowe, koncertowe, projekcyjne, dyskusyjne, restauracje, kawiarnie, księgarnie. Na koniec obrysował te słowa jak dymki, które przyjęły formy pięter nowego zespołu budynków. Niektóre pokrywały się z kondygnacjami istniejącego modernistycznego pawilonu, inne rosły nad nim tworząc tarasy i łączniki pomiędzy budynkami. Dla tych połączeń proponował role sceny i ogrodu zimowego. Na południowym krańcu ustawił dominantę nawiązującą dialog z wieżą ratusza.

 
– Zdaniem Sandro wszystko trzeba było zacząć od przestawienia pomnika Św. Nepomucena, który wcale nie stoi w osi założenia – wspomina po latach tamto spotkanie Dorota Koziara. – No i proponował zamianę muzeum wojskowego na muzeum sztuki współczesnej, skoro to miejsce miało funkcjonować jako serce miasta.
Z kartki leżącej przed Mendinim, zamiast przebudowy modernistycznych pawilonów, zaczęła wyłaniać się rewitalizacja południowej części Starego Rynku. Nie pojawiały się na niej żadne konkretne kształty, bo był to wstępny projekt koncepcyjny, wskazujący jedynie funkcjonalności, których zdaniem Mistrza tu brakowało. Ale nam, poznaniakom, nachylającym się nad tym szkicem, gęby już śmiały się do jego wizji. Zobaczyliśmy rynek, na którym jedynymi atrakcjami dla turystów przestało być oglądanie trykających się koziołków i picie piwa w ogródku. Dzięki niemu wyobraziliśmy sobie inne powody, poza braniem ślubu w Wadze lub wieczornym lansowaniem się w tutejszych klubach, dla których poznaniacy mogliby chcieć tu przychodzić. Dopiero gdy spojrzeliśmy na tę wizytówkę Poznania oczami obcokrajowca, zdziwiliśmy się, jakim cudem pozostaje tak długo w swoim irracjonalnym kształcie.

 
Nikt w magistracie nie zobaczył projektu Mendiniego, bo nikt go nie zamówił, więc nikt nie oczekiwał. Umówmy się, żadne polskie miasto nie było wtedy gotowe na tak ekspresyjną architekturę, a już konserwatywny Poznań zwłaszcza. Od lat budowało się tu prostopadłościany, tudzież walce, i skarg nie było. A teraz miałoby stanąć jakieś kolorowe cudo? I to w samym sercu miasta? Bo że każdy moduł tej budowli różniłby się kolorem lub deseniem, to pewne. Jakimi? To zależy jakich artystów i architektów Mendini tym razem zaprosiłby do projektu.

 
Atelier Mendini w końcu zaprojektowało dla Poznania tylko rzeźby. Kilka z nich stoi pod ścianami w galerii Stary Browar. Nazywają się Cittá Gentile, czyli uprzejme / wrażliwe miasto. Te rzeźby to przeskalowane stilemi, wymyślone dawno temu znaki, z których artysta stworzył własny język. Monumentalne, ale jednak miękkie w formie i kolorze, mają uporządkować chaos współczesnego miasta. Czy im się to udaje? Czy ktokolwiek zajęty zakupami w ogóle zwraca na nie uwagę?
Budynków na rynku raczej nie dałoby się nie zauważyć. Projekt Mendiniego, gdyby został opublikowany, wzbudziłby pewnie równie duże kontrowersje co knajpa w tubie na dachu Muzeum Narodowego, zaprojektowana dziesięć lat temu przez Claudio Silvestrina. Oba projekty mają ze sobą coś wspólnego. Nikt ich nie zlecał. Bo wiadomo było, że i tak nigdy by nie powstały w tak konserwatywnym mieście. Ani dwanaście lat temu, ani, niestety, dziś.

]]>