tworzymy – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png tworzymy – TUU https://lesma.org 32 32 Dziesięcioro Wspaniałych https://lesma.org/dziesiecioro-wspanialych/ Fri, 17 Dec 2021 16:25:59 +0000 http://lesma.org/?p=1450 Nieprzewidywalni, wizjonerscy, zdeterminowani. Dzięki nim poszerzamy horyzonty naszego widzenia, odczuwamy więcej, myślimy inaczej. Laureatki i laureaci tegorocznych stypendiów dla młodych twórców poznańskiego środowiska artystycznego to wspaniała dziesiątka, którą warto poznać bliżej. I śledzić ich poczynania!

 

Koncert w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, wystawy prac na czterech kontynentach, projekt artystyczny w Nepalu – młodzi poznańscy twórcy działają na całym świecie, mimo iż czasy nie należą do najłatwiejszych. W dowód uznania dla ich dotychczasowych osiągnięć i wiary w ich dalszy rozwój, kapituła złożona z wybitnych artystów przyznała tym młodym twórcom roczne stypendia.

 

Miasto Poznań nagradza młodych twórców już od trzydziestu lat. Niektórzy z laureatów poprzednich edycji wyruszyli w świat, inni sprawiają, że poznańskie życie artystyczne kwitnie. Marek Wasilewski – dyrektor Galerii Miejskiej Arsenał, Renata Borowska-Juszczyńska – dyrektorka Teatru Wielkiego w Poznaniu, Iwona Hossa – światowej sławy sopranistka, Jana Shostak – znana z działalności performatywnej i aktywistycznej, Konrad Smoleński – artysta sztuk wizualnych czy Rosalie Hoffman – zdobywająca listy przebojów, to tylko kilka wyróżnionych osób.

 

— Kultura miasta rozwija się tylko wtedy, gdy pojawiają się w niej nowe postacie – artyści i animatorzy kultury, zdolni na tyle, by burzyć ustalone hierarchie i budować nowe propozycje. Program stypendialny dla młodych twórców daje okazję, by pokazać swoje dokonania i plany grupie wybranych przez Radę Miasta ekspertów z różnych dziedzin. Stypendia otrzymuje nie więcej niż 10 osób, co czyni to wyróżnienie dość elitarnym punktem w artystycznym CV laureatek i laureatów. Wychodzimy z założenia, że natura twórczości wymaga nieustannego poszukiwania inspiracji i nowych przestrzeni, dlatego trzymamy kciuki za kariery stypendystów, często oznaczające wyprowadzkę z Poznania. Liczymy, że także „emigranci” zachowają wspomnienie jak najlepszych relacji z miastem. Dowodem, że program stypendialny jest traktowany wyjątkowo, niech będzie podniesienie puli w tym roku do 120 000 złotych, co było zgodną inicjatywą przewodniczących Rady Miasta – Grzegorza Ganowicza, Komisji Kultury i Nauki – Grzegorza Jury oraz pozostałych radnych – mówi Marcin Kostaszuk, zastępca dyrektora Wydziału Kultury i członek kapituły nagród i stypendiów twórczych. 

 

Tegoroczni stypendyści są artystami z obszaru sztuk wizualnych, muzyki, teatru, tańca oraz animacji kulturowej. Poprosiliśmy ich o przedstawienie się czytelnikom, ale w nieco inny sposób niż zwykle. Na zdjęciach, w nawiązaniu do antycznych bohaterów, każdemu towarzyszy wybrany atrybut.

 

 

Alisa Makarenko

Laureatka stypendium za znaczące osiągnięcia w dziedzinie tańca i choreografii oraz twórczy wkład w liczne realizacje teatralne.

 

Moje życie to kalejdoskop projektów, wyjazdów, terminów i tak w nieskończoność. W takim trybie staram się kultywować niekończącą się wdzięczność za to dobro, które już mam i bezgraniczną wiarę w to, co jeszcze lepszego przyjdzie.

tuu 22_1

 

 

 

Stanisław Aleksandrowicz
Laureat stypendium za indywidualną drogę twórczą łączącą doświadczenia instrumentalisty, kompozytora i kreatora wydarzeń muzycznych. 

 

Nieskończoność to zjawisko bardzo trudne do objęcia ludzkim umysłem, przywykłym do operowania w określonych ramach i granicach – na przykład czasu czy przestrzeni. Ciężko sobie wyobrazić ogrom i bezkres wszechświata, który nie mając granic, rozciąga się w nieskończone strony, trwając nieskończenie długo. Nieskończoność to dla mnie także liczba możliwości i kierunków, które może obrać artysta w procesie twórczym, korzystając z danego języka sztuki. Jak to się stało że Brahms, Beethoven czy Coltrane mając do dyspozycji nieskończoną niemal liczbę zwrotów harmonicznych, melodycznych czy rytmicznych, wybrali akurat te, które tak głęboko przeszywają ludzką duszę? Tym jest dla mnie właśnie nieskończoność – zagadką, której najpewniej nigdy nie odgadnę. 

tuu 22_2

 

 

 

Bartosz Choryan

Laureat stypendium za całokształt dorobku twórczego związanego z projektowaniem graficznym, ze szczególnym uwzględnieniem plakatów o tematyce społecznej. 

 

Zdarza się, że spotykam się z Nieskończonością. Zazwyczaj w sobotę wieczorem. Cały świat śpi, a ja piję z nią kawę. Nie będę ukrywał, że to bardzo miłe spotkanie. Czasem pogadamy, czasem coś więcej. Lawirujemy wokół przeróżnych tematów. Ostatnio ścieraliśmy się trochę o miłość, o jej definicję, ale doszliśmy w końcu do porozumienia – miłość ma nieskończenie wiele twarzy, bo codziennie pojawiają się nowe. Każdy ma swoją definicję, ale nikt nie ma definicji dla wszystkich. Kto by pomyślał… Jednak nie zawsze jest tak kolorowo, trudno w to uwierzyć, ale nie zawsze zgadzam się z Nieskończonością. Bywa, że jesteśmy poróżnieni, upieramy się przy swoim. Na tym polega ta skomplikowana relacja. Niestety, to Nieskończoność zawsze ma rację, a ja muszę przełknąć gorycz porażki, za każdym razem. Można się przyzwyczaić, w końcu to trwa już tyle lat. A dlaczego przegrywam? Bo czasem myślę, że nic nowego, zaskakującego czy przewrotnego nie da się już stworzyć, że wszystko jest wymyślone, w każdym temacie. A jednak. Sami widzicie. Nieskończoność.

tuu 22_3

 

 

 

Łukasz Byrdy

Laureat stypendium za wybitne osiągnięcia rozsławiające poznańską pianistykę w kraju i za granicą. 

 

Nieskończoność to dla mnie pojęcie wywołujące niepokój. Żyjemy w świecie, w którym każdą rzecz można zmierzyć, zważyć – określić liczbę, wielkość czy długość. Nieskończoność natomiast nie ma ani początku, ani końca, co samo w sobie jest już dosyć przytłaczające, żeby nie powiedzieć przerażające. Ludziom często wydaje się, że rozumieją i intuicyjnie byliby w stanie wyjaśnić problematykę tego zagadnienia, jednak przy dłuższym zastanowieniu mózg napotyka szereg problemów w pojęciu tej koncepcji. Nieskończone mogą być ciągi liczb, otaczający nas wszechświat czy czas – który nawet kiedy nas już zabraknie, będzie nieprzerwanie płynął. Trafnymi wydają się również słowa Alberta Einsteina, że nieskończona jest poza wszechświatem jedynie ludzka głupota. Również muzyka, mimo swojego często metafizycznego kontekstu, jest w rzeczywistości zbiorem odpowiednio uszeregowanych dźwięków o konkretnej długości trwania. I mimo prawdopodobnie nieskończonej ilości interpretacji jednego dzieła muzycznego, muzyk paradoksalnie porusza się w materii wymiernej i precyzyjnie skonstruowanej.

tuu 22_4

 

 

 

Izabela Sitarska

Laureatka stypendium za szeroką, interdyscyplinarną działalność artystyczną, edukacyjną i animacyjną, owocującą znaczącym udziałem w poznańskich inicjatywach kulturalnych. 

and

tuu 22_5

 

 

 

Katarzyna Półrolniczak

Laureatka stypendium za talent, pracowitość i determinację, z jaką prezentuje swą twórczość w trudnym dla muzyków roku pandemii. 

 

Robię muzykę, bo jest to jedyna rzecz, w której jestem dobra. To, że ludzie mogą się do niej odnieść, w jakiś sposób oczyścić i powiedzieć: „Ej, też tak mam, nie jestem w tym sam”, jest jedynie bardzo pozytywnie napędzającym skutkiem ubocznym. Nie zależy mi na tym, żeby moja muzyka zapewniła mi nieśmiertelność, żeby przetrwała dłużej niż ja, ale na tym, by dawała ludziom ukojenie i przede wszystkim zrozumienie. Nie mam wpływu na to, co się z nią stanie później, to już nie moja sprawa. W końcu po co mi sława, kiedy będę martwa?

tuu 22_6

 

 

 

Stanisław Pawlak

Laureat stypendium za poszukiwania w dziedzinie muzyki, realizowanej zarówno samoistnie, jak i na potrzeby spektakli teatralnych i filmów. 

 

Jak brzmiałaby nieskończoność? Czy można byłoby w ogóle mówić o długości, wysokości, dynamice tego dźwięku? To pytania, których wariacje, jak i wersje odpowiedzi na nie, mogłyby zapewne ciągnąć się w nieskończoność. Niezaprzeczalnie każdy słyszy ją inaczej. To mnie pociąga w tworzeniu muzyki i jej odbiorze, że w tak bardzo uporządkowanej formie wyrazu jaką jest, można na nieograniczonej ilości płaszczyzn znajdować i szukać.

tuu 22_7

 

 

 

Marcin Ratajczyk

Laureat stypendium za eksperymenty filmowe i teatralne, których bohaterami są przedstawiciele młodej generacji w dobie przemian technologicznych, społecznych, politycznych i obyczajowych. 

 

Od nieskończoności dużo bardziej interesuje mnie skończoność. Jest coś satysfakcjonującego w myśli, że wszystko, co robię jest policzalne, że wygeneruję tylko ileś pikseli. Gdy kręcę dokumentalnie, ekscytuje mnie to, że rzeczywistość nigdy już nie ułoży się dokładnie tak samo jak w momencie nagrywania. Mam z tyłu głowy, że wszystko, co tworzę raczej zniknie w czasie najbliższej ostrej burzy magnetycznej.

tuu 22_8

 

 

 

Zofia Tomczyk

Laureatka stypendium za dojrzałą działalność artystyczną, kuratorską i edukacyjną w dziedzinie tańca, choreografii i muzyki eksperymentalnej.

 

Nieskończoność brzmi dla mnie trochę jak:

moment tuż po skończeniu spektaklu, 

ale jeszcze tuż przed zapaleniem świateł i oklaskami

grzebanie w ziemi

jedzenie jesienią dżemu z owoców zebranych latem

wspomnienia podczas odwiedzania znanych miejsc

przebywanie z bliską osobą

zapach morza

przemykający wiatr

klucz ptaków

błądzenie

wdech i wydech

śnienie

to takie tajemnicze coś, co ma w sobie każdy z nas.

tuu 22_9

 

 

 

Hubert Karmiński

Laureat stypendium za działalność twórczą i animacyjną owocującą tworzeniem miejsc, wydarzeń i akcji integrujących środowisko muzyczne Poznania. 

 

∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞
∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞
∞∞_/∞∞€∞∞j3∞∞Д∞∞¢∞
∞∞∞∞∞|°∞∞!∞∞§∞∞∞∞∞
∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞
∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞

tuu 22_10

 

 

___

tekst: Julita Mańczak

foto: Jerzy Sadowski

portret Huberta Karmińskiego: Paula Recolons

]]>
TUU x UAP https://lesma.org/tuu-x-uap/ Tue, 07 Jul 2020 16:21:07 +0000 http://lesma.org/?p=1174 Ciągle zachwyca nas nowe, choć i stare zapiera dech. Sztuki ciągle mało. Nie da się na zapas naprzeżywać. Dlatego uprawiamy ją jak ogród, w porywach i systematycznie. Szukamy sztuki wszędzie i ustawicznie. Zbieramy kolory, linie, plamy. Sycimy się, a teraz dzielimy z Wami.

 

Połączyliśmy siły z Uniwersytetem Artystycznym w Poznaniu przy małym zadaniu projektowym. Wiersz stał się punktem wyjścia do ekspresji wizualnej studentów. Pozornie proste przedsięwzięcie, niemal jak ćwiczenie w przedszkolu, okazało się tak nieprzewidywalne. 

 

W styczniu tego roku na spotkaniu twórczym w Pracowni Wydawnictw pod wodzą prof. dr hab. Krzysztofa Molendy i mgr Piotra Marzola zapadła spontaniczna decyzja. Robimy to – robimy to wspólnie – tak – zaprosiliśmy studentów do plastycznej interpretacji wiersza.

 

Tylko co to był za wiersz? Odmiennych interpretacji otrzymaliśmy tak wiele, jakby tekstów było więcej. Osobowość, temperament, doświadczenie twórców – jak filtry czasu wymieszały treści i  przyniosły takie oto wizualne poematy. 

 

kasia_wit_tuu4

autor: Katarzyna Wit

 

Pomiedzy_miekkim_i_twardym_JG._joanna_gądek

autor: Joanna Gądek

 

Janusz-Patalas_Poślednicki-wersja-druk-ze-spadkami

autor: Janusz Patalas Poślednicki

 

wiersz_kompresja_annna_żygadło-1

autor: Anna Żygadło

 

malgorzata_kaliska_wiersz

autor: Małgorzata Kaliska

 

wiersze_anna_zawada-2

autor: Anna Zawada

 

rozkladowka_wiersz_krystian-_pompala

autor: Krystian Pompala

 

pomiedzymiekkim1_AE-1

autor: Ada Ejsmont

 

jeszczetegoniewiem_AE-1

autor: Ada Ejsmont

 

aleksandra-pietraszek-wiersze-tuu

autor: Aleksandra Pietraszek

 

agata_daracz-1

autor: Agata Daracz

]]>
Co to za czas https://lesma.org/co-to-za-czas/ Sat, 06 Jun 2020 20:02:22 +0000 http://lesma.org/?p=1140 Czy kiedykolwiek kwestionowałeś/aś naturę rzeczywistości? Pytanie tak postawione przewija się w głowie jak rozciągnięta pętla, pochłaniając i wypluwając nowe zbiory znaczeń, nowe konteksty, ale na pewno nie to, co autor pytania miał na myśli. A kto jest w ogóle autorem? Zutylizowała się jego tożsamość, a znaczenie świat skompostował. Wszyscy je strawiliśmy i wchłonęliśmy treść, jak swoją własną refleksję. Trudno teraz udawać, że nic się nie stało. Stało się za dużo jak na okrągłe zdanka i ogólne czy nazbyt osobiste refleksje o końcu, znikaniu czy zanikaniu, walce dobra ze złem. Jeszcze niespełna miesiąc temu na złowróżbne nawoływania o opamiętanie świata reagowaliśmy cichym grymasem. Wiadomo – kto miałby się opamiętać? Przecież wszyscy już zaczęliśmy, podjęliśmy jakieś tam starania – segregowaliśmy odpady, adoptowaliśmy psy, zbieraliśmy śmieci podczas spacerów do lasu, a w wakacje uprawialiśmy slow lifeA przecież mogliśmy pozostać niewrażliwi. Czy mogliśmy to przewidzieć, przeczuć, jakoś zapobiec? Scenariusze zakładające zwolnienie tempa, zatrzymanie, wyłączenie pędu nie tylko wydawały się kompletnie oderwane od jakichkolwiek szans na realizację, ale wręcz irytowały. Aż tu nagle, z dnia na dzień, bum, tąpnięcie, klęk, podcięcie z zatrzymaniem oddechu. Cios w splot.

 

Tego dnia w Teatrze Nowym wydarzył się koncert zespołu Bibobit pod znamiennym tytułem „Stan Podgorączkowy”, z nowymi interpretacjami utworów Agnieszki Osieckiej – pierwsze wydarzenie z cyklu #zostańwdomu #coronavirus. Miasto stanęło, stanęły inne miasta i inne światy, wszyscy wstrzymali oddech. Koncert bez publiczności, której emocje karmią artystów, przeżycia nieszczelnie ulatniają się poza obieg, energia hula poza obiegiem. Utracona? Na pewno nie.

 

Ciężko napisać coś od końca. Choć właściwie staje się on nowym początkiem. Tak, to był początek nowego świata, który uwalnia kulturę przez ekrany telefonów, komputerów i dozuje w dawkach terapeutycznych jedynie za przyzwoleniem użytkownika urządzenia. Czy możliwe jest zatem wierne przeniesienie wszelkich cech utworu artystycznego w formie transmisji, choćby na najdoskonalszych symulatorach haptyki i naszych zmysłów. Nie sądzę. Rzekomo lecznicza moc częstotliwości pozostaje więc jedynie erzacem, placebo. Mieliśmy to szczęście, dawno, dawno temu – czyli dwa tygodnie wcześniej, jeszcze w poprzedniej epoce – byliśmy na prawdziwym koncercie, wszystko widzieliśmy, słyszeliśmy i poprzez stojące dęba włoski na przedramionach oraz rezonans w klatkach piersiowych i tkankach miękkich odczuliśmy koncert bez żadnych urządzeń przetwarzających rzeczywistość. No, pomijając wielką wyspę akustyka, który sterował tym spektaklem, żebyśmy mieli prawdziwe, głębokie przeżycie i przypomnieli sobie o odłożonych do lamusa emocjach i jeszcze raz (ostatni być może) poobracali je w palcach, jak kruche i rzadkie przedmioty.

 

Oni wiedzą, w jaką strunę uderzyć, jak psychofizjologia widzenia manipuluje naszym wizualnym postrzeganiem. Wszystkie zabiegi dźwiękowe, wzmacnianie, zagęszczanie, zapętlanie, wyciszanie, służyły konkretnym treściom. Te zaś zostały tylko zasygnalizowane we fragmentach radiowych wywiadów, których udzieliła niegdyś Agnieszka Osiecka. Wygłaskały nas, publiczność, czymś bardzo swojskim – ciepłymi, autoironicznymi opowieściami o swoich słabościach i błędach, porażkach życiowych, wreszcie wrażliwości nieprzystającej do czasu komuny, permanentnym stanie zakochania i nieumiejętności życia.

 

Wydało się to dziwnie znajome, a nawet świeże i aktualne. Zbiór tych wyrwanych fragmentów autobiografii utworzył warstwę, z którą niespodziewanie wielu z nas mogłoby się utożsamić i dojść do tych samych wniosków.

 

I tu wchodzi Daniel Moszczyński, choć nie sam, wręcz przeciwnie, w większym niż normalnie składzie Bibobitu, poszerzonym o kwartet smyczkowy, chór aktorek Teatru Nowego oraz pianistę Jacka Piskorza. Zaczyna czytelnie od fraz, które zna „cała Polska” i tak je obraca, prześwieca, nawija, że stają się współczesne. Tak powstają właśnie nowe wersje starych, dobrze znanych utworów. Jedne bardziej efektowne, szczególnie biorąc pod uwagę dołączony na potrzeby strony wizualnej ruch sceniczny w wykonaniu chóru, inne zaskakujące jak np. „Gaj”, w niemal transowym alternativedisco.

 

Nastąpiło całkowite odświeżenie dobrze znanego i lubianego, Daniel odkrył nowy potencjał w tekstach, w muzyce. Sam opowiadał, że zaproszenie do festiwalu było wyzwaniem. Zanim na nie odpowiedział, musiał sprawę gruntownie przemyśleć, czy aby na pewno jest w stanie zrobić to na 100% po swojemu. Bo tylko taki parametr wchodził tu w grę. Wcześniej jeszcze widziałam ten sam koncert w ramach festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”, po którym nie zdawałam sobie do końca sprawy, co zaszło. Ramię w ramię z dyrektorem Teatru Nowego, Piotrem Kruszczyńskim, kiedy wyrwał wśród burzy oklasków i owacji na stojąco z okrzykiem „Daniel, angażu Ci nie dam, ale główna scena jest Twoja w nowym sezonie”.

 

– Kiedyś, gdy myślałem o tym, aby zostać aktorem, co drugi dzień byłem w tym teatrze. Coś mnie do niego wzywało – mówi Daniel ze wzruszeniem. Koncert Bibobitu był jak iskra czy zapłon, zapalił wszystkich, którzy w nim uczestniczyli. Właściwie po raz pierwszy w życiu widziałam tak porywająco autentyczną sytuację w miejscu, w którym wszystko jest z zasady grą i wyreżyserowanym udawaniem. Deklaracja dyrektora wobec pełnej sali – może i był w tym jakiś element ryzyka – taki poryw emocji.

– Dyrektor Kruszczyński wyznał nam podczas prób, że czekał, by ktoś w końcu przełamał tę Osiecką. My czuliśmy, że idziemy trochę „po bandzie”, ale zespół sam tworzy i odpowiada za swoją jakość. Nie byliśmy też do końca pewni, na ile nasz pomysł się sprawdzi. Zaryzykowaliśmy jednak maksymalnie, m.in. w kluczowym utworze „Gaj”, mówi Daniel Moszczyński.

 

– Wiem jednak, że największym darem jest przede wszystkim możliwość pracy z genialnymi muzykami. Ci goście mogliby grać z każdym na świecie, z jazzmanami i z muzykami każdego gatunku, ale kiedyś uwierzyli we mnie. Podczas prób, na warsztatach, koncertach – gdy oni grają, to ja unoszę się 30 centymetrów nad sceną – z czułością opowiada Daniel. – Ten rodzaj energii tak mnie napędza, że wydaje mi się, że wpadam w trans i nie kontroluję tego co robię z ciałem, z głosem. To jest fala, a ja na niej serfuję, wskakuję, płynę i mam wrażenie, że wszyscy, którzy w tym uczestniczą zaczynają to czuć. Wszystko dzieje się spontaniczne i w czasie rzeczywistym, tu i teraz. Ja sam czuję, że jestem nieprzewidywalny, a muzycy? Oni są uważnymi bestiami, tylko czekają na tę wznoszącą falę, oni to po mnie poznają i już wiedzą, że coś się wydarzy. Siła improwizacji – przypuszczam że właśnie stąd bierze się ta iskra, która powoduje, że fruwamy, unosimy się natchnieni. A to jest zawsze świeże. Dajemy sobie przyzwolenie na wycieczki w nieznane rewiry, czasem nawet niebezpieczne, lubimy tak się zapuszczać i nie boimy się nowych rzeczy.

 

– A Osiecka? To przyszło samo, nie warto zatrzymywać ciągu zdarzeń, które przychodzą spoza nas. Kiedy padła propozycja koncertu z jej utworami, wiedzieliśmy, że to trudny temat. Do tej pory bazowaliśmy wyłącznie na swoim, autorskim materiale. A tu nagle propozycja – teatr, festiwal „Pamiętajmy o Osieckiej”. Czuliśmy, że stąpamy po cienkim lodzie. Albo to zrobimy naprawdę dobrze, po swojemu, albo wcale. Wcześniej w tym festiwalu brały udział prawdziwe tuzy np. Katarzyna Nosowska czy Raz Dwa Trzy, a my przecież cały czas jesteśmy na scenicznym „dorobku”. Kiedy podjęliśmy decyzję, że ryzykujemy i wchodzimy w to, sięgnąłem od razu po antologię Osieckiej z mojej półki „mistrzowie słowa”. Chwyciłem wieczorem i oderwałem się od lektury nad ranem. Chciałem, by materia słowa zgrała się z moją osobowością, to musiało być absolutnie spójne. Na początek wybrałem 40–45 utworów, a po pierwszym spotkaniu z Bartkiem Pietschem – współzałożycielem Bibobiu – zostawiliśmy 20. Następnie zjechał się prawie cały skład i dosyć szybko pojawił się najważniejszy zamysł – w którą stronę chcemy to pchnąć. Początkowe luźne szkice nabierały charakteru – wszystko szło dość szybko, ale jednocześnie bardzo naturalnie – to była czysta przyjemność. Dopieszczaniem detali, szlifowaniem oraz aranżacjami zajęli się Adam Lemańczyk i Jacek Piskorz. Poza pracą nad muzyką, ja równolegle szukałem w partiach wokalnych, sposobów na to, aby były one w jak największym stopniu moje. Wymyśliłem sobie, żeby głos Osieckiej był narratorem i zaczęło się wyciąganie wywiadów z archiwów, przekopywanie nagrań, a Osiecka udzieliła ich przez całe życie naprawdę sporo.

 

Teraz mamy plan na kontynuowanie tej drogi, swojej drogi, bez oczekiwań. W 90% mamy skończoną drugą płytę – kompozycyjnie i literacko, pozostało tylko dopieścić ją produkcyjnie. To nasze najważniejsze dziecko, mogę dla niego wszystko zaryzykować, wszystko poświęcić – to jest projekt mojego życia. Na wydziale jazzowym w Akademii Muzycznej obroniłem pracę „Jazz a Hip-Hop” i szybko zrozumiałem, że ja chcę mieć właśnie taki zespół. I taki zespół mam. Chociaż ta koncepcja już mocno ewoluowała. Razem z Bartkiem Pietschem go zakładaliśmy, przez skład przewinęły się różne osoby, ale teraz to jest bardzo spójny kolektyw. A w nim my – wolni strzelcy – sami sobie sterem.

 

Na ostatnim Męskim Graniu mieliśmy jedną z naszych największych dotychczasowych publiczności. To nas zasila. Podobnie było w Kaliningradzie, gdzie zaproszono nas na festiwal jazzowy. Znaleźliśmy się tam wśród prawdziwych gwiazd światowego formatu i mimo tego, że nasze utwory są po polsku, publiczność była coraz bliżej nas. Zresztą wygląda na to, że jeśli świat wróci do normy, pojedziemy tam w tym roku ponownie. Naszym mottem i głównym celem zarazem jest granie na żywo. W takiej sytuacji działamy na 200%, to jest nasze święto. Teraz nagle to wszystko uległo zmianie. Nasz streamowany spektakl owszem odbił się szerokim echem, ale było to coś obustronnie przedziwnego. Granie dla publiczności, której nie widać jest o tyle trudne, że wiesz, że oni są, ale ich nie czujesz i nie słyszysz, nie widzisz. Zmysły muszą być przestawione na inny tryb – tryb wyobraźni i energii, którą wykrzeszesz z siebie i którą pomożesz pobudzić w zespole. Wychodząc na scenę, powiedzieliśmy sobie: dajmy sobie maksimum siebie wzajemnie. To się nam udało – nakręciliśmy się! I gdyby nie brak braw między utworami, moglibyśmy niewyskoczyć z tego transu. To chyba było dla nas najtrudniejsze. Nie było momentu wytchnienia, odpuszczenia. Wciąż pełne skupienie, ponieważ brawa dają zazwyczaj ten moment, w którym możesz się rozluźnić i spojrzeć na wszystko trochę z boku – podsumowuje Daniel.

 

Podczas koncertu w poznańskim Teatrze Nowym Daniel, jak piorun kulisty, był wszędzie, z prawej, lewej, z tyłu i przodu, między muzykami, wśród publiczności. Chodził, wyskakiwał, zamierał, nabijał, nawijał, nasycał słowem, spojrzeniem, śmiechem, gestem. Wszystko w rytmie, nikt nie spuszczał z niego wzroku, każdy za nim podążał. Publika śledziła każdy gest, każdy bit, spijała z ust każdy znak.

]]>
Prze(o)czenie — Łukasz Gierlak https://lesma.org/przeoczenie-lukasz-gierlak/ Sat, 18 May 2019 14:00:26 +0000 http://lesma.org/?p=1012 Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem swoją twarz. Jak to możliwe, że ja to ja? Dlaczego tak wyglądam? Mam 7 lat i to jest mój pierwszy egzystencjonalny szok. Chyba nigdy nie zaprzyjaźniłem się ze swoją twarzą.

 

Zajmuje mnie przeoczenie, proces, w którym świadomie i nieświadomie nie dostrzegamy rzeczywistości wokół nas. Oko – wrażliwy instrument, przejawia swoją wolę, bo ściśle współpracuje z móz-giem. Zajmuję się tym tematem w różnych cyklach od 2011 roku.

 

Badam ludzkie twarze, oczy, spojrzenia. Przywołuję metafory widzenia i niewidzenia. Linia powieki tworzy ostrą krawędź, jakby była jednocześnie raną i ostrym narzędziem. Dlatego często mówi się, że coś „rani oczy” lub, że „przecinamy coś wzrokiem”. Instrument czynnego przeoczania kadruje to, co chce. Selekcjonujemy obrazy, manipulujemy, otaczamy się w miarę możliwości tylko tym, co przyjemne, egzystencjonalnie znośne. 

 

Oko jest symboliczne dla artysty. Moje wyraża ból widzenia, widzenia zbyt wiele. 

 

Technika, w której powstają moje prace to rysunek węglem. Węgiel jest kruchy, sypki. Przypomina delikatną naturę narządu wzroku. Węgiel drzewny wcieram w papier. Najmocniejsze czernie wydobywam przy użyciu węgla prasowanego, jasne partie wycieram gumką. Tak powstają moje rysunki. 

 

Delikatna tkanka oka może przyjąć ogromny ciężar obrazów, dlatego w ostatnim cyklu prac zestawiam, z delikatnym węglem, ciężkie metalowe pręty. Wpływam na kształt samego obrazu, który jest fizycznie rozcinany, łamany, zawsze wzdłuż linii zamkniętej powieki. Wydaje mi się, że to metafora naszego widzenia, nieustannego zmagania się z ogromną liczbą „ciężkich obrazów”, których w naturalny sposób chcemy unikać. 

 

Prze(o)czenie

 

Jako odruch obronny.

 

Łukasz Gierlak cykle

2013 Agnozja twarzy

2013 Zbliżenia

2014 Epifania twarzy

2016 Wędrówki oka

2017 Historia jednego mrugnięcia

2018 Voyeur

2018 Odwilż

2019 Prze(o)czenie

]]>
Jestem głową https://lesma.org/jestem-glowa/ Wed, 10 Oct 2018 12:34:59 +0000 http://lesma.org/?p=916 „Jestem głową. Mam wszystko w głowie. Moja praktyka artystyczna to dedukcja. Proces wygląda tak, że równolegle prowadzę kilka projektów, wątki się nakładają i zazębiają. A ja właśnie na to liczę. Zawsze wychodzę od pojęcia. Nigdy nie robię zdjęć spontanicznie. Fotografia jako taka zupełnie mnie nie interesuje, jest dla mnie wyłącznie narzędziem poznawczym. Posługuję się nią dla zbadania idei, które powstają w mojej głowie. Wierzę w nią – jest jedynym medium do rejestracji rzeczywistości.”

 

Nierzeczywistość moich prac jest rzeczywistością. 

 

Monumentalne fotografie w wielkich formatach w Sali Wystaw Centrum Kultury Zamek. Architektura tego miejsca nawiązuje do średniowiecznego zamku, choć powstawała od 1905 roku z przeznaczeniem na rezydencję dla Wilhelma II, ostatniego cesarza Niemiec. Obiekt historyczny – ale nie muzeum. Żyjąca ikona miasta, w której DNA zapisany jest cały XX wiek. Dziś to jedno z większych i najprężniej działających w Polsce Centrów Kultury.

 

Sala Wystaw, do której prowadzi węższe gardło przyciemnionego korytarza, otwiera się na ogromną białą przestrzeń. Tu można, z krótkiego dokumentalnego filmu, dowiedzieć się, jaka idea zbudowała „Rewers”, by przechodząc dalej, stanąć na wprost niej. 

 

Lekko przeskalowane w stosunku do rzeczywistości fotografie zawieszone są tuż nad podłogą. W odbiciu można niemal przymierzyć się do nich, skonfrontować. Między poszczególnymi obrazami – dystans. Inne światy, inne historie. Najważniejsza cecha wszystkich razem – wywrócenie na lewą stronę. Rewers, przenicowanie, powiększenie – dla dosłowniejszego wejścia w tę rzeczywistość. Można przeniknąć w linie cięć, ręczne szwy, niezidentyfikowane zacieki i przebarwienia, swoistą kolorystykę spodu. Mówi się, że jeśli ubranie jest dobrze dopasowane, staje się drugą skórą. Stąd skojarzenie z cielesnością. Jednak pod względem wizualnym fotografie te przypominają pracownię konstrukcji na wydziale mody, gdzie studenci tworzą swoje wariacje na temat, mając do dyspozycji szare lub białe płótno jako materiał wyjściowy do autorskich poszukiwań.

 

Nie interesuje mnie efemeryczność i ulotność zdarzeń – nie robię zdjęć bezmyślnie ani pod wpływem emocji. Nie rozumiem przyrody, obchodzi mnie tylko kultura, do której mam dostęp poprzez pojęcia. Wszystko buduję w studio, choć czasem studio jedzie do muzeum.

 

Skala fotografii Bownika współgra z wysokością galerii. Specjalnie powieszono je nisko nad podłogą – nad nimi, nad głowami, jest tak wiele przestrzeni, że zostaje miejsce na interpretację.Wielkie, jasne pomieszczenie jest tak wyabstrahowane stylistycznie, że właściwie nie nawiązuje do całego obiektu. Można w nim zapomnieć o otaczającym świecie, w najlepszym sensie tego zwrotu, i oddać się wyłącznie nowym treściom historycznych artefaktów. 

 

Chcę rozszczelnić system w kontekście dziedzictwa zamkniętego w muzeum. Ale nakłonienie do tego gestu jest bardzo skomplikowane. Kilku obiektów nie dało się ruszyć z gablotki. Jednak wierzę w sens tego projektu i negocjuję. Żmudny proces wyboru muzeum, z którego dany obiekt ma być udostępniony, wyczekiwanie na odpowiedni moment, długo budowane zaufanie i w końcu czasem coś się uchyla, powstaje możliwość. Wtedy wjeżdżam, tworzę studio na miejscu i wykonuję fotografię.

 

Poszczególne zdjęcia wyglądają jak monumenty, jednak kiedy dotrze do nas fakt wywrócenia muzealnego porządku do góry nogami, monumentalność schodzi na dalszy plan, odsłaniając jakąś prawdziwie ludzką, intymną i bliską cielesności sytuację. Przekraczanie tej umownej bariery – ochrony muzealnej – umożliwia wejście w rodzaj dialogu z wyimaginowaną postacią. Wchodzenie w zakazane rewiry osobistych, politycznych, historycznych tajemnic.

 

Wystawa „Rewers” pokazuje pewną rzeczywistość bez żadnych czytelnych zasad typu chronologia czy hierarchia w ekspozycji. Gdyby nie lapidarne podpisy przy fotografiach, można by pomyśleć: archeologia, etnografia, muzeum. Tak, to właściwie jest rodzaj archeologii, etnografii i muzeum – z nielicznymi szczegółami, opisami, datowaniem. Wystawienie na światło dzienne tego, co zwykle ukryte pod warstwą zewnętrzną. Nie ma szczegółowych opowieści przy każdej z prac. Trochę w tym prowokacji. Interpretacja pozostaje kwestią odbioru uczestnika całego zdarzenia. 

 

Trójwymiarowe sylwety – ubrania z różnych rejonów Europy na niemal neutralnym manekinie. Jak zjawy na płaskich szarych tłach, bez emocji, bez cienia osobistego gestu, żadnych zabiegów stylizacyjnych w obrazie, światło równomiernie rozłożone na sylwetkach. 

 

Fasadowość historycznego stroju została zniesiona jednym prostym ruchem wywinięcia na stronę podszewki. Bezcenne eksponaty, takie jak kurtka Józefa Piłsudskiego, naczelnego wodza Armii Polskiej, stroje duchownych, ludowe stroje śląskie, łowickie, białoruskie, sceniczna suknia romska, mundur Jadwigi Nowak-Jeziorańskiej z Powstania Warszawskiego, ubranie służącej z Wielkopolski, strój szamanki z Syberii. Wszystkie te artefakty zostały wybrane do projektu „Rewers”, by wnieść (nie-) nową treść o anonimowych postaciach, które w rozproszeniu i muzealnych magazynach już dawno utraciły moc. Teraz odzyskują ją na nowo w suchym, technicznym, muzealnym sznycie. Cały zabieg przypomina tasowanie kart, gdzie nowe ułożenie nadaje całkowicie inny kontekst, gdzie od nowa możemy rozczytać znaki i ślady.

 

Materialna rzeczywistość obrazu fotograficznego na nowo tworzy znaczenia, które zostały pominięte, przemilczane, skrzętnie ukryte, uznane za zbyt osobiste czy prywatne. 

 

To nowa, autorska konfiguracja idei muzeum, domu muz.

 

__

za zdjęciu praca Pawła Bownika Rewers 25

]]>
Ślad ruchu, zapis gestu https://lesma.org/slad-ruchu-zapis-gestu/ Wed, 10 Oct 2018 12:10:25 +0000 http://lesma.org/?p=911 Copperplate, spencerian, ligatura, skryptorium, antykwa, uncjała, kursywa, gotyk, italika, cieniowanie, perełka, majuskuła, minuskuła. To zbiór terminów związanych z kaligrafią – nazwy stylów, ale też miejsc, w których kiedyś pisano. Rozszyfrować je można w pewnej pracowni, byliśmy tam na warsztatach. 

 

Małgosia Małecka – Hello Calligraphy – zawodowo zajmuje się kaligrafią, tworzy swoje narzędzia, warzy atramenty, poszukuje papierów i innych materiałów, na których kreśli dzieła.

 

Mój charakter pisania, tworzenia kaligrafii jest mieszaniną stylów, ten zaś ciągle ewoluuje i rozwija się. Widzę ogromne zmiany na przestrzeni lat, szanuję klasykę i macham jej rączką. Piszę wszystkim, a styl w głównej mierze wynika z narzędzia. Podstawą są różnego rodzaju stalówki w obsadkach, ale piszę też grafionami, pędzlami, patykami, piórami ptaków, narzędziami bez nazwy, które sama sobie zrobiłam. W zawijasach, kleksach, świetle między literami, ale także w całej kompozycji kaligrafii przejawia się mój osobisty styl.

 

W opowieściach o kaligrafii i jej historii dotykamy motywu kaligrafii japońskiej i pada poetycki zwrot – „cztery skarby gabinetu”. Zanim ta piękna fraza zostanie wyjaśniona, już rusza wyobraźnia. Mimo że pracownia działa jak otwarte studio z witrynami wychodzącymi na ruchliwą i głośną ulicę, natychmiast można wyłączyć się z obecnego czasu. Już widzimy, co przygotowano do odbycia pierwszej lekcji: jest teczka z wzorami ćwiczeń i kartonik z obsadką, piórkami i atramentem, a także ryzy papieru do naszych nieporadnych prób.

 

Pierwsze ćwiczenia to niemal walka z narzędziami: nierówne linie, porwany papier, poplamiona bibuła. Jak w wielu artystycznych przedsięwzięciach, także i te zasadzają się na godzinach powtarzalnych czynności, gdzie bez końca można i należy studiować kąty nachylenia kresek na linii, zawijasy, łuki i laseczki, aby z czasem uwolnić rękę i dotrzeć do bogatych floratur.

 

W trakcie naszych pierwszych nieśmiałych, rozgrzewkowych ćwiczeń snują się opowieści, padają pytania. Głowy pochylają się w skupieniu, ciszy jeszcze nie ma, ale czujemy to coraz bardziej wciągające uczucie. Koncentrujemy się na stalówce. Atrament jeszcze nie płynie, linia się urywa, trudno to kontrolować, a na dodatek trzeba myśleć o nacisku, delikatnie go regulować, by wypisać jednym ciągiem znak, pogrubiony w odpowiednich miejscach, według zasad.

 

Ruch w kaligrafii wynika z języka, którym się posługujemy. Z angielskim nie ma żadnego problemu, ale nawet w naszym języku są słowa i litery, które układają się w piękne ciągi i takie, którym brak płynności. Spędza mi to sen z powiek. Oprócz kompozycji i pięknych detali, ważna jest jeszcze czytelność i gramatyka. Widzę, że im więcej czasu temu poświęcam, tym większy horyzont mi się otwiera, tym więcej wiedzy do zgłębienia.

 

Tradycyjni kaligrafowie zaczynają od klasyki, dosłownie od żmudnych ćwiczeń przy „świeczce i mieszaniu inkaustu”. Można sobie wyobrazić klimat skryptorium, w którym przepisywano księgi. Wspomniane wcześniej „cztery skarby gabinetu” to w dawnych Chinach, a później Japonii, podstawowe wyposażenie każdego uczonego, urzędnika, artysty i literata, do pisania znaków. Należą do nich papier, pędzel, kamień do ucierania tuszu z wodą i tusz w sztabce. W gabinecie – pracowni Małgosi są setki skarbów. Oprócz wszystkich widocznych przedmiotów związanych z pisaniem: pęków pędzli, tajemniczych buteleczek z atramentami (np. z orzecha włoskiego), jest mnóstwo roślin, pięknych naczyń, prac innych artystów, inspirujących przedmiotów oraz mała kolekcja bibularzy, czyli suszek do osuszania świeżo spisanego tekstu. Wszystko tu coś mówi. To miejsce aż się prosi, by zostać w nim na noc i jak w filmie „Noc w muzeum” spokojnie pozaglądać we wszystkie zakamarki i małe szufladki, napatrzeć się na zbiory ołówków, pomieszać złoty atrament, usłyszeć szelest przekładanych stalówek, poszukując najbardziej złotej, zrobić jakiś malowniczy kleks wprost na wielkim arkuszu bibuły.

 

Ostatnio coraz bardziej lubię prace, które nazywam brudnymi, z widoczną zamaszystością gestu, z emocją. Wiem, że nie zawsze jest to czytelne, ale w tej chwili zajmuje mnie bardziej litera jako forma, a nie treść. Charakter pisma jest tak unikalny i indywidualny jak linie papilarne. Mimo wielu godzin pracy nad poznaniem poszczególnych stylów, nasz niepowtarzalny rys pozostaje ukryty w szczegółach. A mój styl cały czas ewoluuje dzięki narzędziom, których nieustannie poszukuję.

]]>
Dagadana https://lesma.org/dagadana/ Sun, 24 Jun 2018 17:24:41 +0000 http://lesma.org/?p=879 Grajo gracyki, skaco koniki

Oj wyrzondzaj sia nadobna Marysiu

rozmyślaj sia oj wyrzondzaj sia

nadobna Marysiu

 

Siadajcie! Czego się napijecie? Kawy, herbaty? Chińskie specjały właśnie się kończą, więc jutrzejsza podróż do Qingdao w prowincji Szantung jest bardzo w punkt. W ogóle uważam, że aby docenić to, co się ma, trzeba ruszyć dalej w świat. 

 

— Poprosimy o herbatę (a na tę chińską z chęcią zawitamy u Ciebie raz jeszcze). Wasz polsko-ukraiński skład w świat rusza całkiem często i to ku dosyć nieoczekiwanym stronom.

To prawda. Występowaliśmy na pustyni, w kopalni, w slumsach Rio de Janeiro, w chińskich wioskach, wśród Beduinów i kóz. Były też prestiżowe festiwale i sale koncertowe w 21 krajach – granice nie mają dla nas znaczenia, zdecydowanie bardziej wolimy budować mosty. Nasza muzyka nie ma z modą i trendami za wiele wspólnego. Jest raczej rodzajem przebudzania świadomości, którym nie rządzi żaden biznesplan. Nie ma tu niczego sztucznego, wszystko przychodzi naturalnie: folk, tradycyjne zaśpiewy, jazz, poezja, elektronika. W różnych tradycjach muzycznych znajdujemy zaskakujące podobieństwa, ale też interesujące różnice, które sprawiają, że każda kultura jest wyjątkowa.

 

Nie będę się kłopotała

Wysokiego będę miała

Wysokiego niczym sosna

A ja będę przy nim rosła

 

— Na początku stanowiliście trio, ale wiemy, że wszystko tak naprawdę zaczęło się od Ciebie i Dany.

Nasz kłębek DagaDana zaczął się snuć nietypowo. Studiowałam sobie w najlepsze geoinfromatykę i, chociaż nie miałam wykształcenia muzycznego, to muzyka była mi bardzo bliska. Organizowałam wiele koncertów dla różnych niszowych muzyków. Któregoś lata spędzałam wakacje nad naszym morzem, w małej miejscowości Chłopy. Był tam klub karaoke, kompletna nuda i nic do roboty. Uznałam, dla hecy, że jeśli już śpiewać karaoke, to najlepiej takie najgorsze zło i wykonałam „Mydełko Fa”. Tę nietypową imprezę prowadził Wacław Węgrzyn z zespołu The Ślub. Po moim oryginalnym wykonaniu zaproponował duet i zaśpiewaliśmy „Sweet Dreams” Eurythmics. Okazało się, że nasze głosy współbrzmią idealnie. Od następnego dnia codziennie po parę godzin muzykowaliśmy razem. Po tej nitce zaczęłam poznawać kolejnych muzyków, aż trafiłam na pierwsze w życiu warsztaty muzyczne w Krakowie, na których jedną z prowadzących była Lora Szafran. Każdy z uczestników musiał wykonać przed nią i wszystkimi zebranymi jeden standard jazzowy. To było dla mnie spore przeżycie, bo wcześniej nie śpiewałam utworów z tego gatunku. Po moim dość krępującym występie podeszła do mnie Dana, która również brała udział w warsztatach, łamaną polszczyzną wychwaliła i poprosiła, żebym nie zmarnowała swojego talentu. Te słowa w tamtym momencie były mi bardzo potrzebne i dały wiatru w skrzydła. Wymieniłyśmy się kontaktami i nasze drogi na pewien czas się rozeszły. Przy kolejnym spotkaniu z Daną zaproponowałam, żebyśmy zrobiły coś wspólnie. Tak się zaczęło, a dziś obchodzimy już dziesięciolecie naszego zespołu. Dołączyli do nas Mikołaj Pospieszalski (kontrabas, gitara basowa, skrzypce) oraz po kilku latach Bartek Mikołaj Nazaruk na perkusji. Ja odpowiadam za wokal i elektronikę, Dana Vynnytska za wokal oraz instrumenty klawiszowe.

 

Nie będę się kłopotała

Wysokiego będę miała

Wysokiego niczym dumbek

A ja przy nim jak gołumbek

 

— Z cytatów z ludowych przyśpiewek moglibyśmy całą rozmowę zbudować, tylko teksty folk już nie tak znane, a szkoda, bo wszystkie mądrości w nich można usłyszeć. „Wszystkie mają po chłopoku” to utwór, który znalazł się na płycie „Dlaczego nie” nominowanej do Fryderyka 2012 w kategorii Album Roku Folk/Muzyka Świata. Ale Wasze sukcesy płytowe zaczęły się właściwie już od debiutanckiego krążka.

Wydaliśmy dotychczas cztery płyty – pierwszą pt. „Maleńka” w 2010 roku. Dostaliśmy za nią Fryderyka i od tego momentu ruszyły nasze podróże. Jedną z pierwszych odbyliśmy do Maroka, gdzie poznaliśmy wspaniałego muzyka Hmada Ait Ibrahima, z którym razem występowaliśmy i finalnie nagraliśmy wspomnianą przez Ciebie płytę „Dlaczego nie”. Trzecie wydawnictwo to „List do Ciebie”, powstałe w oparciu o wiersze Janusza Różewicza, najstarszego z braci Różewiczów, o którym niestety mało kto słyszał. Kiedy dostałam tę poezję do rąk, zapadłam się w fotel i spędziłam cztery godziny na czytaniu. Wspólnie z zespołem zaaranżowaliśmy trzy teksty i pod wpływem niesamowicie pozytywnego odbioru publiczności postanowiliśmy wydać cały krążek. Wiersze okazały się bardzo aktualne i współczesne. Historie w nich zawarte działy się 70 lat temu, ale opowiadają o uniwersalnych wartościach, z którymi każdy może się identyfikować. Na koncertach prosiliśmy publiczność o napisanie prawdziwych listów, Poczta Polska udostępniła do tego celu oryginalną starą skrzynkę pocztową, do której trafiały nowe historie naszych słuchaczy.

 

— Wasza ostatnia płyta „Meridian 68” jest niezwykle zróżnicowana. Można na niej usłyszeć tradycyjne piosenki z różnych regionów Polski, ludowe pieśni ukraińskie i łemkowskie oraz jeden utwór w języku chińskim. A wszystko to w absolutnie niecodziennych, bardzo współczesnych, aranżacjach. Niezwykły klimat całej kompozycji nadają też dalekowschodnie brzmienia i charakterystyczny gardłowy śpiew alikwotowy. Czy za tym wydawnictwem również kryje się jakieś niecodzienne spotkanie?

A jakżeby inaczej. W 2012 roku, na zaproszenie Ambasady Polskiej, znaleźliśmy się w Pekinie. Mieliśmy zaplanowany tylko jeden występ, ale uznałam, że skoro przelecieliśmy tyle kilometrów, to szkoda nie pograć więcej. Poprosiłam więc naszego attaché kulturalnego – zresztą sinologa z Poznania – o kontakty z mediami i klubami oraz zapoznanie z lokalnymi muzykami. W ten sposób doszło do spotkania z dwoma artystami – wybitnym chińskim wiolonczelistą Aiys Songiem i Hassibagenem, pochodzącym z Mongolii, który oprócz wokalu wniósł brzmienie instrumentu o nazwie morin khuur. Po wspólnym występie słuchacze pytali, gdzie mogą nabyć płytę z usłyszanymi utworami. To pytanie zabraliśmy do Polski i po powrocie pracowało ono w naszych głowach. Musieliśmy więc po prostu nagrać ten album. Na płycie dodatkowo wystąpił z nami Frank Parker Junior, świetny muzyk z Chicago, oraz Marcin, Szczepan i Lidia Pospieszalscy. Nasza polsko-ukraińsko-chińska płyta powstawała w dość niecodziennych okolicznościach. Nagrywaliśmy w Pekinie i Częstochowie. Musieliśmy się mierzyć z przeróżnymi komplikacjami technicznymi, przedziwnymi kontuzjami i trudnościami komunikacyjnymi. Szczęśliwie, dzięki wsparciu wielu instytucji i naszej determinacji, dotarliśmy do celu.

 

— Dziesięć lat istnienia zespołu to już pokaźna liczba. Czy poza muzyką spaja Was coś jeszcze? 

Cementem naszej drużyny i jej najważniejszym spoiwem jest przyjaźń.Ten zespół właściwie przerodził się już w rodzinę, Dana stała się moją siostrą, ja jestem matką chrzestną jej córeczki, a chłopcy są dla nas jak bracia. Dana mieszka we Wrocławiu, ja krążę między Poznaniem i Warszawą, Mikołaj jest na stałe w Krakowie i Częstochowie, a Bartek w Warszawie, choć pochodzi z Sejn. Taki kalejdoskop. Po tych dziesięciu latach wiemy już, że chcemy dalej ze sobą dojrzewać i razem się zestarzeć. Myślimy podobnie, mamy długodystansowy plan – wspólnie grać do emerytury. Esencja naszej twórczości zawarta została w dokumencie „DagaDana – świat bez granic”, powstałym podczas naszej podróży do Chin, Malezji, Indonezji i Singapuru. Film zrealizował Paweł Zabel, a jego premiera odbędzie się niebawem.

 

Wyleć ptaszku z tego gniazdka, 

Na którym siadasz

I powiedz mi nowiniejkę

Co o mnie gada?

 

— Nakręcono o Was film dokumentalny, koncertujecie na całym świecie, nagraliście płyty, które zdobyły uznanie krytyków i publiczności. Co jeszcze chcielibyście osiągnąć?

Nie czekamy na żaden spektakularny sukces. Mamy przekonanie, że już go osiągnęliśmy, bo możemy robić to, co kochamy. Jutro lecimy na kilka koncertów do Chin – ja z domu na lotnisko mam siedem minut piechotą, z czego korzystam dość często. Bardzo mnie cieszy ten tryb życia i fakt, że mam możliwość odnajdywania prawdziwej muzyki – w sobie i dookoła. Podróże są dla nas bardzo ważne, bo przy tym rodzaju muzyki, który my wykonujemy, trzeba wiedzieć, skąd dany utwór pochodzi. A do tego niezbędne jest spotkanie z ludźmi, którzy są żywym przykładem tego, jakie są nasze korzenie. Dlatego regularnie jeżdżę np. do pani Ani Chudy na Biskupiznę, uczyć się od niej pieśni. Dobre śpiewaczki znają ich setki i mogą je wysypywać jak z rękawa, właściwie dla danej sytuacji. Wielu przyśpiewek nauczyłam się od babci śpiewającej wieczorami w kuchni różne wielkopolskie nuty. W ogóle uważam, że to wielki przywilej, że jestem stąd – z Poznania. Przyjaciele, którzy mnie odwiedzają, dziwią się, ilu tu fajnych i ciekawych ludzi. To chyba taki mój osobisty sukces, że odnalazłam życiowe powołanie – bycie muzykantem z poznańskiej Ławicy i zamiast geoinformatyki, uprawianie geografii muzycznej.

 

Nadjechał ci jo Jasianiek młody

Pódźze dziewcyno w lepse jegody

Na cóz mnie lepsych jegodów sukać

Kedy ja ji tech ni mom w co wsypać

Za górkę zasła w roncańki klasła

Jeseć ja w lepse jegody zasła.

 

— Na zakończenie rozmowy, po otrzymaniu płyty„List do Ciebie”, obiecuję, na prośbę Dagi, wysłać list do przyjaciela. Trudna rzecz, mam adresy i trochę zapomnianych adresatów. Często ciepło o nich myślę, a jednak kontakt utknął gdzieś w przestrzeni. Dzięki tej rozmowie dostałam motyw do osobistych podróży i wycieczek. Dziękuję.

 

dagadana.pl

]]>
Gęsty gest https://lesma.org/gesty-gest/ Fri, 22 Jun 2018 18:58:08 +0000 http://lesma.org/?p=835 Artysta znany jako Iamsomeart to jeden człowiek, nie grupa artystów. Przy użyciu swojej pracochłonnej rysunkowej techniki, przypominającej nieco stare ryciny, z anatomicznym zacięciem i dużą dbałością o ukazanie różnic w fizjonomii, umieszcza w cyklu pod nazwą friendly faces tzw. główki z komiksową chmurką dialogu. Choć wszyscy przedstawieni różnią się między sobą dość znacznie, wyrażają zawsze jedno hasło „I am some art”, które jest także pseudonimem artysty. Niezależnie od zewnętrznych cech wyglądu, koloru skóry, profesji, stylu życia czy wyrażanych emocji, każdy jest sztuką, więc potencjalnie każdy może też stać się obiektem sztuki. Chmurka i kreska artysty są jego sygnaturą.

 

Stworzył swoją drużynę kumpli, czarno-białe rysunki bez półtonów przedstawiają realne postacie z życia. Nie można się do tej drużyny dostać, autor sam wybiera swoich modeli. Cykl friendly faces realizowany był w pięciu seriach, po 5, 15, 6 i 12 główek. 

 

Ludzie szukają w wielu miastach świata jego prac, powstała z tego nieformalna gra miejska. Przestrzeń miejska stała się galerią tworzoną przez artystę. W idealnym planie zrobiłby już z powstałych prac wystawę i album, bo lubi swoje cykle zamykać i kończyć, aby uwolnić głowę i stworzyć przestrzeń dla nowych tematów. Zapewne w niedalekiej przyszłości będziemy mogli zobaczyć taką wystawę w nowo powstającej galerii z prawdziwego zdarzenia. Tak się właśnie dzieje, że artyści street artu swoje galerie tworzą sami. W pewnym momencie przenoszą się z ulic do wnętrz i tak street art trafia pod strzechy, udomawia się i już całkiem legalnie (może nawet oprawiony w ramy), zyskuje nowy status.

 

Prace drukowane są w miarę potrzeb w różnych formatach. Możemy spotkać vlakat, czyli plakat artystyczny – format metr na metr pozwala na odważniejszą obecność w przestrzeni. Do tego autor tworzy i rozprzestrzenia vlepki – małe naklejki z główkami. Można je spotkać w wielu miejscach, są trochę jak porozumiewawczy stempel „tu byłem”. Od razu wiadomo, że nasze drogi – artysty i nas, odbiorców, krzyżują się i splatają. Ci, którzy zwrócą uwagę, natychmiast dołączają do klubu i, jak kolekcjonerzy, wyłapują wzrokiem charakterystyczną kreskę i kształt tej aktywności.

 

Oprócz cyklu główek Iamsomeart tworzy serie zwierząt, domów, roślin – tu najważniejszą treścią jest zanikanie świata, rozpad, anihilacja. I choć klimat tych prac jest złowieszczy, to wycyzelowana technika wykonania wskazuje na czułe i uważne oko. W kontakcie z nimi czujemy bardziej troskę o naszą egzystencję niż straszenie końcem świata. Czarno-białe, gęste od gestu i znaczeń grafiki, a także malarstwo z elementem złotego diamentu, symbolizującego portal. Przenosi on obraz? A może nas, do innego wymiaru? 

 

iamsomeart

]]>
Miasto w ruch https://lesma.org/miasto-w-ruch/ Wed, 25 Apr 2018 14:24:11 +0000 http://lesma.org/?p=813 „Patrzcie Państwo, tu jest mnóstwo ludzi, oni dziś przebywają tutaj na specjalnych warunkach, ale jeśli by tę sytuację ucywilizować, nadać cechy, których ludzie potrzebują do przyjemnego spędzania czasu, mogliby korzystać z tego miejsca na co dzień.” Dzięki pomysłowości, zaangażowaniu i wytrwałości Franka Sterczewskiego mamy w Poznaniu coraz więcej okazji do bycia razem.

 

— Pamiętasz swoją pierwszą miejską inicjatywę?

Początek był mniej więcej taki: studiowałem architekturę i po prostu interesowało mnie miasto. Dużo czytałem, chodziłem, „korzystałem z miasta” jako stały gość przeróżnych kawiarni i barów, pracowałem też w kilku knajpach – najpierw w Pracowni (działającej przy Woźnej w latach 2009-2017), potem w Meskalu czy Kisielicach. Krótko mówiąc, żyłem w mieście. Miasto stało się dla mnie takim „dużym pokojem”. Czuję się w nim naturalnie, jak w domu. To dla mnie zresztą definicja miasta – jeśli możemy się w nim czuć jak u siebie, to znaczy, że miasto działa i spełnia swoje funkcje. Zaczęło mnie interesować, które miejsca nadawałyby się do tego, żeby je lekko urozmaicić – tu przesunąć, tam przestawić – tak, żeby naprawdę móc się z nimi utożsamić. Na studiach dużo projektowałem, nad niektórymi pomysłami siedziałem po kilka miesięcy, ale większość z nich trafiała niestety do szuflady. Mnie natomiast interesowało wywoływanie efektu i pewnego rodzaju sprawczość. Zacząłem się zastanawiać, co mógłbym zdziałać teraz – bez uprawnień budowlanych, z tym, co mam pod ręką. Moją najmocniejszą stroną zawsze było liczne grono przyjaciół, którzy mnie do dziś wspierają i uskrzydlają. I tak, w 2010 roku, wieczorem, przy winie, dyskutowaliśmy o przeróżnych pomysłach, np. o jakimś rodzaju chodzonej kawiarni, trochę jak w kabarecie. Śmialiśmy się z tej nieco absurdalnej wizji, ale mnie ten pomysł na performance w mieście utkwił w głowie. Pomyślałem o jednej z większych niewykorzystanych powierzchni w Poznaniu – Placu Wolności. Wówczas niewiele się tam działo, nie było żadnego festiwalu ani tej rozrzeźbionej fontanny, brakowało ławek. Skrzyknąłem więc swoich przyjaciół na Facebooku. Każdy wziął to, co miał pod ręką: stolik, koszyk piknikowy, dywanik. I udomowiliśmy tę przestrzeń.

 

— „Skrzyknąłem przyjaciół na Fb” brzmi bardzo skromnie, jak gdyby nigdy nic, a przecież na to pierwsze organizowane przez Ciebie wydarzenie przyszło aż 300 osób.

Rzeczywiście wyszło to dobrze – była super energia i świetna atmosfera. Nawet policja nas odwiedziła, bo nie przyszło nam do głowy, żeby gdzieś zgłaszać to wydarzenie. Radiowóz z piskiem opon zatrzymał się tuż obok nas i wyskoczyła z niego, zupełnie jak w jakimś filmie kryminalnym, pani porucznik w długim płaszczu policyjnym. Od razu padły pytania: „Co to za zbiegowisko, przeciwko czemu protestujecie?”. Odpowiedzieliśmy, że ludzie przyszli, bo dowiedzieli się z Facebooka i mają pokojowe nastawienie. To dosyć zabawne, że dla policji zaskoczeniem okazał się fakt, że ktoś zechciał skorzystać z placu zgodnie z jego przeznaczeniem. Tę akcję powtórzyliśmy jeszcze dwa razy. Bardzo mnie ona uskrzydliła i pokazała, że nie trzeba mieć papierów i dyplomów, żeby coś zdziałać; że jako student architektury mogę spowodować jakąś dyskusję o ważnym dla wszystkich miejscu. Cały czas próbuję rozwijać ten sposób myślenia o mieście.

 

— Który element działań w przestrzeni miejskiej jest dla Ciebie najważniejszy? Wspomniana już przez Ciebie sprawczość, angażowanie i jednoczenie ludzi czy może jeszcze coś innego?

Najbardziej cieszę się z tego, że wszystkie te akcje są wielowymiarowe. Zawierają humanistyczny komentarz do bieżącego stanu przestrzeni, poruszają do działania ludzi z bardzo różnych bajek, środowisk i opcji politycznych. Wszyscy siadają razem na kocyku i dyskutują o tym, co się dzieje w mieście. Dziś, przy tak dużym podziale społecznym, tego typu akcje są tym bardziej potrzebne, żeby przełamywać bariery i dawać pretekst do rozmowy.

 

— Dzięki Twojej pomysłowości (i poczuciu humoru) Poznaniacy od 2011 roku mają szansę przyspieszyć nadejście upragnionej wiosny, uczestnicząc w Pogrzebie Zimy. Czy to i inne zdarzenia obmyślasz sam, w jakiejś tajnej pracowni miejskich atra-kcji, i ubierasz w plan doskonały, czy może jesteś zapraszany przez różnego rodzaju instytucje, aby w ich imieniu zorganizować ludzi?

Marzyłbym o takiej pracowni! Niestety, póki co mieści się ona w moim plecaku. Zdarza się że wymyślam coś sam, czasem z kimś albo działam na czyjąś prośbę bądź zlecenie. W każdym razie najlepiej czuję się w działaniach zespołowych.

 

W przypadku Pogrzebu Zimy, który pierwotnie był pomysłem zespołu Tsigunz Fanfara Avantura zostałem zaproszony, by rozwinąć formułę do szerszego formatu, więc z roku na rok ta kolorowa parada robi się coraz większa. 

 

Innym razem Piotr Libicki, Dorota i Marcin Kubiakowie z Winiarni „Pod Czarnym Ko-tem” zaprosili mnie, by reaktywować Kino Grunwald w wersji plenerowej. I tak, od sześciu lat w miesiącach letnich, przed winiarnią, wystawimy ekran i wyświetlamy filmy. W tym roku będą to dokumenty o tematyce miejskiej, które programujemy z festiwalem MIASTOmovie.

 

Jeszcze inna historia dotyczy akcji „Pstryk”. Razem z Kubą Woźnym długo zastanawialiśmy się, wokół czego ludzie gromadzą się zimą. Przyszedł nam do głowy koksownik. Tak nad nim rozmyślaliśmy, że zrobiła się wiosna. Skoro więc ciepło nie było już na pierwszym planie, to postawiliśmy na światło. Ostateczny pomysł zrodził się po obejrzeniu Talking Heads grających „This must be the place”, gdzie najważniejszym elementem scenografii były zwykłe lampy domowe, które zupełnie wystarczyły, żeby zbudować przestrzeń. Zdecydowaliśmy się więc na akcję nocną. Jeździliśmy rowerami po mieście w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca i ostatecznie padło na stare koryto Warty. Na trawniku, a raczej na klepisku, w towarzystwie niemałych chaszczy, dostrzegliśmy potencjał świetnego parku. Wsparcia udzieliły nam zaprzyjaźnione instytucje, czyli UAP, Teatr Ósmego Dnia i Kontener Art. Zaprosiliśmy Poznaniaków do przyjścia z lampami: stojącymi, wiszącymi, choinkowymi – każdymi. Wyszedł nam nocny piknik, na którego kolejną edycję dostaliśmy już dofinansowanie z Urzędu Miasta. Będziemy się starali powtórzyć „Pstryk” również w tym roku.

 

— Interesuje Cię przede wszystkim samo zdarzenie; niekoniecznie zbudowanie konkretnego, fizycznego miejsca?

Zależy mi głównie na naświetleniu problemu lub pokazaniu potencjału danego miejsca. Kiedy organizujemy z przyjaciółmi jakąś akcję, chcemy powiedzieć: „Patrzcie Państwo, tu jest mnóstwo ludzi, oni dziś przebywają tutaj na specjalnych warunkach, ale jeśli by tę sytuację ucywilizować, nadać cechy, których ludzie potrzebują do przyjemnego spędzania czasu, mogliby korzystać z tego miejsca na co dzień”. Zastanawiamy się, co by było gdyby, sprawdzamy i mówimy ok – zróbcie tu park, festiwal czy inną dobrą rzecz. Prototypujemy przestrzeń.

 

— Żyjemy w takiej szerokości geograficznej, że przez kilka jesiennych i zimowych miesięcy ochota na wyjście z domowych zakamarków jest nikła. Co wtedy z miejskim życiem?

Tak jak Norwegowie, wychodzę z założenia, że nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiedni strój. Poza tym dobra pogoda to nie tylko aura i temperatura, to raczej stan ducha i sposób myślenia. Chcę zachęcać Poznaniaków do korzystania z przestrzeni publicznych, bez względu na porę roku. Ludzie potrzebują wzajemnego towarzystwa, spotkania, rozmowy i idącej za nią otuchy. Oczywiście pogoda jest nieraz kluczowym czynnikiem decydującym o frekwencji, ale szczęśliwe mam jakiś dobry układ z „górą” i podczas moich akcji – odpukać – nigdy nie pada.

 

— Skoro mowa o „górze” – organizacja tego typu przedsięwzięć wymaga zapewne wielu zgód i pozwoleń z odpowiednich departamentów i wydziałów.

Początkowo wszystko odbywało się „po partyzancku”, ale kiedy na wydarzenia na Fb zaczęło się zapisywać po kilka tysięcy osób, postanowiłem organizować każdą akcję zgodnie z literą prawa. Nie jest to wcale takie skomplikowane. Po kilku latach planowania przeróżnych eventów poznałem większość urzędników odpowiedzialnych za ten obszar miejskiego życia. Wiedzą, że mogą na mnie polegać i że raczej nie wypalę z żadną zadymą.

 

— Jeśli nie kwestie urzędowe, to co jest dla Ciebie największym wyzwaniem?

Myślę, że to te codzienne tematy są najważniejsze, czyli co zrobić, żeby moje akcje były coraz lepsze, mądrzejsze, głębsze, zapamiętywalne jako świetny dzień w mieście, może nawet najfajniejszy w roku. Dla mnie każda akcja to pewnego rodzaju święto.

 

— W ostatnich latach odbiór Poznania przez mieszkańców innych polskich miast bardzo się zmienił. Nie jesteśmy już postrzegani jako konserwatywne i stateczne miejsce, w którym tylko biznes, targi i nic poza tym. Coraz częściej mówi się, że jesteśmy bardzo otwartą i żywą społecznością – że tu się dzieje. Z pewnością niemały udział w budowaniu takiego wizerunku Poznania miały Twoje inicjatywy.

Uważam, że klimat w Poznaniu jest naprawdę świetny, ale nie mnie oceniać, na ile to moja zasługa. Miasto jest jak orkiestra – każdy gra swoją partię. W tym momencie w Poznaniu, biorąc pod uwagę stronę społeczną, czyli mieszkańców z ich inicjatywami, artystów z takimi miejscami jak Pix.haus, knajpiarzy, którzy otwierają nowe miejsca i robią koncerty, wszystko wspólnie rezonuje, dając efekt pozytywnego wizerunku miasta pełnego życia. Mnie to bardzo cieszy. Lubię, kiedy coś jest zaskoczeniem. Poznań rzeczywiście ma łatkę porządnego i konserwatywnego, a pokazujemy, że potrafimy się cieszyć, jeść rogale i wspólnie świętować, zamiast liczyć, kto ile spalił radiowozów czy siłować się z jakąś kontrmanifestacją. Moim zdaniem w ten sposób pokazujemy, że jesteśmy lokalnie patriotycznym miastem. Jesteśmy społecznością, wspólnotą, mamy te małe, codzienne rzeczy, które nas łączą. Uważam, że nie powinniśmy się dzielić na prawaków, lewaków, wysokich czy niskich, bo łączą nas wspólne wartości, takie jak choćby samo miasto i jego przestrzeń czy powietrze które powinno być czyste od smogu.

 

— Wracając do metafory, której użyłeś na początku rozmowy – w każdym domu bywa niełatwo, a jego mieszkańców często wiele dzieli. W większości przypadków szukamy jednak porozumienia i nie stawiamy dodatkowych ścian. Sam fakt, że żyjemy w jednej przestrzeni jest wystarczająco dobrym powodem, żeby ze sobą rozmawiać.

Dokładnie. Jeśli porównać nasze społeczeństwo do rodziny, to jasne, że mamy trudne rodzeństwo, czasem nie chcemy rozmawiać na ciężkie tematy z ciocią, wujkiem czy mamą. Ale uważam, że trzeba próbować. Jestem pewien, że wciąż więcej nas łączy niż dzieli. A chcąc przezwyciężać istniejące podziały, trzeba mieć odwagę, żeby rozmawiać. Dziś wiele rodzin jest patchworkowych, nasze społeczeństwo również. To jest wielkie wyzwanie na kolejne lata – jak z powrotem nauczyć się rozmawiać na trudne tematy i szukać punktów stycznych. Inaczej będziemy na siebie obrażeni, sfrustrowani i w rezultacie po prostu nieszczęśliwi. Trzeba szukać okazji do spotkań i budowania relacji.

 

— Czy istnieje coś takiego, jak optymalny plan miasta? Optymalne parametry i określona geometria?

Myślę, że tak jak w XIX wieku, tworząc nowoczesne miasta, takie jak Paryż, myślano linijką i odgórnym planem technicznym, tak dziś trzeba myśleć bardziej organicznie. Miasto musi dobrze wyglądać z perspektywy pieszego, z punktu widzenia krawężnika, a nie z lotu ptaka. Najświeższym wyzwaniem dla Poznania pod tym kątem są Wolne Tory pomiędzy ul. Matyi a Hetmańską. To jest szansa na nową dzielnicę, a sukces znowu będzie zależał od ponadpolitycznego porozumienia urzędników decydujących o dalszych losach tej inwestycji.

 

W Kopenhadze istnieje miejsce zwane Superkilen – jest wielkie, piękne, pełne ludzi, choć ulokowane między trudnymi osiedlami imigranckimi. To przestrzeń, której nikt się nie spodziewał. W Polsce w najbliższym czasie pewnie nie będziemy mieli takich wyzwań jak w zachodniej Europie, jeśli chodzi o imigrantów, ale już teraz mieszka u nas wielu Ukraińców, którzy czują się Poznaniakami. Wyzwaniem dla każdego, kto tworzy przestrzeń publiczną, czy to jest plac, kawiarnia czy biblioteka, jest sprawienie, aby te miejsca były trochę jak kopenhaskie Superkilen. Żeby np. Ukraińcy pracujący w Poznaniu, studiujący, uczący się polskiego, czuli się tu jak u siebie. W ten sposób powinniśmy podchodzić do wszystkich „nowych”. Nie chcę używać słowa „obcy”, bo to oznacza nieznajomy, a jeśli ktoś już tu żyje i stara się wnieść również coś od siebie, to zasługuje, aby nazwać go nowym członkiem rodziny. Chciałbym, żeby taka otwartość panowała w Poznaniu. A nowych obywateli potrzebujemy jak tlenu – wystarczy przejść się dowolną ulicą w centrum, żeby na drzwiach co drugiej knajpki zobaczyć kartkę z napisem „zatrudnię”.

 

– Jaką rolę w przyszłości chciałbyś pełnić w całym tym miejskim zamieszaniu?

Mówiąc szczerze, nie wiem. Na pewno chciałbym być sprawczy, chciałbym dokonywać zmian, poprawiać i wskazywać kierunki. Ale czy to będzie możliwe w pracy architektonicznej, czy może jako radny, a może w jakiejś dalekiej perspektywie, jako prezydent Poznania, albo nawet jako ktoś, kto prowadzi knajpę – każda z tych dróg do celu będzie dobra. Na którąkolwiek opcję zdecyduję się w kolejnych latach, na pewno wybiorę tę, która pozwoli mi najwięcej się nauczyć. Teraz skupiam się na codzienności. Rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, że wydarzy się to wszystko, co miało miejsce, że Łańcuchy Światła zgromadzą tysiące Poznaniaków, że wytworzy się tak niezwykła atmosfera i poczucie jedności – na pewno bym nie uwierzył. 2017 był bez wątpienia najbardziej niesamowitym rokiem w moim życiu i całkowicie przerósł moje oczekiwania. Chyba sam potrzebuję jeszcze czasu, żeby to wszystko przemyśleć, zrozumieć i wyciągnąć wnioski.

]]>
Alicja Biała https://lesma.org/alicja-biala/ Wed, 25 Apr 2018 13:55:14 +0000 http://lesma.org/?p=809 Kwestionariusz twórczego zachowania.

 

1. Twórca

Ja, Biała, dzień dobry. Postać fikcyjna, internetowa. Czasami ujawniam się w życiu rzeczywistym. Obecnie studiuję sztuki wizualne na The Royal College of Art w Londynie. Pisać mogłabym długo i w kilku kierunkach, co robię i czego nie robię, absolutnie. Zainteresowanych odsyłam więc w odmęty internetów. Alicja Biała, Biała Alicja. Tam jest wszystko, z czego jestem dumna i czego się wstydzę.

 

2. Dzieło

Trochę mi się tego już urodziło. Z moich, naszych, najbardziej ukochanych – to obecnie „POLSKA (wiązanka pieśni patriotycznych)”. Jest to autorski wybór wierszy Marcina Świetlickiego, który powstał z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Zobrazowania Ojczyzny podjęłam się z narażeniem reputacji, tudzież życia, ja. Wydał to cudo Jarosław Borowiec, człowiek mądry i odważny. Nota bene – kto nie zna jego Wydawnictwa Wolno – proszę natychmiast się zapoznać, bo niespotykanie ładne rzeczy robi. 

Moje prace o Polsce to cykl kilkudziesięciu prac wykonanych w technice fotomontażu, złożonych z symboli, motywów i emblematów budujących zbiorową tożsamość Polaków. 

Obecnie w Poznaniu, w Galerii Ego, można oglądać tę serię, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i innych miast. Kto nie widział, zapraszam. 

Na wystawie zaprezentowaliśmy zarówno prace reprodukowane w ksią-żce, jak i te, które do niej nie trafiły. 

Są więc niespodzianki. Proszę obejrzeć sobie tę pozycję, zobaczyć wystawę, poczytać, pomyśleć. Polska tego potrzebuje.

 

3. Cel

Nic znów takiego. Głównie bogactwo, harem i życie wieczne. (W sensie nieśmiertelność w bibliotece, a nie jakieś tam zielone pastwiska, oczywiście.)

 

4. Piękno

Starsze sexy panie z siwymi włosami.

 

5. Radość

E, przereklamowana. 

 

6. Rytm

Nie mam. Powtarzalność jest przerażająca.

 

7. Moje miejsce

Też nie mam. I to mnie chyba definiuje – brak zasiadywania się. Mam kilka miejsc, nie mam miejsca jednego. Są dziuple, do których uciekam. Jedna jest pod Poznaniem, nazywa się Łoskoń Stary. Mieszka tam moja Stepująca Babcia (step-grandmother) i Dziadek z brodą.Tu planujemy co dalej, jeśli zdarza mi się nie wiedzieć. 

Zazwyczaj jednak moje miejsce jest tam gdzie ja, czyli w różnych dziwnych miejscach; w Himalajach, w Los Angeles, w Indiach, w Londynie, w Nowym Yorku. Nie mam tendencji do przesiadywania.

 

8. Ja

A to nie było na początku?

 

PS

Książki proszę czytać, nie jakieś ze mną wywiady (bez pytań, o zgrozo), kulturą interesować się. Jak jakaś stara kobieta mówię, ale chyba trzeba to jednak w kółko powtarzać.

]]>