żyjemy – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png żyjemy – TUU https://lesma.org 32 32 poskromić miejskiego kolonizatora https://lesma.org/poskromic-miejskiego-kolonizatora/ Sat, 26 Dec 2020 16:12:16 +0000 http://lesma.org/?p=1306 Gentryfikacja to rozpędzony słoń – sami jej nie zatrzymamy. Możemy za to wyłączyć w sobie tryb bezmyślnego przybysza z zamorskich krain.

 

Kiedy tuż po maturze zabrałam się z koleżanką za poszukiwanie studenckiego lokum w Poznaniu, o mieszkaniu w tym mieście nie wiedziałam prawie nic. Jakże przydatny okazał się wtedy wirtualny rekonesans, podpowiadający, od których dzielnic dziewczyna młoda i płocha powinna trzymać się z daleka. Wystraszone historiami o penerskim1 Łazarzu i Dębcu (a pewnie także Wildzie i Jeżycach), osiadłyśmy na nieco bezdusznym i bezpłciowym Górczynie. Dzielnicy cmentarzy, jak dowiedziałam się później od rodowitych poznaniaków. Może trochę nijako i kawałek od centrum, ale co najważniejsze daleko od tych bram oszczanych, od tych szarych ulic, gdzie wolność słowa i wyznania kończy się, kiedy owiniesz szyję niewłaściwym szalikiem.

 

Dopiero później, kiedy poznałam chłopaka z Wildy i umówiłam się na spotkanie w tym obcym mi zupełnie kawałku miasta, serce zatrzepotało w piersi. Oto przybyszka z przystanku Krauthofera wylądowała w najczystszym, cortazarowskim realizmie magicznym. 

 

Jest coś obrzydliwie kolonialnego w zachwycie dokarmionych mieszczuchów nad egzotyką niezżartych kapitalizmem kawałków świata. A jednak skalam się i powzdycham chwilę nad Wildą, która – jak mi się wtedy wydawało – pogrążyła się w bezczasie. Pamiętam sklep z artykułami papierniczymi, gdzie mały neonik ogłaszał wyprzedaż. Wyprzedaż trwającą, sądząc po estetyce sklepu i neonika, co najmniej od lat 90. Kawałek dalej Rynek Wildecki z najsłodszymi i najtańszymi truskawkami, pstrokaty supermarket (ten z owadem) pod neonem dawnego kina i deskorolkarz Piotr, który medytuje na swoim pojeździe tuż obok wildeckiego kościoła. Trochę nielinijkowo, trochę trąci myszką, aż ciśnie się na usta popularne słowo na a. Wyplujmy je od razu. Ciągle mam przed oczami podwórkowych piwoszy z holenderskiego dokumentu o rotterdamskim Crooswijku2, jednej z najbiedniejszych dzielnic miasta, a może nawet kraju. Pamiętam, jak rechotali na widok młodych-kreatywnych, wzdychających nad autentycznością odrapanego sąsiedztwa. Ten śmiech był gorzki jak chmielowy trunek. I trudno się dziwić. Taki piwosz patrzy na hipstera i już wie: przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy. Ale po kolei. 

 

Pamiętnego pierwszego dnia mój wildecki amant zaprosił mnie na kawę do lokalu. Do lokalu zupełnie dosłownie, bo nazywało się to miejsce Lokal Wilda. Zacierałam już ręce, zakładając, że to mordownia i speluna, osiedlowy bar, w którym serwują kawę z fusami, względnie espresso przez x. A tu nic z tych rzeczy. W głośnikach ulubione chłopaki z Manchesteru, w słoikach ciastka, suszone ziółka i herbaty, a już od progu blok czekoladowy, który tyle miał wspólnego ze smętnym, herbatnikowym wspomnieniem PRL-u, co ta młoda kawiarnia ze speluną.

 

Lokal Wilda to jedna z tych knajpek, które jak grzyby po deszczu wyrastają w ostatnich latach w penerskich, a może ex-penerskich dzielnicach Poznania. Pojawienie się tych miejsc jest jak papierek lakmusowy, najbardziej namacalny znak, że idzie nowe. Jeżyce, Śródka, Wilda czy Łazarz coraz mniej przypominają dzielnice, w których po zmroku stracić można ząb, dziewictwo, a może  życie. Do starych kamienic wprowadzają się nowi sąsiedzi. Coraz częściej na ulicy zaczyna pachnieć nie uryną, ale kawą. I nie potrzeba wprawionego socjologa, żeby to przepoczwarzenie zdiagnozować. Zdiagnozować albo zaszufladkować, bo gentryfikacja (a o niej tu mowa) to dwugłowy smok. Dla jednych błogosławieństwo, dla innych choroba, która trawi miejskie tkanki.

 

Ruth Glass, brytyjska socjolog o niemieckich korzeniach, ukuła to słowo już w latach 60., opisując stopniową inwazję zamożnej bohemy na robotnicze dzielnice Londynu. Klasa średnia kolonizowała Notting Hill i Islington, przywracając im dawny blask, remontując zapyziałe kamienice, a jednocześnie wypierając biednych mieszkańców z miejsc, które do niedawna były ich domem; miejsc, które tak zwani szanujący się obywatele przez lata omijali szerokim łukiem. Razem z wyparciem „rdzennych”3 mieszkańców bezpowrotnie zmieni się społeczny charakter dzielnicy i pogłębią istniejące nierówności, proroczo ostrzegała Glass. Symboliczną i dosłowną utratę miejsca, losing one’s place, przez ubogich miejskich „autochtonów”, wiele lat później opisał szczegółowo jej kolega po fachu, Rowland Atkinson. W artykule o analogicznym tytule (Losing One’s Place) Atkinson bierze pod lupę dwa australijskie miasta, opisując nie tylko fizyczne wyparcie biednych mieszkańców ze zgentryfikowanych dzielnic, ale też poczucie wyobcowania wśród tych, którzy zostali. To symboliczne wyparcie jak na dłoni widać też we wspomnianym dokumencie o mieszkańcach rotterdamskiego Crooswijku. Oni nie wpadną na kawę do nowej kawiarni na rogu ani nie kupią biologicznych brokułów w świeżo otwartym butiko-warzywniaku. Powstrzymuje ich grubość portfela i poczucie, że nie przystają do zmieniającej się dzielnicy. Nieswojo czują się na ulicach, gdzie gentryfikacja wyszpachlowała wszystko, co inne i chropowate. Tęsknią za osiedlową świetlicą, gdzie można było zagrać w bingo i pomstują na napływających do dzielnicy yuppen (zgrabne zholenderszczenie angielskiego yuppies), młodych-wykształconych-dobrze zarabiających. Yuppies stali się dla tych ludzi ucieleśnieniem gentryfikacji; bakfietsen, rowery cargo, którymi yuppies śmigają po mieście – ucieleśnieniem nowego stylu życia. 

 

Czy jest coś złego w wożeniu dzieci bakfietsem i przesiadywaniu w osiedlowej kawiarni? To byłoby za proste. Nie chodzi o krytykę kawiarnianego stylu życia, a o refleksję nad tym, jak nasze decyzje i stosunek do miasta (i jego mieszkańców) karmią lub osłabiają głębsze procesy. Nowi mieszkańcy gentryfikowanych dzielnic nie zawsze są bezpośrednim spiritus movens gentryfikacji (pytanie, co nim jest, musimy tym razem pominąć), ale to na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za uszanowanie ducha tych miejsc i – przede wszystkim – nienaruszanie przestrzeni ludzi, którzy mieszkają tam od dawna. Amerykański dziennikarz Mike Higdon, zainspirowany książką Johna Schlichtmana Gentrifier, stworzył quiz pomagający określić „najeźdźcom” ich postawę wobec gentryfikowanej dzielnicy. Nazwałabym go roboczo rachunek sumienia hipstera. Schlichtman rozróżnia sześć możliwych postaw. Pierwszy typ, zdobywca, usiłuje przekształcić dzielnicę według własnej wizji. Łącznik wykorzystuje własne możliwości i sieć kontaktów, by „uzdrowić” dzielnicę, nierzadko odkrywając na końcu, że po drodze zatraciła wszystko, co go w niej pociągało. Konsument korzysta ze sklepów i restauracji w okolicy, przyciągając nowe przedsięwzięcia i – poprzez swoje wybory – przyczyniając się do znikania miejsc niemodnych. Konkurent walczy o miejsce w lokalnych organizacjach, wypierając osoby, które wcześniej nimi kierowały. Kapitalista inwestuje w nieruchomości w gentryfikowanej dzielnicy, wykorzystując jej potencjał do maksymalizowania zysków. Wreszcie kustosz traktuje zmieniającą się dzielnicę jak muzeum, walcząc o zachowanie jej autentyczności, nie zawsze mając przy tym na uwadze dobro mieszkańców. 

 

Każdy typ w katalogu Schlichtmana ma na sumieniu mniejsze lub większe grzeszki. Podobnie jak młodzi-kreatywni z filmu o Crooswijku – z jednej strony opiewają chropowatość rotterdamskiej terra incognita (dziewiczej i nieodkrytej z ich punktu widzenia), z drugiej z przekąsem mówią o tutejszych i ich rozrywkach. Nie stają się częścią dzielnicy – ich domy i modne kawiarnie to enklawy w nieoswojonym świecie. Czy da się inaczej? Na początek dobrze byłoby wyzbyć się kolonizatorskich zapędów. Wykreślić ze słownika autentyczność i egzotykę. I nie próbować naprawiać na siłę tego, czego nie do końca rozumiemy. Wiem, co mówię, bo sama byłam do niedawna intruzem w odrapanym sąsiedztwie. 

 

___

tekst: Zofia Jasiak

ilustracja: Weronika Jaźwińska

]]>
Przepis na dobre życie https://lesma.org/przepis-na-dobre-zycie/ Fri, 25 Dec 2020 20:53:50 +0000 http://lesma.org/?p=1262 Życie staje się coraz większym wyzwaniem. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem, rokiem mnożą się różne możliwości, które mogą wpisać się w scenariusze naszej egzystencji. A im więcej możliwości, tym trudniej podejmować decyzje.

 

Jak osiągnąć pełnię szczęścia? Co zrobić, żeby było mi lepiej? – to pytania, które często sobie zadajemy. Pogoń za szczęściem jest główną motywacją wszelkich podejmowanych przez nas działań. Dowodem na to jest mnogość filmów, tekstów, utworów muzycznych, dzieł sztuki, poradników czy jeszcze innych wytworów ludzkich traktujących o tej tematyce. Każdy z nas próbuje odpowiadać sobie na wyżej wymienione pytania i szukać drogi do spełnienia w życiu. W świecie toczą się rozliczne badania na temat jakości życia i tego, co ją warunkuje. Przedstawiciele wielu dziedzin naukowych również starają się na swoje sposoby zajmować stanowisko w tej kwestii. I tylu ilu pojawia się odpowiadających, tyle jest odpowiedzi. Dlaczego jest to tak skomplikowane?

 

Większość dyscyplin naukowych tworzy w swoich językach swoiste przepisy na dobre życie.

 

Zaczęło się już od starożytnych filozofów, którzy formułowali swoje koncepcje na temat tego, na czym polega szczęście i jak do niego dążyć. Już wtedy przyciągali licznych ludzi zdecydowanych podążać za tymi wskazówkami w nadziei na lepsze życie. Socjologia patrzy na poczucie szczęścia w życiu przez pryzmat ludzkich potrzeb i tego, w jakim stopniu są one zaspokajane. Psychologia mierzy satysfakcję za pomocą emocji. Także ekonomia ma swój wkład w tej dziedzinie, stworzyła mnóstwo wskaźników, które umożliwiły obiektywną ocenę wzrostu gospodarczego, a ten z kolei wpływa na jakość życia. Można by wyliczać bez końca i zagłębiać się nad rozlicznymi teoriami, czynnikami i miernikami w każdej z tych dziedzin. Jednak ten kształtowany przez lata dobytek paradoksalnie może wcale nie zbliżyć nas do odpowiedzi na podstawowe pytanie: co JA mam zrobić, żeby osiągnąć szczęście?

 

Życie staje się coraz większym wyzwaniem. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem, rokiem mnożą się różne możliwości, które mogą wpisać się w scenariusze naszej egzystencji. A im więcej możliwości, tym trudniej podejmować decyzje. Z różnych stron atakują nas liczne bodźce, które nie ułatwiają tego zadania. Żeby coś mieć, z czegoś trzeba zrezygnować. Wybór jest coraz trudniejszy.

 

Ta mnogość informacji daje wiele możliwości, ale również rozprasza naszą uwagę i w pewien sposób może manipulować naszymi wyborami. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Reklama jest takim tworem, który potrafi bardzo pobudzić naszą wyobraźnię. Zadziałać na nas w taki sposób, iż myślimy, że kiedy kupimy wymarzony naszyjnik, telefon, samochód, mieszkanie, to będziemy tymi wspaniałymi spełnionymi ludźmi, których możemy zobaczyć na ekranie czy plakacie. Gdy czytamy w gazecie, że ludziom w Szwajcarii żyje się najlepiej na świecie, to myślimy, że może dobrym sposobem byłaby przeprowadzka. Śledząc najnowsze informacje na temat gwiazd kina czy prezesów wielkich korporacji, zastanawiamy się, czy nasze życie zmieniłoby się na lepsze, gdybyśmy osiągnęli władzę, sławę, pieniądze… Nagle gubimy się w chaosie tych wszystkich propozycji, przy czym przewodnim hasłem naszych czasów jest postępowanie w myśl dewizy „możesz wszystko”. Z jednej strony jest to bardzo atrakcyjna wizja życia, kreująca człowieka jako istotę o nieograniczonych możliwościach. Jednak gdyby się jej przyjrzeć, kierowanie się nią zamiast pomóc nam w osiąganiu szczęścia, może wywołać wręcz odwrotny skutek.

 

Otóż zestawiając ze sobą wielość bodźców i napływających do nas informacji z myślą, że właściwie mogę wszystko, sprawia, że zaciera się konieczność podejmowania decyzji. A kiedy nie dokonujemy wyborów, nagle możemy zagubić się w chaosie możliwości. Gonić za czymś, co po czasie okazuje się mało istotnym dla nas samych. Nagle po latach człowiek budzi się pewnego dnia i myśli sobie, że właściwie wiele osiągnął lub, jest u szczytu kariery, ma mnóstwo pieniędzy czy sławę albo otacza go wielu ludzi. A jednak czuje pustkę. Zastanawia się, co właściwie się z nim dzieje, dlaczego tak jest? Znowu włącza internet i poszukuje w sieci artykułów, poradników i innych materiałów, które miałyby odpowiedzieć mu na to pytanie. Znajduje tekst „siedem sposobów na dobre życie”, odhacza kolejne punkty. Nic się nie zmienia.

 

Powszechnie wiadomym jest, że każdy chciałby mieć w życiu poczucie spełnienia i szczęścia, każda bajka kończy się „…i żyli długo i szczęśliwie”, a ludzie fantazjują, że ich życie też tak będzie wyglądać. Na tych pragnieniach swoje oferty budują władze, producenci, handlarze, pracodawcy i wielu, wielu innych. A te rozpraszacze oddalają nas od tego, co naprawdę mogłoby dać nam radość i szczęście. Ludzie zatracają się w ofertach, które proponuje świat. Na każdym kroku natykają się na drogowskazy, które miałyby doprowadzić ich do wspaniałego życia. I gubią się na tej drodze.

 

Gdzie w takim razie szukać odpowiedzi? Otóż cały ten zgiełk naszego świata oddala nas od kompasu, jakim jesteśmy my sami. Każdy z nas jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, każdemu z nas coś innego daje radość i spełnienie. Nawet kiedy nasze wybory są podobne do wyborów innych ludzi, to sposoby realizacji często znacznie się różnią. Właśnie ten fakt czyni nas tak barwnymi i ciekawymi istotami – ilu ludzi, tyle historii. Wracając do wyżej wymienianych teorii na temat szczęścia, można dojść do wniosku, że jedynie zajrzenie w głąb siebie, poznanie siebie a dalej integracja i rozważenie w sobie wszystkiego co dookoła, może doprowadzić nas do dobrego życia. Skupienie się na czynnikach wewnętrznych, na tym, co w nas może sprawić, że nie pogubimy się w czynnikach zewnętrznych, które na nas wpływają i próbują kierować naszymi wyborami, przedstawiając nam piękne wizje życia.

 

Inny człowiek w postaci rozwoju nauk oferuje nam wiele badań i propozycji tego, co da nam spełnienie. Jednak priorytetowym wydaje się zbudowanie fundamentu, na którym będzie można, korzystając z tych wszystkich propozycji, cegiełka po cegiełce, budować poczucie szczęścia i spełnienia. Tym fundamentem są odpowiedzi na takie pytania jak: jaki jestem? Jakie mam możliwości? Jakie są moje potrzeby i ograniczenia? Co sprawia mi radość? Co mnie zasmuca i męczy? Jakie relacje z ludźmi chcę budować? Czego potrzebuję w związku? Z jakiej pracy mogę czerpać satysfakcję i dlaczego? I wiele innych. To są nasze drogowskazy prowadzące do stworzenia definicji siebie i swojego życia. Tak uzbrojeni możemy zmierzyć się z mnogością propozycji, które oferuje nam świat. Przepis na dobre życie jest w nas.

 

___

tekst: Natalia Tułacz

ilustracja: Zuzanna Tokarska

]]>
Sen J https://lesma.org/sen-j/ Fri, 25 Dec 2020 20:44:25 +0000 http://lesma.org/?p=1257 Poukładałam deseczki z nazwami każdej części życia. Był to rodzaj etykiet czy emblematów, bo czasem tylko symbol zamiast napisu obwieszczał, do czego je przypisać. Wszystko zostało ułożone, może bez hierarchii, ale na pewno nie przypadkowo. Tworzyły się pewne grupy. Nie było w tym wszystkim kolejności. To, co dotyczyło mojego ja, było na tym samym pułapie, co chmury i słońca.

 

Ulepieni z jednego ukochanego kawałka, tego samego, co dziecko, psy, mama, On, rodzeństwo i litery.

 

Zrobiłam odpowiednie oznaczenia, wszystko umieszczone w specjalnie zaprojektowanych przegródkach. Nawet choroby i apatie, mechanik i inne rzeczy, których się nigdy nie zakłada, nie planuje. Radości także. 

 

Samo projektowanie tego systemu mnie wykończyło, bo to tak chyba nie działa. A co, jeśli babcia Ci tego nie powie, że On może być chybotliwy – kocha nawet, ale nierówno, a ja też nie jestem maszyną. Tyle różnych wersji samej siebie znam, że czasem trudno je rozpoznać. Niektóre są niepowtarzalne, inne zwykłe, codzienne. Przydarzały mi się już inne wersje mojego życia. Niepoważne, nieosadzone w niczym realnym, kiedy byłam tylko plamą akwareli, na dodatek tak rozmytą, że dopiero przez przymrużone oczy można było dostrzec ten kolor – ni to kobalt, ni to błękit, tak świetlisty, jakby chciał zaświecić od istniejącej fluo, których w niebieskościach przecież nie ma wcale.

 

Ten kolor musi się tu faktycznie pojawić z powodu rzadkości występowania w otoczeniu i naturze; jako moc energii, którą uświadomiłam sobie dopiero po przebudzeniu. Do tego momentu ja byłam nim. Tak, na pewno. Ta tożsamość właściwie była wspaniała, mogłam i to i tamto i zagęszczać się i rozwiewać do przejrzystości, bez żadnych napięć, normalnie, jak każdy wokół mnie, choć nikogo nie widziałam, tak byłam skupiona na własnych przemianach i przeistoczeniach. Tylko to zajmowało mój mózg, który był w każdej z moich komórek, a z kolei świadomość tego dawała mi tak wiele radości, że w innej sytuacji czułabym się zawstydzona, tym faktem. A szczególnie jego wyrażaniem, ponieważ jeszcze w innym wcieleniu, do doskonałości doprowadziłam mój mechanizm kamuflażu i uniku. Mimo że porywał mnie często nieogarniony śmiech, jednak z jakiegoś powodu wolałam zachować wstrzemięźliwość i dorosłą powagę.

 

Mam już dosyć tych pytań o wiek, o pełnoletniość, ile można odpowiadać na ciągle to samo pytanie. Tak jakby z powodu mojego śmiechu, szczęścia, można było podważyć moje wszystkie dorosłe i całkiem nieźle przemyślane pomysły dotyczące naszego wspólnego dalszego życia. A właściwie wyobrażenia tylko, bo to przecież i tak, poza moim wyobrażeniem, nikt mnie nigdy o nic nie pytał i nie zabiegał o poznanie tego zdania czy pomysłów – ciągle byłam dzieckiem, razem ze swoim dzieckiem, można było mnie zamknąć na klucz bez pytania.

 

A jednak nie całkiem, a jednak nie zupełnie.

 

To wszystko, moje „zewnętrzne” myślenie i wyobrażanie spowodowały, że usypała się górka nowych możliwości, jak w klepsydrze, jak na usypisku bardzo sypkim, nawet zbyt sypkim, tak niestabilnym, że swoim osuwaniem zagrożonym. Taki plan, w drugim planie, może nawet trzecim, trudno to policzyć, na pewno nie w tym pierwszym widocznym za dnia. O nie.

 

Niewidocznym za dnia.

 

Po prostu wszystko już naprawdę ustaliłam, On – nawet nie wiem, czy był człowiekiem – przekonał mnie tak mocno, że wszystko było postanowione, wszystko.

 

Jak wyprawa na biegun, gdzie jeśli czegoś nie ma, to nie ma skąd wziąć, czy wyczarować, najprostszych rzeczy, nie ma nic. Więc powstał plan, dość detaliczny, wystarczająco detaliczny, by przy zwykłym zaangażowaniu już niczego nie podważać, ani tym bardziej nie kwestionować.

 

Im bardziej zaangażowałam się w organizację, tym bardziej nie było odwrotu, pojawiał się nawet dodatkowy napęd, włączałam swoje turbo na jakiś czas, potem nagle przełączałam się na inny tryb, zapominałam, śniłam na jawie.

 

A przecież od początku byłam zgodna co do jednego, że ta jedna właściwa warstwa to wszystko czego potrzebuję, tak tak. Koniec z mrzonkami, nie chcę ich w mojej głowie.

 

Ale głowa, jej pojemność, podzieliła się na więcej części i choć tego wcale nie chciałam, zbudowała się tam niejedna konstrukcja awaryjna, towarzystwa asekuracyjne i inne bufory dla tych atomowych uderzeń codziennej świadomości.

 

Że nie, że już więcej nie, nie wytrzymam tego, to nie tak miało być. A jak? Skąd to w ogóle wzięłam. Przecież tego wcale nie ma, jak tego nie stworzysz. Tak – to życie. Niestworzone, a przeżyte w jakiejś części, pokazuje możliwości. 

 

W takiej szczelinie podświadomości lub nawet nieświadomości wyhodowałam sobie z nasion następne historie jak kępy lawendy, ucząc się ich od początku. I gdyby nie zapewnienie punktu zbytu, nigdy bym się nie porwała na taką uprawę. Nikt tak nie miał do tej pory, nie znałam w ogóle takich historii, nic nie wskazywało na to, że sprawy przybiorą tak ciekawy obrót.

 

Tyle lat bez powodzenia, tak dużo pracy i energii. Zawiedzione oczekiwania i marzenia. Nic tylko chwast na chwaście. Sadzonki jak zaklęte, trwały w martwocie, czekały na pierwszy deszcz, ale tylko ten jeden, by się ukorzenić, bo potem już poszło. Całą moc czerpiąc z okolicznych pól i horyzontów. 

 

Im słońce bardziej paliło, tym lepiej dla mojej wymarzonej, tej która, wszystko przetrzyma i załagodzi. A jej gorycz z czasem stanie się słodka, bo trudna. Choć tak można myśleć tylko na początku, potem, po latach już wiedziałam, że to moja tajemnica, że to mój dar.

 

Ta wiedza, umiejętność cierpliwości i odpuszczenia. Inaczej niczego by nie było, nawet tych snów. A roztrzaskało się o psy zachodzące, co gorsza tylko raz. Kiedy plan już był dopięty, obgadamy i opisany. Niestety uległ rozsypce, nie wchodząc w żadne odniesienia do filmowych pierwowzorów. Po prostu pomysł na plan polegał na tym, że jest tylko planem, ostatni element w momencie realizacji rozbił się jak niewypalony dzban. Malowniczo i ostatecznie.

 

Nie zabrał mnie tam, gdzie wszystko poza trasą i w wiecznej zmarzlinie. Wczesne jabłka już nie dojrzeją, gdyż historia ta dopełniła się zimą, choć nic nie wskazywało na taki koniec. Kobaltowe błękity o zróżnicowanym natężeniu kryły inne detale tej sytuacji. Niczego nie można być już pewnym. Pozostaje spokojnie przyjąć to nielogiczne zakończenie, nawet jeśli się na nie nie zgadzamy, ponieważ właściwie nie mamy innego wyjścia. Przeczekanie nie wchodzi w grę, należy normalnie włączyć się w codzienny rytm, nawet jeśli początkowo nieznany, z czasem sam nam podpowie, jak za nim podążać. Znaleźć w sobie ten wydawać by się mogło ostatni pokład zgody, akceptacji, wsłuchać się w harmonizujące, choć osobliwe wibracje, i poddać się fali pokoju.

 

___

tekst: Światosława Sadowska

ilustracja: Ola Szmida

]]>
Tuu, czyli gdzie? https://lesma.org/tuu-czyli-gdzie/ Fri, 20 Sep 2019 15:08:45 +0000 http://lesma.org/?p=1074 Jeszcze niedawno TUU oznaczało w Poznaniu, a TAM – wszędzie indziej: w Tokio, Kijowie, Patagonii, Nowym Jorku. W Płocku u teściów na działce i we Wrocławiu u znajomych. Tu się mieszkało, jeździło rowerem do pracy, chodziło na ulubione śniadania z ulubionymi ludźmi. Tam się wyjeżdżało na urlop, odpocząć od codzienności. Aż przyszedł dzień, w którym tu przestało cieszyć, a tam zaczęło kusić coraz bardziej.

 

I wtedy wszystkie noce przesiedziane przez mojego męża przed komputerem w latach 2003-2018 wchodzą całe na biało: bo komu łatwiej znaleźć pracę na drugim końcu świata niż programiście? Dla równowagi: komu trudniej znaleźć pracę na drugim końcu świata? Copywriterowi z polskim doświadczeniem. Taka z nas dobrana para: programista i copywriterka/fotografka. 

 

Prawie pół roku temu z dwiema torbami i dwoma plecakami wylądowaliśmy na lotnisku w Sydney. I teraz w Australii jest TUU, a wszędzie indziej jest TAM. Żeby było zabawniej, my się wcale nie wybieraliśmy do Australii, to Australia wybrała nas. Rok temu o tej porze mieliśmy po pół wizy Work & Travel do Kanady pachnącej żywicą na głowę i plany przeprowadzki do Vancouver. A fakt, że obecnie piszę do Was z Sydney, jest wypadkową jednej wiadomości na Linkedinie. Takiego zwrotu akcji nie wymyśliliby nawet scenarzyści „Gry o Tron” (którzy, jak wiemy, i tak nie postarali się za bardzo…).

 

Świeżo upieczony emigrant ma dwie opcje: albo będzie opłakiwał ziemię utraconą albo rzuci się na główkę kochać nowe miejsce zamieszkania. No chyba że z samego środka polskiej zimy przenosi się w sam środek australijskiego lata, tak jak my. Wtedy opcja nr 1 nie ma racji bytu.

 

W Australii pogoda dodaje chęci do życia, zamiast je odbierać. Jeśli kiedykolwiek spiszę listę prawd życiowych, których nauczyłam się na emigracji, punkt 1. będzie brzmiał: pogoda jest w życiu bardzo ważna. Bez pogody, nie ma pogody ducha. 

 

Na plaży w Bondi woda w oceanie jest bardziej niebieska niż Photoshop przewiduje. Na ulicy resztki ze śmietnika wyjadają nie gołębie, ale ibisy australijskie; ławki brudzą tęczowe lorykietki, a na drzewach skrzeczą kakadu żółtoczube. W tej chwili koncept „papugi w klatkach” jest dla mnie tak samo przestarzały jak „kobiety przy garach”. 

 

W Sydney kawa na mieście kosztuje tyle, ile powinna: grosze w stosunku do zarobków. Osoba zarabiająca pensję minimalną pracuje na swoje duże flat white 12 minut. 

 

W Australii możesz pogłaskać koalę (w niektórych stanach nawet go potrzymać!), a jadąc przez las, musisz uważać, żeby nie potrącić kangura (koali, walabii, wombata), a nie: sarny, lisa, dzika. Kto raz pomiział małego kangura, tego już nigdy nie wzruszy Bambi. Nigdy. 

 

Tu wychodzę głodna z domu i po pięciu minutach mam do wyboru kuchnię: japońską, wietnamską, indyjską, chińską, libańską, dwie indonezyjskie, malajską. I australijską. Przepraszam, ale nawet na Jeżycach nie miałabym tak dobrze (ale za sernik z Mówish Mash dałabym wiele, wysyłacie do Australii?). 

 

Nad życiem jak w Australii mogłabym rozpływać się jeszcze długo, w końcu nic nie idzie nam lepiej niż wysyłanie idealnej pocztówki z własnego nieidealnego życia. 

 

Problem w tym, że życie TAM to nie tylko Shiraz, koale i śpiew. Życie w Australii to dla mnie dożywotnia trauma związana z odbieraniem telefonów, bo nie dość, że na pewno dzwoni rekturer, nie dość, że mówi z silnym australijskim akcentem, to jeszcze wiesz, że wybrałaś kraj, w którym lokalne doświadczenie jest wszystkim, a europejskie – niczym, więc najpewniej z tej (i każdej kolejnej) rozmowy nic nie będzie. Szukanie pierwszej pracy trwa całe miesiące, a kiedy już ją znajdziesz, sama nie wiesz, co mniej do ciebie przemawia: pozostanie w niej czy szukanie kolejnej. 

 

Najwyższa góra w promieniu kilku tysięcy kilometrów liczy 2228 m n.p.m., a widok z niej nie wytrzymuje porównania z widokiem ze Śnieżki. Problem w tym, że Ty kochasz Dolomity, a do plecaka spakowałaś raki. 

 

W Australii „jak jest zima, to musi być zimno” – szkoda tylko, że w domach. Gdy przychodzi czerwiec, wszyscy trzęsą się z zimna, ale nikt jeszcze nie wpadł na pomysł zamontowania centralnego ogrzewania. 

 

W świetle australijskiego prawa nikt nigdy nie będzie wystarczająco dorosły, żeby wsiąść na rower bez kasku. A ja wyglądam w kasku bardzo niewyjściowo.

 

Mimo że w Australii publiczne grille stoją w co drugim parku, nie ma tu Twojej rodziny i przyjaciół, z którymi mógłbyś grillować. I tylko pogody odpowiedniej na grillowanie przez 330 dni w roku żal. 

 

Życie TAM wbija klin pomiędzy tym co stare i znane, a tym co nowe i ekscytujące i z każdym dniem coraz bardziej go rozszerza, stawiając człowieka przed niemożliwym wyborem: żyć przyjemnie, ale nie u siebie, czy żyć u siebie, ale nie aż tak przyjemnie? 

 

Jeśli komuś udało się na emigracji zjeść ciastko i mieć ciastko, to ja przepis na to ciastko bardzo poproszę.

 

 

___

tekst i foto: Elżbieta Adamska

znak-01

Elżbieta Adamska,

copywriterka, fotografka, blogerka, blagierka.
Kiedy nie pisze dla klientów, pisze dla siebie na niesmigielska.com
Aktualnie mieszka w Sydney, chociaż zdarza jej się
tęsknić za Poznaniem.

]]>
Le Cachalot https://lesma.org/le-cachalot/ Wed, 25 Apr 2018 15:00:37 +0000 http://lesma.org/?p=820 Podobno organ nieużywany zanika. A bardzo używany? Wprost przeciwnie, jak sądzę.

 

Nie znam wielu dowodów z przyrody, ale jeden, jak najbardziej. I tu – cały na biało – pojawia się Herman. Nie, nie aligator z „Hydrozagadki” od „Torpedo los!!”. Ten od literatury, Melville – „Moby Dick, czyli biały wieloryb”. Dla mnie twórcą i tworzywem tej historii zawsze był kaszalot. Lewiatan stu imion: le cachalot, olbrotowiec, sperm whale, potwal spermacetowy, Physeter macrocephalus. Największy zębowiec i żyjący na Ziemi drapieżnik. A co istotniejsze, posiadacz największego mózgu wszech czasów. O jego używaniu świadczy wiele – skomplikowany system echolokacji, tajemniczy system dźwięków, skuteczne ukrywanie przed człowiekiem i mediami społecznościowymi własnego życia intymnego, ekstraordynaryjne zwyczaje społeczne czy wreszcie bezkompromisowe dążenie do sławy i abstrakcyjne wygłupy.

 

Jak szewc Herostrates, który chcąc zapisać się w dziejach, spalił w 356 roku przed naszą erą świątynię Artemidy w Efezie, tak, nieznany z imienia kaszalot w 1820 roku, w pobliżu Wysp Pitcairn na Pacyfiku zatopił amerykański statek „Essex” o długości 27 metrów i wyporności 240 ton. Pewnie założył się z kumplem, o czteropak głowonogów, że co, że on nie da rady? Nie można też wykluczyć osobistej urazy, bo to wielorybniczy statek był. Tak czy siak, Grek i waleń osiągnęli swój cel – szewca opisał i uwiecznił Pliniusz, a kaszalota Herman Melville. Cwaniaczek był albinosem, zwierz nie pisarz, więc zawsze będzie wiadomo, o którego chodzi. My pamiętamy go jako Moby Dicka. Tak się tworzy nieśmiertelność. 

 

Kaszaloty to wielkie oryginały. Wyglądają jak żywe u-booty: głowy mają prostokątne, pyski tępe, a cielska masywne, zwarte i szarostalowe. Rosną do 20 metrów długości i osiągają 75 ton wagi. Nie jedzą też byle czego. A w szczególności tego, co przypłynie. Żaden kryl czy plankton. Skoro ma się taki mózg, to się wie, co to prawdziwy sea food. Dlatego przepadają za kałamarnicami, zwłaszcza tymi kolosalnymi, które ważą po pół tony i mają 10-metrowe macki. Nurkują za nimi na rekordową głębokość 3 kilometrów. Tam się trochę poobściskują, pomackują i kolacja podana. Z muzyką na żywo oczywiście, ponieważ kaszalot to najbardziej umuzykalniona istota na naszej planecie. Ma najczulszy organ słuchu wśród zwierząt (wśród roślin i grzybów też) oraz wyjątkowy instrument, jaki tworzy jego ogromna głowa-pudło rezonansowe, wypełniona oleistym spermacetem. Grając jego poziomami, jak na wodnych organach, pan waleń śpiewa, akompaniuje i uwodzi. Skutkiem tego permanentnie żyje w poligamii. Szekspir zapytałby przy okazji: dużo partnerek, dużo używania, duży mózg? Czy może: duże organy, dużo partnerek? 

 

Nie odbieramy i nie rozróżniamy większości tych podwodnych treli. Słyszymy je jak stary Beethoven własne symfonie – nie za bardzo. I w swoim ignoranctwie potrafimy tylko odnotować, że gdy zechce, kaszalot może wydać dźwięk zagłuszający startujący odrzutowiec. A ja myślę, że to klasyczne: „Nie chce mi się z wami gadać”.

]]>
Upupa epops https://lesma.org/upupa-epops/ Tue, 09 Jan 2018 14:25:57 +0000 http://lesma.org/?p=747 Widzę dudka. Taki czubek to nie do pomylenia jest. Przysiadł, rozłożył pióropusz i spojrzał bokiem na świat. Zadziwiony jakiś. Zaniepokojony. Że zimno, a on ciepłolubny przecież, i że kamuflaż mu trochę nie wyszedł. Jakby chciał powiedzieć: „Te moje piórka pomarańczowe z czarnym i białym to raczej do Owernii niż Owińsk pasują”. Ale to pozory. Zwyczajnie świruje. Jest przecież u siebie. Strzelił czubkiem i się przesiadł. Tu jest zameldowany, ma gniazdo i dokarmiał niejedną dudkową. I ma prawo być takim kosmitą, jakim go stworzyła matka. Natura oczywiście. Szczególnie tu, na terenie Krajowego Zakładu Psychiatrycznego, a wcześniej Provinzial-Irren-Heilanstalt zu Owinsk. Od 1838 mieszkali tu wyłącznie wystrychnięci na dudka i tacy, dla których zabrakło szufladki w poukładanym, nudnym świecie. Wszyscy oni żyli w wielohektarowym parku i neogotyckim kosmosie, który upupiał i uwznioślał zarazem. Dudek, Upupa epops jest więc w swoim domu. Domu wariatów.

 
Zwinął irokeza, upupnął – taki dźwięk wydaje – podciągnął podwozie i poleciał tym swoim pijanym lotem. Bo żeby tak normalnie, to nie. Co on sójka jakaś czy kos? To przecież ornitologiczne UFO. Chroniony rarytas, haute couture w barwie, kroju i polocie. Paź królowej bardziej niż szpak. No to lata jak motyl, żeby było jeszcze bardziej hipstersko. Na Majorkę, Lazurowe Wybrzeże, do Neapolu lub innej Katalonii. Może jeszcze Peloponez. Prawdziwy lot nad kukułczym gniazdem. A raczej jego ruinami, bo zakład przestał istnieć z końcem wojny. Wcześniej, jako ordynator, ostatnie lata pracy spędził tu Karol de Beaurain, wybitny psychiatra, psychoterapeuta i przyjaciel Witkacego. Ten pionier polskiej psychoanalizy został pochowany w Owińskach w 1927 roku. Witkacy dedykował mu „Niemyte dusze” i, choć ironizował, że lekarz traktował go jak „eksperymentalną świnkę morską”, pisali ze sobą całe życie.

 
A dudki wrócą. Do wierzb z dziuplami, krowich pastwisk i ceglanych, opuszczonych budynków. Tu zamieszkają z duchami wariatów i zakonnic. A że na południu all in­clusive? Co z tego? Tu żyją mocno i kolorowo. Z postawionym czubem.

]]>
bufo bufo https://lesma.org/bufo-bufo/ Thu, 19 Oct 2017 11:17:14 +0000 http://lesma.org/?p=702 Oto jest ropuch. Dorodny i aksamitny. Biologicznie bezkompromisowo piękny. Pan swojego świata oraz dziesięciu centymetrów. Świadomy czaru swoich wszystkich brodawek. Kwintesencja czystości i piękna natury. On, ropucha szara. Gdyby był Apaczem, nosiłby imię „Oddychający jak sobie chce”. Teraz np. przez skórę. Przez płuca też potrafi, ale dla szpanu wymienia od niechcenia gazy przez wilgotną powłokę – taka super moc od ewolucji lub demiurga (niepotrzebne skreślić). A jak był baby ropuszką, czyli kijanką w bajorku obok, to filtrował wodę przez skrzela. W ten sposób wystawia okolicy najwyższy standard czystości. Ponieważ, jak każdy płaz, ma dużą wrażliwość na bodźce chemiczne i gdy jest zbyt toksycznie, po prostu wymięka i zanika. Jako gatunek, albo i cała gromada. Już dziś są w Europie takie miejsca, gdzie nie uświadczysz płaza. Ani gada. Choć te ostatnie nie biorą do siebie tak szybko pestycydowych aluzji. Tak generalnie mniej kumają. Może na bardziej kosmicznym poziomie odbierają? Jakiś meteoryt 65 milionów lat temu, jakaś nuklearna zima i w końcu załapały, że to już nie ich eon, że czas ze sceny zejść – niepokonanym. Triceratopsy, ichtiozaury i inne diplodoki. Nieprzekonane, ale zeszły. Do dziś trwają ekshumacje, żeby ten akt w dziejach poskładać do kupy. Ale do żaby. Siedzi centralnie w środku krateru D, w rezerwacie przyrodniczo-astronomicznym Meteoryt Morasko. Jak na kosmicznej scenie. Podwójnie klasycznej: bo ma już 5000 lat – wtedy dupnął meteoryt – i po starogrecku, amfiteatralnej. To jakaś aluzja? Z ropuchą w charakterze tragicznego chóru gadziego zniszczenia? Płazio-gadzia wojna na skojarzenia? No, nie wiem.

 

Ropuch bezgłośnie się nadyma. Zadowolony z atencji, daje się podziwiać. Ale w końcu czemu się tu dziwić. To Bufo bufo, w sumie Buffo. Teatralny bufon pierwszej klasy, członek rodziny Bufonidae. Narcyz doskonały. Godny każdej sceny i osobnej bajki. Puszy się i pławi we własnej osobie. Jest gotowy. Ustawia lepszy profil. Czeka. Trochę się waham – całować czy nie całować?

]]>
Po drugiej stronie lustra https://lesma.org/po-drugiej-stronie-lustra/ Tue, 15 Aug 2017 11:47:39 +0000 http://lesma.org/?p=624 W relacjach z innymi ludźmi odbija się nasz wewnętrzny świat i sposób myślenia. Poprzez kontakt z drugim człowiekiem w dużej mierze poznajemy samych siebie. Ale czasami wcale nie chcemy poznać samych siebie. Niechęć do ujawniania niektórych spraw jest największa w relacjach, na których nam najbardziej zależy.

 

Przyjrzyjmy się relacji partnerskiej. Sam fakt bliskości, szczególnie na początku związku, generuje duży poziom lęku. Chcemy, żeby wszystko się udało, nie chcemy niczego zepsuć. Jednocześnie boimy się rozczarowania i niespełnienia własnych oczekiwań.

 

Zdarza się, że bardziej niepewne osoby udają kogoś, kim nie są, po to, żeby zyskać cudzą akceptację, ale w efekcie, również swoją własną. Aktorstwo, zakładanie maski odbywa się nie tylko na linii ja – inni, ale też na linii ja – ja. Tematy, które tuszujemy i przykrywamy, niekoniecznie muszą być wielkimi traumami czy demonami. U większości z nas są to po prostu tendencje do reagowania w określony sposób, które sami postrzegamy negatywnie. Klasycznym przykładem jest ukrywanie smutku przez mężczyzn i zastępowanie go złością.

 

Chociaż na ogół próbujemy nie zauważać tych zestawów reakcji, one i tak ujawniają się w relacjach i rzutują na nie. Generują również całe spectrum emocji – od wstydu, aż po poczucie winy. Chcąc złagodzić ten stan, korzystamy z różnych strategii redukujących napięcie.

 

Osoby o sztywnej strukturze, czyli takie które mają trudność w elastycznym przeżywaniu sytuacji stresujących, najczęściej korzystają z mechanizmu wyparcia, czyli usuwania ze świadomości. Dlatego np. osoba wypierająca złość na swojego partnera, nie będzie pamiętać porannej kłótni czy powodu swojej złości, ale może odczuwać niewytłumaczalne napięcie podczas drogi z pracy do domu, czyli znajdując się już w zupełnie innej sytuacji. Wyparta zostaje treść, ale emocje nadal pozostają żywe.

 

Trzeba zaznaczyć, że większość z nas wykazuje, w mniejszym lub większym stopniu, pewne cechy osobowości neurotycznej z tendencją do sztywnego reagowania. Co ciekawe, cechy te są szybciej zauważane przez otoczenie, niż przez nas samych.

 

Czasami jednak pojawiają się małe chorągiewki, które wskazują nam – o, tutaj leży problem. Są to nasze własne obserwacje dotyczące konkretnej cechy, która przeszkadza nam w realizacji wewnętrznych potrzeb i pragnień. Taką cechą może być np. obsesyjne dbanie o porządek w domu. Czując przymus utrzymania perfekcyjnego wizerunku samego siebie w tej roli, nie możemy w pełni korzystać z życia i powiedzieć po prostu: dziś nie sprzątam, idę do kina.

 

Innym przykładem może być stres wynikający z faktu, że nie upiekłam ciasta na przyjście gości, tylko kupiłam gotowe w cukierni. Jak ja wypadnę? Co oni o mnie pomyślą? Co mój mąż o mnie pomyśli? A na końcu kluczowe pytanie: co ja sama o sobie pomyślę, skoro nie wygospodarowałam czasu na tak prostą czynność jak upieczenie ciasta. A jeśli zdarzy się tak, że mąż nieopatrznie poczyni subtelną uwagę na temat rzeczonego wypieku, może dojść do kłótni. Nadwrażliwa reakcja wynika z nagromadzonych emocji, a nie z realnego obrotu spraw. Powyższy przykład może brzmieć zabawnie, ale oddaje mechanizm wielu sytuacji. W prozaicznej codzienności odbija się wewnętrzny konflikt.

 

Warto zaobserwować takie momenty i dostrzec to, z czego rzeczywiście wynika dyskomfort, który odczuwamy w relacjach z innymi. Czy faktycznie rodzina tak bardzo oczekiwała ciasta prosto z piekarnika? Czy ktokolwiek w ogóle zwrócił na nie uwagę? Zapewne nie. A stres i surowa ocena samego siebie pozostały.

 

Drobne, codzienne sytuacje są najlepszym polem do rozpoznawania naszych wewnętrznych sposobów funkcjonowania. A zatem, jeśli dostrzeżemy już flagę sygnalizującą prawdziwą naturę problemu, możemy zacząć działać. Możemy też nie zrobić nic, bo z tymi niewygodnymi, ukrytymi mechanizmami da się żyć. Pytanie tylko, jakiej jakości życia pragniemy i na ile mamy odwagę zmierzyć się z samym sobą.

 

 

znak-01Katarzyna Werbińska,
psycholog, certyfikowany specjalista terapii uzależnień, psychoterapeuta, absolwentka psychologii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu – specjalność: psychologia kliniczna. Doświadczenie w pracy zdobywała w oddziałach szpitalnych, w ośrodku terapeutycznym dla osób uzależnionych, w hostelu postrehabilitacyjnym dla osób uzależnionych, a także w poradniach i gabinetach. Na co dzień pracuje z młodzieżą zmagającą się z kryzysem rozwojowym, a także z dorosłymi w kryzysach życiowych, z objawami nerwicowymi, depresyjnymi oraz uzależnieniami. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także konsultacje i diagnostykę w obszarze uzależnień.

]]>
Dama Dama https://lesma.org/dama-dama/ Tue, 15 Aug 2017 10:56:33 +0000 http://lesma.org/?p=616 Stoi. Patrzy i przeżuwa. Gdyby mógł to dłubałby w nosie. Ale to parzystokopytny, więc nie może. I nic nie kuma, bo ssak. My też stoimy. Na drodze nr 196 na Wągrowiec. Popatrz jaka ładna sarenka! To nie sarenka, to byk daniela. Jakiego daniela? Taki gatunek – daniel, Dama dama. No to byk czy dama? Facet ale taki metroseksualny – jeleniowaty pekińczyk, sprowadzony dawno temu do Europy, bo ładny. Z Azji Mniejszej. No rzeczywiście, śliczny: poroże jak wieszaki na biżuterię, białe plamki na beżowym, taki smukły, i te jego wilgotne oczy. Trochę Bambi, trochę gazela. A dlaczego on tak stoi na środku drogi? Bo to jego teren, no i nie jest najmądrzejszy. Daniele od wieków żyją na swobodzie, ale u nas przede wszystkim były hodowane w zwierzyńcach dla szpanu. Chów wsobny, rozumiesz. Piękno ma swoją cenę. O, poszedł.

 

A skąd przyszedł? Stąd. Z Puszczy Zielonki. W Wielkopolsce od końca XVIII wieku mieszkała niemiecka rodzina von Treskow. To właśnie im przypadły cysterskie dobra w Owińskach po pruskiej sekularyzacji zakonu w 1797. Tam też, vis-à-vis klasztoru, nowobogaccy ziemianie i bankierzy z Berlina, wybudowali w 1806 klasycystyczny pałac – pokazówkę, ze stawem na dzień dobry, podjazdem i doryckimi kolumnami wg modnego berlińskiego stylu. A jak pałac, to i park. Z bramami, mostkami i zwierzyńcem oczywiście. W roli głównej rodowego bestiarium obsadzono daniela. Dobrze komponował się z pseudogreckimi detalami i fryzem o pompejańskich motywach. Tę klasyczno-germańską sielankę zakończyli w 1945 czerwonoarmiści z pepeszami na sznurkach. Daniele poszły na ruszt i w las (stąd ich liczna obecność w Puszczy Zielonce). Pałac stoi do dziś, a Dama dama stoi przy szosie.

]]>
Najmodniejszy ogród w Polsce — DIY https://lesma.org/najmodniejszy-ogrod-w-polsce-diy/ Sun, 04 Jun 2017 21:43:26 +0000 http://lesma.org/?p=577 Chcesz być modnym człowiekiem, więc zmieniasz garderobę co pół roku. W listopadzie kupujesz ubrania na wiosnę oraz lato, a w czerwcu na jesień i zimę. Wystarczy, że przejdziesz się do butiku jednego z czołowych projektantów, kupisz pół najnowszej kolekcji i gotowe. Ale czy posiadanie modnego ogrodu jest równie proste jak noszenie modnej stylówki?

 

Natura, zieleń, przyroda – nieprzypadkowo kojarzą ci się z nurtem slow life. W tej branży wszystko toczy się wolniej. Rzadziej pojawiają się nowe trendy, ale też zmiany nie są nagłe, lecz płynne i łagodne. Myślisz, że to powód do rozleniwienia się w ogrodniczych sprawach? Wręcz przeciwnie! W tej branży, jak w żadnej innej, cały czas trzeba mieć rękę na pulsie. Ponieważ zmian nie da się wprowadzić z dnia na dzień, powinieneś być maksymalnie czujny, by błyskawicznie zareagować i zacząć aktualizację looku ogrodu przed innymi ogrodniczymi modnisiami.
 

Twoje „być albo nie być” modnym zależy wyłącznie od tego, jak szybko jesteś w stanie wychwycić trend i na ile sprawnie możesz wprowadzić go do swojego ogrodu. I to na tym powinny koncentrować się twoje wysiłki. Ale uwaga – wychwytywanie trendów jest utrudnione z powodu licznej grupy trolli (zwanych potocznie Grażynami/Januszami), które zrobią wszystko, żeby namącić ci w głowie i wstawić do ogrodu białego łabędzia z opon. Albo fantazyjnie ostrzyżonego iglaka. Albo piętnaście ton białego otoczaka. Niestety, prawda jest taka, że w ogrodnictwie łatwiej, niż w jakiejkolwiek innej branży, zostać wpuszczonym w maliny.
 

Załóżmy, że jako bystra osoba wiesz, jak odróżnić grupę GJ (Grażyna/Janusz) od grupy NO (Normalni Ogrodnicy). Wiesz już, w których miejscach szukać inspiracji i od kogo dowiedzieć się, jak nie zostać pośmiewiskiem ogrodniczego światka. Jednym słowem – masz do dyspozycji najświeższy trend z pewnego źródła. Tylko co z nim zrobić? Jak zorganizować swój ogród, by każdy kolejny trend wprowadzać szybko, sprawnie i bezboleśnie?
 

Oczywiście jako osoba żyjąca uprawianiem ogrodów i zarazem żyjąca z uprawiania ogrodów, nie zostawię cię teraz na lodzie. Oto dwie rady płynące prosto z mego dobrego serca oraz wynikające z doświadczenia życiowego.

 

1. Obiekty, które najtrudniej zmienić, powinny być maksymalnie uniwersalne.
Najtrudniej burzyć budynki, zmieniać ogrodzenia i przesadzać drzewa. Zadbaj o to, by te elementy pasowały do każdej twojej przyszłej wizji. Tak jak w szafie warto mieć klasyczne dżinsy czy białą koszulę, tak w ogrodzie dobrze postawić na prostą architekturę w neutralnych kolorach i zwyczajne zielone drzewa o standardowym pokroju. Z klasyczną bazą żaden szalony trend nie będzie ci straszny. Jeśli zdecydujesz się np. na zwyczajne, szaro-zielone platany, z łatwością będziesz mógł wymienić łan lawendy na szaloną rabatkę z kwiatów jednorocznych i nadal będzie to dobrze grało z platanem.

 

2. Interpretuj modę najprościej jak możesz.
W poprzednich sezonach była modna Prowansja? Łatwo dostępne sadzonki lawendy i tymianku (w hurtowej ilości) załatwiają sprawę. W tym roku stawiamy na landrynkowe, żywe barwy? Złap za farbę w sprayu i odmień stare meble, obkup się w sadzonki kwiatów jednorocznych i zaszalej z kolorami. Chodzi o to, by modne akcenty były jak najłatwiejsze do edycji w kolejnych latach, jak np. rabaty z kwiatami jednorocznymi. Dokładnie tak jak w garderobie – gdy modna jest limonkowa zieleń, łatwiej jest kupić (a następnie wyrzucić) apaszkę w tym kolorze niż garnitur, kapelusz i obuwie.

 

Te dwie proste praktyki sprawią, że posiadanie modnego ogrodu będzie dla ciebie nieskomplikowane i mniej kosztowne. Zaprezentowane wyżej sposoby są spoko – praktyczne i logiczne, ale…

 

Tak naprawdę jest tylko jedna właściwa droga do zostania posiadaczem najmodniejszego ogrodu w PL. To ty musisz zostać trendsetterem i żonglować trendami tak, by nikt nie był w stanie za tobą nadążyć. Uwierz, że w ogrodnictwie to naprawdę możliwe. Jak to się robi? W zeszłym tygodniu kupiłam 10 niewielkich tamaryszków po 2,5 zł. Cierpliwie poczekam do roku 2022, aż osiągną 4 metry wzrostu i utworzą oszałamiający, różowy, puszysty żywopłot. Wtedy ogłoszę, że tamaryszek to must have w sezonie 2022, a że nikt nie będzie potrafił zdobyć takich ogromnych egzemplarzy (ani nawet w połowie tak efektownych), to kto zostanie królową? Ja. To mój sekretny plan na bycie modną. Polecam!

 

 

werx

Weronika Targiel
Wera z najmodniejszą rośliną roku 2022

]]>