rozwijamy się – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png rozwijamy się – TUU https://lesma.org 32 32 sza sza sza moc https://lesma.org/sza-sza-sza-moc/ Thu, 23 Jun 2022 10:09:31 +0000 http://lesma.org/?p=1515 Wszystko mi mówiło:

– nie pisz tego,

– nie pisz tego,

– nie pisz tego, a najlepiej nawet o tym nie myśl,

– później, jeśli już to napiszesz, wyrzuć z głowy, z pamięci, poszatkuj na kawałki, wrzuć na kompost, niech się przetrawi,

– nie publikuj,

– nie publikuj,

– nie publikuj.

Awantury domowe, ciche dni, niewypowiedziane żale, podchody, rozłożone książki do przerobienia. Już w korekcie tekst powinien być, a ja z worem skarbów połyskujących i mchem porośniętych, fałszywych pereł, kryształków i innych paciorków, co już dawno utraciły swoją prawdę.

 

Nie chcę tego tematu z rąk wypuszczać, choć jeszcze szukam wymówek i pretekstów, by dłużej przetrzymać go w bezpiecznym cieple brzucha, w za dużej bluzie, zbyt obszernym swetrze, podpasanego wełnianym pasem na korzonki. Wszystko, żeby tylko łatwo nie oddać, nie wypuścić pochopnie, bo rozpłynie się w mig i nic nie powstrzyma znikania, tak ulotne to są opowieści, tym bardziej, jeśli samemu się ich nie doświadczyło, a tylko zbiera się nieswoje relacje.

Kalibracja

Do Buriacji daleko – coś ponad 10 tysięcy kilometrów. Poznań – Moskwa, szerokie tory kolei transsyberyjskiej, siedem stref czasowych, a następnie Ułan Ude, a jeszcze dalej o dzień drogi – Czyty. Bębny, błękitne szale, trans, bałagan i zamieszanie. Dary ofiarne, barany, datki, słodycze, herbata, kawa, wódka. Tak to widzę oczami wyobraźni… i, jeśli wszystko dobrze pójdzie, taka podróż się wydarzy i wtedy to, co wyobrażone nałoży się z tym prawdziwym obrazem i jeden wbuduje i wzmocni drugi.

W tej bajce nie ma żartów i poczucia humoru, dużo tylko niezrozumienia, domysłów, dziwności, a nawet czegoś niepokojącego.Taka opowieść buduje się latami, a pamięć do szczegółów ważna jest i potrzebna, bo jak inaczej nadawać znaczenie zwyczajnym rzeczom, snom, przeczuciom, niewczesnym odkryciom? Trzeba je przecież wyłuskać z mroku, polerować, chuchać i oglądać czule po wielekroć. A nuż ukaże się ten przebłysk, ta myśl – nie poprawiać.

Zanim rozpoczęłam tę opowieść, zdarzyło się parę rzeczy. Jedną z nich byłą wystawa Pawła Bownika „Rewers” w poznańskim CK Zamek, a na niej fotografia tej jedynej w swoim rodzaju szamańskiej szaty. Kołtun skrawków, jakby ileś warstw ubrań, ozdobiony czy kompletnie konstruowany ze wszystkiego, czemu można nadać znaczenie, skręcone z wielu sznurki, wstążki, pióra, futro z nie wiadomo jakiego zwierzaka, zaklęcia, koronki strachu lub odwagi, litanie, akty strzeliste i splunięcia – pierwszy kontakt z niepokojącą mocą, artefaktem nie do rozpoznania, nie kojarzącym się z niczym, co moglibyśmy znać. Do tego opowieść Pawła, jak szatę złożoną w muzealnych magazynach mu udostępniono do sfotografowania, tak by najlepiej jej nie dotykać. Nikt nawet nie chciał tego robić ze strachu, a ten, co się odważył, ciężko zachorował. Odchorował ten akt i sam Paweł, choć nie dotykał, patrzył tylko. Może za długo i jeszcze uwieczniał całość aparatem ogromnym, a następnie wydrukował w skali większej niż prawdziwa, gdzie nitki splotów można policzyć i poprzekładać, jeśli ktokolwiek by się odważył rzecz jasna.

Szaman

Wyobrażenie szamana/szamanki pochodzące nie wiadomo skąd, utkane z niepamięci.

Niezrozumiałe rytuały

przedmioty ofiarne

rozwiany potargany włos

przeszywający wzrok

postrzępione szaty

niepowstrzymany śmiech

niezrozumiały język zaklęć

gardłowy dziki śpiew

dzikość bez stylizacji

przybrudzona stepem

pochylony nad ogniem

przystrojony kłem, piórem, futra strzępem, krwią.

Wizja ta prawdopodobnie bierze swój początek z filmów o kowbojach i Indianach, tam zwykle była mowa o szamańskich rytuałach lub o namiocie szamana. W rzeczywistości szamani, a raczej grupy etniczne wyznające szamanizm, choć odległe geograficznie, są ze sobą powiązanie genetycznie, jakby mórz i oceanów je oddzielających nie było.

W opowieściach Jacka Hugo-Badera, autora książki „Szamańska choroba”, zamiast lęku i obaw przed samym szamanizmem jest dużo o lęku i cierpieniu szamanów. Niemal w każdym opisywanym przypadku widzimy jakiś bunt młodego przed dziedzictwem swego rodu, opór i niezgodę, cierpienie, a nawet próbę ucieczki przed wyrokiem tradycji i przeznaczenia.

„Szamani przede wszystkim są lekarzami, bywa, że także duchowymi przywódcami społeczności , w których żyją, czasem kapłanami, nosicielami świętych tradycji, znawcami mitologii, nauczycielami, a często także jasnowidzami i wróżbitami.”

„Problem z szamanizmem polega na tym, że to nie jest religia. Tylko najbardziej pierwotny system wierzeń, najstarszy etap ewolucyjnego rozwoju religii. Antropolodzy te najwcześniejsze formy religijności nazywają animizmem, od łacińskiego „anima”- powietrze, duch, oddech, życie – bo ich wyznawcy wierzą, że każda istota ze świata roślin i zwierząt, a także takie twory natury jak rzeki, góry skały, nawet najmniejszy kamień, las, tajga, miejsce po prostu – są żywe i mają duszę. Duszę może mieć nawet coś tak chwilowego i nieuchwytnego jak ogień, płynąca woda, piorun i wiatr.”

Cyt. Jacek Hugo-Bader „Szamańska choroba” str. 25, HBM Hugo Bader Media

„Szaman”

Spektakl reporterski w warszawskim Teatrze Warsawy według scenariusza Moniki Mariotti i Aruna Milcarza został oparty na własnych doświadczeniach autorów i wyreżyserowany przez Monikę. Zaprasza on nas do na ogół niedostępnego świata syberyjskich szamanów.

Ta opowieść tylko i aż potwierdza lub otwiera to, co pozamykaliśmy w sobie. Szamanem się nie zostaje. Nawet tam gdzie szamanizm jest żywy, nikt nie ośmiela się urządzać kursów czy warsztatów szamańskich, bo to w ogóle nie jest kwestią decyzji.

A po każdym spektaklu do Moniki przychodzą ludzie z takimi pytaniami, chętni do wejścia w ten świat. Szaman, podobnie jak lekarz, nie przychodzi do ludzi, to człowiek musi wykonać ten krok. Nigdy też nie reklamuje się, że jest szamanem, nie oferuje niczego. Ten, kto ma problem, szuka szamana, więc obecne zainteresowanie tym tematem świadczy tylko o pewnej modzie, a co za tym idzie, o komercjalizacji tego zjawiska. Wszystkie warsztaty, stowarzyszenia, poszukiwanie zwierząt mocy, tzw. przebudzenie to nasza europejska wersja, oparta na naszym wielkim ego.

Udaliśmy się więc z prostym pytaniem do autorów tego spektaklu – już nie o szamanizm, a raczej o moc. Gdzie jej upatrywać? W czym ta moc prawdziwa i najważniejsza?

  1. Moc największa to na pewno miłość, ta uniwersalna – dbanie, pomoc, rozwój. A my, choć porzuciliśmy naszą wrodzoną wrażliwość, która dawniej dostępna była każdemu, tak teraz szukamy nowego dostępu do siebie. Nie traćmy z oczu, uszu i uczuć żadnych znaków, tej intuicji, snów, przeczuć, odruchów. Wszystko może mieć znaczenie w interpretacji symboli, jakkolwiek początkowo zdawałyby się absurdalne. Jak mówi Monika, szaman zawsze trzyma opowieść blisko ziemi, nie powie nigdy, że masz tę moc, tylko, że jest coś do przerobienia. My, ludzie Zachodu, chcielibyśmy mieć kontrolę nad wszystkim, być silniejsi, zrozumieć innych, żeby mieć jeszcze wiekszą kontrolę.

W tej historii nie ma uśmiechniętych twarzy. Człowiek, który pracuje nad historią swojego rodu, chorobą, raczej nie ma powodu do uśmiechów. Do szamana trafiają już tylko tacy na tzw. ostatnich nogach – co też pokazuje, że szamanizm przychodzi do głowy, kiedy już wszystkie inne środki i metody zostały wyczerpane.

Jak zacząć?

Wierzyć w Moc.

Bazą będzie tu znajomość przodków i drzewa genealogicznego.

  • Ja w swoim drzewie za daleko nie doszłam, ale to ja jestem tą, która musiała wszystko wyjaśniać i posprzątać. Szaman powiedział mi, że największym problemem w mojej rodzinie jest zapomnienie. Prababcia, babcia, mama – wszystkie po kolei. Historia, którą badałam, pokazała, że miały swoje powody, żeby tego nie robić, a ja teraz to odkręcam – mówi Monika. Odprawianie rytuałów oczyszczających, uwalniających – jeden, drugi i kolejny i tak doszłam do pra- pra- dziadków.

– W Buriacji nie ma w domach sztuki, jaką znamy. Jedyne obrazy mające rację bytu to właśnie bogato zdobione drzewa genealogiczne, z opisami, złoceniami. Im dalej sięgasz w swoje pokolenia, im lepiej znasz swoje korzenie, tym większą masz moc. Taki płynie wniosek z pierwszych pytań szamana. I nieważne jak daleko sięgniesz, ważne, że w ogóle to robisz. Czuję, że z każdym wymienionym z imienia dochodzi jakiś ślad mocy. Nie wiedząc nawet o tym, już uruchomiliśmy litanię wzmocnień, przez ich wspomnienie, uwagę, poświęconą im chwilę ciekawości, szacunku i skupienia. Czy ta litania połączy się z szamańską, czyli pierwotną mądrością?

Wydobycia z niebytu ludzi, dzięki którym my dostaliśmy szansę i nie jesteśmy już tylko pyłem kosmicznych pierwiastków, ale trochę też tych genów i ducha w sobie niesiemy, jak i nasi poprzednicy, co niczego nie mogli w naszej sprawie założyć.

Po rozrysowaniu wstępnych map zadziwiająco krótkie są pędy tych drzew rodzinnych, co tylko do pradziadów sięgać mogą, a dalej, choćby potop, na razie nic. Trzeba tu jednak włożyć jeszcze sporo wysiłku, by chociaż o jedną gałązkę dalej podpędzić, dzięki tym, co pamiętają i mogą coś wnieść. Nie zawsze są to ci najstarsi, a raczej ci, którzy chcą pamiętać, rozumieją sens tych powiązań, korzystają już z tej mocy.

  1. Bojatsa nielzia

Nie wolno się bać.

Nigdy się nie bój.

Codziennie powtarzaj to sobie po wielekroć.

To najważniejsza zasada – i już zaczynasz leczyć swoje traumy. W każdym rodzie jest jeden człowiek, który zaczyna odkręcać historię, dąży do wyjaśnień energetycznych zagmatwań i napięć – staje wobec nich i ma siłę mierzyć się z nimi.

Dla samego „szamana” nawet to słowo jest obraźliwe, a spotkanie z nim? Może być bardzo niejasne. Lepiej nie mieć planu, ani oczekiwań. Czasem nawet nie dostaniemy żadnej informacji, szaman ma do załatwienia dużo innych rzeczy oprócz pomocy udzielanej innym. Najczęściej ma rodzinę, gospodarstwo, zwierzęta i wiele takich samych problemów, jak większość ludzi, którzy u niego szukają pomocy.

Tam naprawdę nikt nie chce być szamanem, niestety nieszczęścia, choroby i inne znaki wskazują, że nie ma innego wyjścia. A niektórzy nie wiedzą, jakie jest ich przeznaczenie i męczą się latami.

Widzenie snów, jasnowidzenie, to znaki, które dość jednoznacznie pokazują tę drogę. Mówi się, że tam gdzie szamanizm ma się dobrze, nie ma sierot i nie ma chorób psychicznych – są dzieci bez rodziców i są ludzie, którzy widzą więcej, resztę bierze na siebie rodzina, klan, plemię. Depresje, choroba dwubiegunowa, schizofrenia to szamańskie choroby, choć tam gdzie obecny jest szamanizm, inaczej się je widzi- na Syberii, w Afryce, Ameryce Południowej, na wszystkie tego typu przypadłości – bębny.

Nasza moc według Szamanów to:

  • koncentracja,
  • pokora,
  • pomoc,
  • izolacja: odgradzanie się od innych ludzi, by uniknąć ich wpływu – zarówno negatywnego jak i pozytywnego. W zachodniej kulturze chcemy być tacy fajni i bliskie kontakty są cenione, na wschodzie myśli się o tym inaczej.

Jeśli przychodzimy z intencją – jest szansa na odpowiedź. A pytania mogą być najróżniejsze, nie tylko o kwestie zdrowia, ale też dociekanie np. dlaczego spalili mi samochód. Szaman zadaje do domu różne zadania, często nie daje gotowych odpowiedzi, bo to my sami musimy pokonać naszą ścieżkę. Jest to rodzaj pokuty, bez spełnienia, której nie można spodziewać się żadnej poprawy. Warunek własnego wkładu, zaangażowania, poświęcenia jest tu kluczem do uzdrowienia. W ciągu całego życia towarzyszą nam znaki i sygnały jednak często nie potrafimy już ich odczytać.

Dziś wiemy od historyków, że istniało przejście przez Cieśninę Beringa z Azji do Ameryki. Elementy szamanizmu znane są w wielu częściach świata. Wiemy już, że to nie baśń.

Nasza indywidualna moc według szamanizmu bierze się z tych pytań:

Skąd jesteśmy?

Kim jesteśmy?

Po co tu jesteśmy? (A nie „dokąd dążymy?”).

Odpowiedź może nam zająć dużo czasu, Monika codziennie medytuje nad pytaniem – po co tu jesteś? – Odpowiedź jest gdzieś daleko przede mną – twierdzi.

Mentalną różnicę można pokazać na przykładzie właśnie wypadku samochodowego. W naszym rozumieniu dojście do jego przyczyny rozwiązuje sprawę. Jeśli to była awaria przewodu hamulcowego – to wszystko jasne, sprawa zamknięta. Na wschodzie takie wyjaśnienie staje się dopiero początkiem dociekań, bo problem jest według szamanizmu poza hamulcami, a one są jedynie wskazówką, symbolem. Logika jest więc zupełnie inna. Pytanie brzmi: dlaczego to się w ogóle stało?

Podobnie z dociekaniem swojej historii rodowej – narysowanie drzewa jeszcze niczego nie przesądza i nie załatwia, to jest dopiero początek do wnikliwego obserwowania znaków i sygnałów. Trzeba obserwować sny, kolekcjonować przypadki, być uważnym, nie dramatyzować i nie ekscytować się nadmiernie, bo to długa droga. Pokory.

___
tekst: Światosława Sadowska

ilustracje: Olga Korcz

 

opieka artystyczna: prof. Krzysztof Molenda Piotr Marzol
okładka: Olga Korcz, Piotr Marzol projekt oraz skład: Piotr Marzol
ilustracje oraz koncepcje graficzne: Michalina Nowacka, Marta Jaśkowiak, Weronika Kalemba, Maciej Waleszczyk, Helena Malczewska, Olga Korcz, Patrycja Walczak, Gabriela Patro, Kasia Wit

]]>
Pełna Moc https://lesma.org/1510-2/ Thu, 23 Jun 2022 10:03:43 +0000 http://lesma.org/?p=1510 PEŁNA MOC

 

Czasami, aby ruszyć z miejsca, potrzebujemy pomocy kogoś, kto sam przeszedł trudną drogę „zaczynania od nowa”. W tym numerze zmieniamy apatię w energię, a o wsparcie poprosiliśmy Mariannę Szeib-Simon, założycielkę kobiecego networku Face to Face, trenerkę rozwoju osobistego, autorkę podcastu Women Empowerment School.

 

Oto 10 punktów przygotowanych przez Mariannę, które pomogą pokonać paraliżujący strach i zmienić lęk przed porażką w determinację potrzebną do osiągania ambitnych celów. Ambitnych, czyli takich, których jeszcze nigdy nie osiągnęliśmy.

 

  • Zacznij, nawet jeśli nie masz pojęcia, czy to się uda

Zawodowe przekwalifikowanie to ten moment w życiu, kiedy gwiazdy są ci przychylne, kiedy mówisz „wystarczy” i zaczynasz wszystko od nowa. Moment, w którym konfrontujesz się z twoimi najbardziej niezwykłymi marzeniami i najskrytszymi lękami. Kiedy zadajesz sobie pytanie:  ”Czy wierzę w siebie? Jakie jest moje powołanie, moje miejsce? Co daje mi radość i głęboką satysfakcję? Czy mam odwagę spojrzeć sobie w twarz, poczuć się bezbronnym/bezbronną, powiedzieć otaczającym mnie ludziom: Rzucam to, zaczynam od nowa?” Jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś naprawdę kochał/kochała budzić się w każdy poniedziałek rano i w ten sposób zaczynać tydzień? Po prostu zacznij, od pierwszego kroku który nasuwa Ci się na myśl. Nie musisz znać wszystkich kolejnych, odkryjesz je w trakcie drogi.

  • „Nie mam czasu” – to myśl, która blokuje twoje działania

Ta myśl, która wydaje się zupełnie niewinna, jest jednak paraliżująca, gdy trzeba zacząć działać lub rozpocząć coś nowego. Jej klątwą jest fakt, że pcha cię do życia w trybie autopilota, rutynowego odtwarzania życia takiego, jakie znasz dotychczas. Gdy nie masz czasu do stracenia, nie masz go również do innowacji, ani do robienia rzeczy po raz pierwszy, co jest podstawą przedsiębiorczości ‒ tzw. test&learn. Jeśli nie poświęcisz czasu na stworzenie życia, o jakim marzysz, spędzisz dużo czasu, żyjąc życiem, którego nie lubisz.

  • Pewnością siebie nie jest świadomość, że zawsze otrzymasz odpowiedź „tak”, ale świadomość, że możesz otrzymać odpowiedź „nie” bez zniechęcenia się do działania

Przedsiębiorczość ‒ to wyjście do świata ze swoją ofertą i zaakceptowanie, że nie zadowoli ona wszystkich. To nauka składania ofert i czasem odmowy prosto w twarz. Zwłaszcza na początku podróży nowego życia twojej firmy, kiedy jesteś jeszcze „niewidzialny i nieznany”. Twoja zdolność do przejścia przez ten okres, gdy jesteś jedyną osobą, która zna swoją wartość, będzie miała decydujące znaczenie dla twojego przyszłego sukcesu. Czego się boisz, słysząc „nie”? Co przez to rozumiesz? Jakie emocje to w tobie budzi? Upokorzenie? Strach przed odrzuceniem? Bezsilność? Co by było, gdybyś wiedział, że „nie” nigdy nie jest definitywnym „nie”? Musisz tylko zagłębić się w to, co się za tym kryje. Gdybyś miał/miała odwagę zapytać ‒ dlaczego „nie”? Czy to zła cena? Czy to zły czas? Czy to potrzeba zaufania? Gdybyś przestał/przestała kwestionować własną wartość, miałbyś/miałabyś w głowie więcej miejsca na kwestionowanie swoich działań i umiejętność ich odpowiedniego modyfikowania.

  • Możesz, bo tak zadecydowałeś/zdecydowałaś

Co by było, gdybyś któregoś dnia w tygodniu zrobił/zrobiła test: wstając z łóżka, robisz tylko to, na co masz ochotę… dla przyjemności, a nie z obowiązku. Jak wyglądałby ten dzień? Z kim zjadłbyś/zjadłabyś lunch? Do kogo napisałbyś/napisałabyś e-maile? Na jaką aktywność poświęciłbyś/poświęciłabyś najwięcej czasu? A w twojej firmie, jaka część twoich obowiązków powodowałaby, że najbardziej “wibrujesz”? Świadomość, że możesz wybrać, co zrobić ze swoim dniem, jest dla niektórych dziwną myślą. “Pozwalam sobie pokochać swój dzień, znajduję w nim trochę zabawy i czuję, jak rośnie we mnie energia zwana MOTYWACJĄ. Przyjemność i motywacja są jak siostry bliźniaczki. Przechodzą przez życie ramię w ramię. Wypróbuj sam/sama i podziel się swoimi doświadczeniami. Wiele rzeczy, które naprawdę mają znaczenie w życiu, powstaje z myśli „MOGĘ, bo tak postanowiłem/postanowiłam” i to zdanie zmienia punkt ciężkości w życiu, to ty stawiasz siebie samego w centrum akcji.

  • Naucz się tworzyć niezwykłe życie poprzez zwykłe działania

Spójrzmy prawdzie w oczy – uwielbiamy zwlekać. Uwielbiamy odkładać na później właśnie to, co najbardziej zasługuje na naszą uwagę, gdyż zbliża nas do życia, jakie chcemy mieć. „Zapisałeś się na to szkolenie? Zrobię to później. Skontaktowałeś się z tym nowym klientem? Później. Zarejestrowałeś swoją firmę – to może poczekać”.

Często naszą najlepszą wymówką są ograniczające myśli typu „nie mogę”, „nie wiem jak” lub „inni pomyśleli o tym przede mną”. Zatrzymajmy się na tym pytaniu: kiedy zaczniesz zasługiwać na to drugie życie, to które zaczyna się, gdy zrobisz już wszystko to, co musisz? Życie, które chcesz mieć, jest nie tylko dla ludzi z supermocami. Jest zarezerwowane dla tych, którzy nie zwlekają, a ich działanie jest systematyczne. To właśnie w najzwyklejszych codziennych czynnościach ukryta jest twoja zdolność do kreowania życia, o jakim marzysz. Oczywiście potrzebujesz kierunku, konsekwencji i motywacji, żeby w tym wytrwać. Oto twoja moc.

  • Za każdym razem, gdy masz ochotę zareagować w ten sam stary sposób, zapytaj siebie, czy tego właśnie chcesz dla swojej przyszłości

Kiedy zrozumiesz, że nie możesz się cofnąć, całą uwagę zaczniesz poświęcać na poszukiwaniach najlepszego sposobu, by iść naprzód. Jak to zrobić, żeby nie kręcić się w kółko, lecz iść przed siebie? Ucząc się nowego sposobu patrzenia na świat.

Kiedy się uczysz, twoja wiedza wzrasta. Wraz ze wzrostem twojej wiedzy rośnie twoja samoocena. A kiedy wzrasta twoja samoocena, wzrasta również wartość, którą możesz zaoferować innym i czyni twoje życie bardziej wartościowym. Nigdy nie przestawaj poszerzać swoich horyzontów.

  • Niech twoje lęki współistnieją z twoimi dążeniami

 Na każdej drodze do ambitnego celu (takiego, jakiego nigdy wcześniej nie osiągnąłeś/osiągnęłaś) istnieje ryzyko porażki. Czy jesteś w stanie stanąć z nią twarzą w twarz? W każdym życiu, nawet najszczęśliwszym, są chwile smutku. Nasza największa mądrość kryje się w akceptacji tego dualizmu i świadomości, że żaden z jego elementów nie jest definitywny. Dzisiaj może miałeś/miałaś jeden z tych momentów zwątpienia. „Czy warto? Czy będę w stanie to zrobić? Czy to właściwy wybór?”. Ta chwila, tak nieprzyjemna do przeżycia, jest właśnie po to, by sprawdzić twoją motywację.

  • Przestań udawać, że jesteś kimś, kim nie jesteś

“People pleaser”– „ten, który chce podobać się innym”, to najpopularniejsza strategia unikania ODRZUCENIA. Innymi słowy, wolimy przebierać się za kogoś, kim nie jesteśmy, aby nie zawieść drugiej osoby. To tak, jakbyśmy zaczynali od spostrzeżenia, że bycie sobą nie wystarczy. Ile energii marnujesz, aby udowodnić, że jesteś “pingwinem”, myśląc, że dokładnie tego oczekuje od ciebie druga osoba? A dokąd podążasz tym sposobem? Czy jesteś tam, gdzie chciałeś/chciałaś? Czy jesteś usatysfakcjonowany/usatysfakcjonowana i spełniony/spełniona, robiąc to? Jest duża szansa, że w głębi serca zabrzmi wewnętrzny głos mówiący: „jeśli będziesz kontynuować, twoje prawdziwe życie przejdzie bokiem”. Czas posłuchać tego głosu i zobaczyć, co się za nim kryje…

  • Żeby przyciągnąć nowe możliwości, musisz się skupić na swoich celach

Kiedy nie udaje nam się osiągnąć celu, często go zmieniamy, zmniejszamy, zniechęcamy się, zaczynamy wątpić w siebie. Co by było, gdybyś miał/miała całkowitą pewność, że potrafisz go osiągnąć? A jeśli to tylko kwestia czasu? Jesteś już prawie u końca podróży, po prostu nie możesz tracić koncentracji. Musisz tylko wytrwać, zadawać sobie pytanie, jak się tam dostać? Jakie działania musisz podjąć? Dzięki koncentracji na celu kontynuujesz pomimo wszelkich wątpliwości, zaczynasz doświadczać płynności, otwierających się przed tobą możliwości, ludzi przychodzących do ciebie spontanicznie i bez żadnego wysiłku z twojej strony. To jest nagroda za twoją konsekwencję. Nie spuszczaj wzroku z celu.

  • Twój potencjał jest zawsze większy niż twój problem

Kiedy życie stawia na swojej drodze przeciwności, powinieneś wiedzieć w głębi duszy, że dzieje się tak dlatego, że będziesz w stanie je przezwyciężyć. Masz w sobie wszystko, czego potrzebujesz. Wszystko, co nam się przydarza, dzieje się, aby dać nam możliwość pójścia do przodu, zrozumienia, nauki, rozwoju. Często odczuwamy pokusę, by zamknąć się w roli „biednego ja”, mentalności ofiary, „dlaczego to przytrafia się tylko mnie, a nie innym?”. Twoja siła rośnie stopniowo przez całe życie, gdy znajdujesz rozwiązania dla swoich problemów. Gdy pojawia się problem, pomocnym może być odpowiedzenie sobie na to pytanie „a gdybym wiedział, co robić?”

Julita, tutaj są wszystkie osoby. Już nie wiem, czy to ma być w 1 os. lmn., 2 os. lp, czy 1?

Cała wypowiedź powinna być skierowana do jednego odbiorcy, najlepiej w 2. os.lp. I tak zmeniam

 

___

tekst: Marianna Szeib-Simon

ilustracje: Zuzanna Tokarska

]]>
Każda kropla ma znaczenie https://lesma.org/kazda-kropla-ma-znaczenie/ Thu, 23 Jun 2022 09:47:32 +0000 http://lesma.org/?p=1507 Ziemia moim ciałem

Woda moją krwią

Powietrze oddechem

Ogień siłą Mą

 

Cztery żywioły. Cztery Moce. Dają życie i jednocześnie je odbierają. Są niezbędnym elementem naturalnego cyklu życia. Bez nich nie byli byśmy tu, gdzie jesteśmy. Bez nich nie będzie nas w przyszłości. 

O mocy wody słów kilka.

Woda jest jednym z żywiołów, w którym rozwija się życie – wody płodowe dają nam ochronę przez cały okres ciąży. Woda jest też składnikiem każdej komórki tworzącej organizmy żywe. Nasz organizm składa się z wody od 75% (u noworodków) do 55% (u osób starszych), ale bez wody pitnej przeżyjemy zaledwie kilka dni.

Bez wody nie wyprodukujemy jedzenia, nie umyjemy się, nie wypierzemy ubrań. Często nie zdajemy sobie sprawy, że Polska jest krajem o ograniczonych zasobach wody słodkiej. Czyli takiej, która warunkuje nasze przeżycie.

Górski potok czy leniwa nizinna rzeka są miejscami, w otoczeniu których odpoczywamy, możemy się odprężyć. Dostrzegamy to, czego na co dzień nie widzimy. A musimy wiedzieć, że rzeki, małe cieki, jeziora czy stawy są zasilane przede wszystkim wodami gruntowymi. Czyli tymi, które w czasie deszczu przenikną głębiej.

Występująca od kilkunastu lat zmiana charakteru opadów deszczu (na rzadkie, ale bardzo intensywne) powoduje susze, które coraz częściej nawiedzają nasz kraj. W miastach jest upalnie, w lasach ogłaszane są alarmy pożarowe, a rolnicy tracą uprawy. A kiedy już spadnie deszcz, to wielokrotnie podtapia nieruchomości, zalewa piwnice, niszczy infrastrukturę. Nie wspomnę już o szkodach wyrządzanych przez wezbrane rzeki czy małe cieki wodne, które dosłownie w godzinę zmieniają się w rwące potoki niszczące wszystko, co stanie na ich drodze.

Moc wody jest ogromna ‒ zarówno jej niedobór, jak i nadmiar oddziałuje na nas negatywnie.

Co mogę zrobić?

‒ codziennie oszczędzać wodę: brać szybki prysznic lub kąpać się w niewielkiej ilości wody;

‒ warzywa i owoce opłukiwać szybko. Każda kropla ma znaczenie!

‒ podczas prania korzystać z krótkich programów;

‒ zimą odgarniać śnieg z chodnika na trawnik lub pod drzewa;

‒ wody z rynien rozprowadzać po ziemi.

Świadomość związku codziennego życia ze środowiskiem jest podstawowym działaniem determinującym zmiany naszych nawyków czy przyzwyczajeń. Nasze codzienne wybory i praktyki istotnie wpływają na ilość oraz jakość wody. Nie mamy jej za wiele, a przecież chcemy zostawić świat przyszłym pokoleniom w stanie nie gorszym, niż sami otrzymaliśmy. Zadbajmy o to.

___

tekst: Michał Walkowiak

ilustracje: Michalina Nowacka

opieka artystyczna: prof. Krzysztof Molenda Piotr Marzol
okładka: Olga Korcz, Piotr Marzol projekt oraz skład: Piotr Marzol
ilustracje oraz koncepcje graficzne: Michalina Nowacka, Marta Jaśkowiak, Weronika Kalemba, Maciej Waleszczyk, Helena Malczewska, Olga Korcz, Patrycja Walczak, Gabriela Patro, Kasia Wit

]]>
Moc grzybów https://lesma.org/moc-grzybow/ Thu, 23 Jun 2022 09:41:38 +0000 http://lesma.org/?p=1504 „Grzybowe kostiumy” są jednym z bardzo, bardzo wielu w NATURZE. Część z nich już zidentyfikowaliśmy, nadaliśmy im nazwy, ale większość jeszcze jest dla nas tajemnicą. Stosując określenie noblistki – Wisławy Szymborskiej, „…pasuje, jak ulał i noszony jest posłusznie aż do zdarcia…”. 

Czy jednak grzybowe kostiumy są do „zdarcia”?

Dla większości z nas kostium, który nazywamy grzybem, ma postać kapelusza z trzonem. Kapelusze są różnego kształtu, wielkości i koloru. Najbardziej znane, bo najczęściej będące na naszych talerzach, to kapelusze o szarym kolorze. Ich właścicielem jest pieczarka dwuzarodnikowa (łac. Agaricus bisporus). Kiedy jednak wybieramy się po grzyby nie do sklepu, tylko do lasu, marzymy, aby nasz koszyk wypełnił się borowikiem szlachetnym

(łac. Boletus edulis). Kapelusz i trzon, to, co widzimy, zrywamy i jemy, to nie jest całe ciało grzyba. To są struktury, które grzyby wytworzył, aby móc się rozmnożyć płciowo. Największa część ciała pieczarki, borowika i innych tzw. kapeluszowych grzybów znajduje się pod ziemią. Tworzą one tam sieci strzępek, które zajmują ogromne przestrzenie. Największą sieć grzybową zdiagnozowano we wschodnim Oregonie i pokrywa ona blisko 900 hektarów lasu. Sieć powstała z jednego zarodnika opieńki ciemnej (łac. Armillaria ostoyae) i rozwijała się od około 8-9 tysięcy lat.

Sieci grzybowe znajdują się nie tylko w podziemiach, ale także tworzone są we wnętrzu ciała roślin, zwierząt i oczywiście także w nas. Co je łączy? Budowa i sposób funkcjonowania. Budowa i funkcjonowanie tych sieci często porównywane są do sieci internetowych. Wszystkie elementy, jak komputery w sieci internetowej, są ze sobą powiązane za pomocą strzępek, czyli nitkowatych komórek eukariotycznych, rozgałęziających się i mających prawie nieograniczone możliwości wzrostu. Grzybowa sieć jest bardzo gęsta, w 2,5 cm3 gleby znajduje się ponad 13 km komórek strzępek. Strzępki przemieszczają się w przestrzeni i natrafiając na składniki pokarmowe, wydzielają enzymy, które je rozkładają na drobne cząsteczki, a następnie, na drodze dyfuzji, trafiają do wnętrza komórek. Strzępki, natrafiając na bariery fizyczne i biologiczne, potrafią je dzięki interkalarnemu wzrostowi sprawnie ominąć. Dzięki otworom, tzw. septom, składniki pokarmowe mogą się przemieszczać w sieci. Proces komunikacji i współpracy występuje zarówno w obrębie sieci jednego gatunku, wielu gatunków grzybów, jak i między światem roślin. To skomplikowane procesy molekularno-chemiczne oparte na wysyłaniu sygnałów ze strony grzyba (tzw. czynnik Myc), które aktywują zespoły genów roślinnych i ze strony rośliny tzw. strigolaktony. „Zgranie się” tych dwóch sygnałów w czasie umożliwia rozwój grzybni i kolonizację rośliny. Potem, między organizmami z różnych światów, ma miejsce już tylko wymiana zasobów na długie odległości – wody, soli mineralnych, cukrów. To dzięki tej współpracy rośliny mogły pojawić się na lądzie.

„Moc” grzybów tkwi w budowie i funkcjonowaniu sieci, różnorodności ich cykli życiowych, zarodników, strategii życia. Osiągnęły niewątpliwie ewolucyjny sukces trwania nie tylko „tu i teraz”. Grzyby to organizmy, którym udało się przeżyć w niezmienionej formie, mimo zlodowacenia, ocieplenia klimatu i zmiany w składzie atmosfery na Ziemi. Ostatnio odkryto ślady ich ciał – prekambryjskie strzępki, których wiek oszacowano na około 715-810 milionów lat. Może, jak pokazują wyniki analiz filogenetycznych, są z nami już od 1,5 miliarda lat? Mimo ewolucyjnej starości, w ANTROPOCENIE, w którym mają miejsce szybkie zmiany środowiska, niekorzystne dla wielu innych organizmów, z człowiekiem włącznie, mają się dobrze. Występują wszędzie – są w glebie, wodzie i powietrzu, we wszystkich zbadanych dotąd organizmach żywych.

Moc technologiczna grzybów

Dziś mówimy, że grzyby to organizmy przyszłości, zostaną na Ziemi w odróżnieniu od innych gatunków, które zginą na naszych oczach. Dlaczego? Grzyby to organizmy, które mają w sobie gotowe, sprawdzone w procesie ewolucji, rozwiązania dotyczące budowy ciała – struktura sieciowa, która umożliwia im życie w heterogennym środowisku i w ograniczonych zasobach. Potrafią się rozmnażać bezpłciowo i płciowo, wytwarzając różne zarodniki mogące przeżyć setki lat. Posiadają system tzw. wczesnego ostrzegania przed patogenami zarówno siebie, jak i sąsiada, z którym współwystępują. Rozwiązania te są powtarzalne od momentu ich pojawienia się na Ziemi. Stąd „kostium grzybowy” jest inspiracją dla inżynierów, informatyków, biotechnologów, medyków. Trudno sobie wyobrazić, ale pod naszymi stopami i, powtarzając, w roślinach, zwierzętach, ale także w nas, są sieci, które zawierają odpowiedzi na nasze różne problemy, w tym te związane na przykład z oszczędzaniem energii, zaśmiecaniem planety czy efektami zmian klimatycznych. Kilka skutecznych rozwiązań naszych problemów już mamy. W szkole uczymy się o odkryciu antybiotyku penicyliny przez Alexandra Flaminga, produktu wytwarzanego przez grzyba pędzlaka (łac. Penicillium notatum). Antybiotyk ten ratował i czasami nadal tak się dzieje życie. To dzięki grzybom mamy chleb, piwo, sery i sos sojowy. Enzymy grzybowe – lipazy, celulazy, wprowadzone do proszków do prania obniżają nie tylko jego temperaturę, ale także zmniejszają zużycie wody potrzebnej do usuwania plam z odzieży. Trwają prace nad poszukiwaniem gatunków grzybów, które produkują enzymy jeszcze bardziej obniżające temperaturę prania niż te, które dotąd uzyskaliśmy. To ogromna oszczędność naszych kluczowych zasobów – wody i energii. „Moc” enzymów grzybowych wykorzystuje się w rozkładzie poliuretanu, związku, który ma szerokie spektrum zastosowania w różnych materiałach, jest więc potrzebny w przemyśle obuwniczym, budowlanym, samochodowym. Produkty z tym materiałem powszechnie występują na śmietniskach, a ich rozkład trwa wiele, wiele lat. Pestalotiopsis microspora to pierwszy grzyb, który potrafi żyć i konsumować poliuretan w warunkach beztlenowych. Jest wręcz idealnym kandydatem do bioremediacji gleb i wód z dużą zawartością plastiku. Strzępki grzybów mogą pochłaniać także ropę naftową, wytwarzając enzymy przekształcające węglowodory w węglowodany, które z kolei pozwalają na wzrost i rozwój grzybów. Grzyby, które „konsumują” plastik oraz „pochłaniają” ropę naftową, to potężne narzędzia biologiczne w ochronie planety. Ostatnio ogromnym zainteresowaniem cieszą się grzyby endofityczne, czyli żyjące wewnątrz tkanek roślin. Produkują one różne metabolity, które chronią zasiedlaną roślinę przed patogenami, roślinożercami i poprawiają jej kondycję (Fig. 1). To dzięki nim uratowano na plantacjach kakaowca, który został zainfekowany kilkoma patogenami grzybowymi, takimi jak zaraza Phytophora palmivora czy „miotła czarownicy” Crinipellis perniciosa.

W laboratorium, na Wydziale Biologii UAM, pracujemy nad szczepionką grzybową dla jęczmienia (łac. Hordeum vulgare) w celu jego ochrony przed wirusem wywołującym chorobę nazywaną żółtą karłowatością jęczmienia, która rozprzestrzenia się w jego uprawach polowych w Europie. Wirusa przenoszą mszyce. Szczepionka grzybowa wprowadzona do jęczmienia ma zredukować populację mszyc, a tym samym zmniejszyć liczbę infekcji wirusem jęczmienia. Naukowcy z różnych ośrodków łączą siły, aby jak najszybciej znaleźć mikroorganizmy, w tym właśnie grzyby endofityczne, w celu nie tylko poprawy kondycji roślin uprawnych, ale także do kontroli bakterii i grzybów chorobotwórczych dla roślin jako alternatywę pestycydów i antybiotyków, wiązania azotu atmosferycznego i ograniczenia emisji dwutlenku węgla, oraz jako źródło nowych aktywnych biologicznie produktów naturalnych użytecznych w przemyśle farmaceutycznym i agrochemicznym.

Zamiast podsumowania. Czy kostiumy grzybowe są „do zdarcia”? Mam marzenie, aby odpowiedż na to pytanie, potwierdzona faktami naukowymi, była następująca – NIE.

Źródła

Bonneville i in. 2020.  Molecular identification of fungi microfossils in a Neoproterozoic shale rock. Science Advances , Vol. 6, no. 4, eaax7599, DOI: 10.1126/sciadv.aax7599

Everlon Cid Rigobelo & Noemi Carla Baron (2021): Endophytic fungi: a tool for plant growth promotion and sustainable agriculture, Mycology, DOI: 10.1080/21501203.2021.1945699

 

Akcja COST FA1103, Food and Agriculture, “Endophytes in Biotechnology and Agriculture” (https://www.cost.eu)

Akcja COST FA1405 Using three-way interactions between plants, microbes and arthropods to enhance crop protection and production”
(http://www.cost-fa1405.eu/)

Fig. 1 Aktywność grzybów endofitycznych wykorzystywana w ochronie środowiska, medycynie i rolnictwie.

___

tekst: Marlena Lembicz

ilustracje: Olga Korcz

opieka artystyczna: prof. Krzysztof Molenda Piotr Marzol
okładka: Olga Korcz, Piotr Marzol projekt oraz skład: Piotr Marzol
ilustracje oraz koncepcje graficzne: Michalina Nowacka, Marta Jaśkowiak, Weronika Kalemba, Maciej Waleszczyk, Helena Malczewska, Olga Korcz, Patrycja Walczak, Gabriela Patro, Kasia Wit

]]>
Skąd ta moc? https://lesma.org/skad-ta-moc/ Thu, 23 Jun 2022 09:35:42 +0000 http://lesma.org/?p=1500 Na wstępie muszę coś wyznać. Gdy pisałem artykuł do poprzedniego numeru TUU o tytule “nieskończoność”, splot okoliczności doprowadził do nietypowej dla mnie sytuacji ‒ nie miałem mocy tekstu dokończyć. Miało to też dość niespodziewany skutek semantyczny: niedokończony esej samą swoją formą odsłonił przede mną zupełnie inne znaczenie słowa “nieskończony”. Tak mnie ta niemoc zaaferowała, iż postanowiłem zgłębić, gdzie leżą jej źródła. 

            O ile na brak sił fizycznych jest wiele sprawdzonych metod ‒ dieta, wypoczynek i sen, o tyle sposobów na regenerację mocy do działania tak oczywistych, wspólnych wszystkim ludziom, nie znałem. Zatem przeciwdziałając swojej ignorancji, zwróciłem się do współczesnej wyroczni w sprawach wszelakich ‒ wyszukiwarki Google. Do tej pory żyłem w przekonaniu, że myśl Fryderyka Nietzschego odcisnęła swoje piętno głównie poprzez pojęcie “nadczłowieka” i jego praktyczne zastosowanie w totalitarnych systemach XX wieku. Myliłem się. Dziś dominuje stworzony przez niemieckiego filozofa termin “woli mocy” jako źródła wszelkich procesów przyrody, dążenie do siły, dominacji, zwycięstwa, afirmacji życia, który odrodził się w postaci wellnessu, coachingu, rozmaitych teorii motywacji i energii życiowej na niespotykaną skalę. Widząc zaskakującą obfitość sposobów, uspokoiłem się, wierząc, że któryś z nich na pewno zadziała. Kolejny proces pisania tekstu rozpocznę zatem od wyboru odpowiedniej stymulującej motywację metody.

            Gdy zbliżał się termin oddania kolejnego artykułu, wróciłem do wyboru odpowiedniego sposobu, który zapewni mi moc twórczą. Po kilku godzinach czytania rozmaitych artykułów (część z nich miała nawet podstawy naukowe) kilkunastu krótkich filmach na YouTube, w tym szczególnie godnych polecenia z platformy TEDx, gdzie znakomici mówcy dzielili się swoimi doświadczeniami i sposobami radzenia sobie z niemocą, byłem tak zmęczony ogromem przyswojonych wiadomości, że nie starczyło mi już sił na nic innego. Nie napisałem ani jednego zdania nowego tekstu. Jednakże wysiłek nie poszedł na marne. Odkryłem, że pierwszym i najpowszechniej pojawiającym się w źródłach panaceum na brak energii do działania jest aktywność fizyczna.

            Kolejny raz zabierając się zatem do pisania, postanowiłem, że wpierw pójdę pobiegać. Po kilkunastominutowym joggingu pochyliłem się nad białą stroną, lecz zorientowałem się, że tekst będzie wymagał zregenerowania większej ilości energii ‒ poszedłem na basen. Po powrocie niemal powstało pierwsze zdanie felietonu, ale jednak nieodzowna wydała się jeszcze godzina na rowerze stacjonarnym. Zrobiło się już późno i byłem zbyt zmęczony tą całą aktywnością fizyczną, więc położyłem się spać. Muszę jednak przyznać, że metoda (może inaczej, niż się spodziewałem) podziałała ‒ nie napisałem ani zdania, ale za to czułem się świetnie.

Następne próby rozpoczęcia pisania zaczynałem od kolejnych odnalezionych metod motywacyjnych. Dość często opisywanym w internecie sposobem była stosowana na sobie metoda kija i marchewki. Wyznaczenie nagrody za zrealizowany cel i kary za brak postępów. Postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: marchewkę odczytać dość dosłownie jako posiłek, a za kij przyjąć jego brak ‒ wszakże: „Kto nie chce pracować, niech też nie je”. Muszę powiedzieć, że możliwość jedzenia dopiero po ukończeniu kolejnego akapitu okazała się zaskakująco skuteczna, ale miała jeden dość zasadniczy minus ‒ nigdy nie sądziłem, że można taki stek bzdur nawypisywać tylko po to, żeby coś zjeść. Możliwe, że jeżeli kryterium ilościowe rozszerzyłbym na jakościowe i jadł dopiero po świetnie napisanym fragmencie, efekt byłby lepszy, jednak w obliczu swojej autokrytyki zrezygnowałem z tej metody. Obawiałem się, że eksperyment nie powiódłby się ze względu na śmierć głodową badanego.

 Specjaliści od motywacji jako jedną z przyczyn jej nieobecności wskazywali brak wiary w siebie i złe samopoczucie. O ile wydawało mi się, że ani jedno, ani drugie szczególnie mi nie doskwiera, stwierdziłem, że może jednak należy sprawdzić, czy związane z nimi sposoby dodawania sił okażą się skuteczne. Tu muszę przyznać się do obskurantyzmu i wstecznictwa, gdyż mój umysł okazał się niewystarczająco oświecony dla proponowanego zestawu czynności. Po słuchaniu przez kilkanaście minut mantr motywacyjnych mówiących mi: “Jesteś zwycięzcą”, “Możesz wszystko”, “Jesteś wspaniały”, “Masz w sobie moc”, a proszę mi wierzyć dobrze znoszę komplementy, gotowy byłem napisać cokolwiek, byleby wyłączyć już tę spiralę szczęścia i harmonii. Nie pomogły również dźwięki binarealne ‒ wykorzystany w nich element brzmieniowy przypominający spadające krople zamiast pobudzić mój mózg oddziaływał raczej na pęcherz. Bardzo rozczarowała mnie również ścieżka dźwiękowa “432 Hz Przyciągnij obfitość pieniędzy, dobrobyt, szczęście i bogactwo”, po jej paruminutowym słuchaniu sprawdziłem stan konta bankowego i nic, bogactwa jak nie było, tak nie ma. Krzyczący w różnych językach trenerzy “Wsłuchaj się w siebie!”, „Nie próbuj wszystkiego usprawiedliwić logiką, ponieważ są rzeczy, którym logika przeczy”, “Słuchaj tych małych głosów w sobie”, wydali mi się trochę podejrzani. Zgodnie z instrukcjami spróbowałem też oszukać swój mózg, uśmiechając się do siebie. Z natury jestem osobą często uśmiechającą się, zwykle do innych, dlatego pewnie wymuszane przez kilka minut utrzymywanie jockerowego grymasu zamiast dodać mi nadnaturalnego, pozytywnego, nastawiania spowodowało kwestionowanie własnej poczytalności.

Jakież było moje zaskoczenia, gdy sceptycznie nastawiony do motywacyjnego voodoo odkryłem, że jednak podziałało. Wymęczony testowaniem kolejnych wzmacniaczy mocy działania stwierdziłem “dość”. Pisanie tekstu to naprawdę mały wysiłek w porównaniu do tych wszystkich środków mających mnie w nim wspierać. Usiadłem więc napełniony nową energią do działania, wynikającą z jednego faktu prostego ‒ gdy tekst napiszę, żadnej z powyższych metod już nie będę potrzebować! Nie wiem, czy to mantry sukcesu, czy spacer przed pisaniem, ale takiej mocy twórczej w pisaniu i determinacji w jego zakończeniu jeszcze nie miałem.

___

tekst: Gabriel Kaczmarek

ilustracja: Helena Malczewska, Maciej Waleszczyk

opieka artystyczna: prof. Krzysztof Molenda Piotr Marzol
okładka: Olga Korcz, Piotr Marzol projekt oraz skład: Piotr Marzol
ilustracje oraz koncepcje graficzne: Michalina Nowacka, Marta Jaśkowiak, Weronika Kalemba, Maciej Waleszczyk, Helena Malczewska, Olga Korcz, Patrycja Walczak, Gabriela Patro, Kasia Wit

]]>
MANIPURA, HARA I AGNI https://lesma.org/manipura-hara-i-agni/ Thu, 23 Jun 2022 09:28:37 +0000 http://lesma.org/?p=1495 O mocy płynącej z brzucha.

 

Dawno, dawno temu w Delfach wypuszczono dwa orły. Pofrunęły w różnych kierunkach, okrążyły ziemię, a kiedy znowu się spotkały, ustanowiły jej środek – Omphalos – Pępek Świata.

Antyczni Grecy porównali świat do człowieka.

A tak dokładniej – do jego ciała.

No a później to już poszło…

 

Witruwiusz w swoim traktacie o architekturze rozpisał własny kanon ludzkiej sylwetki, a Leonardo da Vinci wpisał postać mężczyzny w kwadrat i koło – dwie figury idealne. Ich środkiem był pępek.

Pępek Świata, Omfalos, znajdował się w Delfach. Tam, gdzie – na przecięciu dwóch tektonicznych uskoków – ze szczeliny w ziemi wypływało źródło, którego opary wprowadzały w święty szał wieszczkę Pytię.

A ona, siedząc na trójnogu w adytonie („miejscu, gdzie się nie wchodzi”), dawała odpowiedzi na wszystkie pytania.

Brzuchem na Wschód

Według tradycyjnych praktyk duchowych brzuch to miejsce mocy.

W jodze spotkamy się z koncepcją czakr, gdzie trzecie centrum energetyczne – manipura – znajduje się właśnie na wysokości pępka i powyżej, aż do mostka.

Manipura – czakra splotu słonecznego – wprowadza w życie ruch i animuje wszelkie zmiany. Splot to nasze centrum energii. Słońce wewnątrz nas, które odżywia nasze ciało eteryczne, dając w ten sposób witalność naszemu ciału fizycznemu.

Pełne otwarcie to: radość, wdzięczność, szacunek, dostatek, pełnia, ciepło, przebaczenie, światłość.

Zamknięcie lub ciemność w splocie to zbytnia kontrola siebie i świata, stąd czasem mówi się że splot to czakra – Ego.

Poprzez splot słoneczny możemy odczuć, a z czasem rozpoznać, wibracje innych ludzi. Świadomie lub nie, reagujemy na te wibracje. Natrafiając na negatywne – odczuwamy zagrożenie, przejawiające się fizycznie w zacisku tego miejsca, uruchamiamy mechanizmy obronne.

I – albo zostajemy skuleni i przestraszeni, albo wręcz przeciwnie – jeżeli nasze wewnętrzne światło jest silne, otaczamy się nim, niczym płaszczem chroniącym nas i tych, których chcemy chronić.

Według tej teorii z tego obszaru na zewnątrz wypływa też nasza energia emocjonalna. Relacje międzyludzkie, zdolność wchodzenia w długotrwałe związki emocjonalne, sympatie i antypatie.

Można by długo jeszcze na ten temat pisać, ale jedno trzeba zrobić – dbać o splot, ponieważ ogień, który tam się pali, urzeka niezwykłością i wyjątkowością pasji.

Z kolei według Anatomii Jogicznej przez całe nasze ciało przepływa 72 000 kanałów nadi (subtelnych przewodów, w których płynie prana – energia życiowa). Wypływają one właśnie z pępka, a kończą się na rękach i stopach. Jakby na to nie spojrzeć, widać niezłą (ogromną, rozległą i dobrze skomunikowaną) sieć. Oby tylko była drożna.

Siostra jogi – ajurweda głosi, że brzuch jest siedzibą Agni – ognia trawiennego, który jest podstawą dobrego zdrowia. Agni, to ta siła, która transformuje jedzenie w składniki odżywiające komórki naszego ciała. Jeżeli Agni jest mocne, doskonale radzimy sobie z trawieniem, neutralizujemy szkodliwe substancje zawarte w jedzeniu oraz te powstające w procesie trawienia.

Często słyszymy, jak ważne jest w ajurwedzie, aby prawidłowo jeść, nie gasić ognia trawiennego Agni.

Jedzenie odżywia nas jedynie wtedy, jeśli przekształcone jest przez Agni. Dzięki niemu budują i regenerują się nasze tkanki, a my wchłaniamy i przyswajamy substancje odżywcze.

Jak wiadomo, nie jesteśmy tym, co jemy, ale tym, co przyswajamy,  transformujemy. A kiedy nasze wewnętrzne ciepło jest za słabe i nie jest w stanie transformować cząstek i nas odżywiać, po prostu zaczynamy umierać. No, może nie od razu, ale trochę dramatyzmu nie zaszkodzi.

Agni jest też pewnym symbolem przemiany, jaka następuje w naszym ciele i umyśle.Trawimy nie tylko to, co jemy, ale i doświadczenia, bodźce, wydarzenia, traumy i wspomnienia. To wszystko, co przeżywamy, musi być strawione, przetworzone, przetransformowane „na nasze”. Według ajurwedy zdrowie układu nerwowego (mówiąc wprost: zdrowie psychiczne) zaczyna się właśnie w brzuchu i również jest uzależnione właśnie od Agni.

Wracając do pępka, bo jakoś mi ten pępek ładnie się komponuje jako, nomen omen, punkt. Pępek to szczególne miejsce, pozostałości pępowiny, którą byliśmy połączeni z matką i właśnie tą drogą przyjmowaliśmy wszelkie substancje odżywcze. Ajurweda wierzy (jak nadi w jodze), że w tym miejscu znajduje się wiele zakończeń nerwowych i powinniśmy o nie szczególnie zadbać. Medycyna ajurwedyjska na pępek stosuje różnego rodzaju okłady z olejków, minerałów, ziołowych papek, ale też masaże i uciskanie. Zabiegi poprawiają funkcjonowanie systemu odpornościowego, układu nerwowego, umysłu i emocji.

Zabiegi na pępek znane są w różnych kulturach, w tym słowiańskiej. Stosuje je się w medycynie chińskiej oraz tybetańskiej. Znacie ten numer ze szczelnym zaklejaniem plastrem pępka w celu zapobiegania chorobie lokomocyjnej? Ma to związek z bliskością nerwu błędnego. Wierzyć? Nie wierzyć? Na mnie działa!

Hara to centralny punkt energetyczny człowieka, centrum życia – ciała fizycznego, mentalnego, emocjonalnego i duchowego. Centrum mocy oraz siedziba duszy. Portal do nieśmiertelności.

Obszar hara w ciele znajduje się pośrodku brzucha. Niektórzy mówią, że między splotem słonecznym a kością łonową. Inni, że trzy palce pod pępkiem. Znajdujemy wiele informacji na ten temat we wszystkich kulturach starożytności. Hara to miejsce, przez które każdy otrzymuje energię z Kosmosu i Ziemi.

Samo słowo „hara” przyszło do nas z Japonii, gdzie rytuał samobójstwa        był powszechnie znany. Dosłownie oznacza to „odcięcie duszy od ciała”.

Wiedza o punktach witalnych była ważnym elementem kształcenia azjatyckich sztuk walki i lecznictwa. Z jednej strony zranienie mogło unieszkodliwić wroga, z drugiej przynosić ulgę w dolegliwościach i leczyć.

 „Człowiek rodzi się połączony z matką przez pępowinę. Pępek jest związany z dolnym polem Morza Energii, tworząc Bramę Życia. Płód otrzymuje życie przez otwarcie tej Bramy, a niemowlę przychodzi na świat przez jej zamknięcie. Dlatego jako źródło energii żywej obszar ten jest źródłem energii człowieka. To źródło samopoczucia człowieka, jego komfortu lub dyskomfortu, jego siły i słabości. Kiedy w tym miejscu energia jest silna, cały organizm jest silny. Gdy jest słaba, ciało staje się słabe.”

Chang Chin-Chiou – nadworny lekarz chińskiej dynastii Ching

 

Według teorii Tradycyjnej Medycyny Chińskiej i Qigongu pępek jest podstawą ludzkiego życia i głównym punktem dla 8 Meridianów Cudownych. Po drugie pępek jest miejscem udoskonalenia qi. Choć pępek jest mały, leży na przecięciu yin i yang całego ciała, jest używany jako meridian. Pępek jest korzeniem rezerwuaru witalności, a obszar jamy brzusznej z pępkiem jako rdzeniem staje środkiem.

Ciężkości?

I centrum.

Mocy?

A może jest zupełnie inaczej?

Brzuchem na Zachód

Brzuch, który daje życie, jest dzisiaj chyba najbardziej wstydliwą i retuszowaną częścią ludzkiego ciała, szczególnie ciała kobiety.

Gdzieś przeczytałam i utkwiło mi w pamięci, że brzuch małej dziewczynki przestaje być szczęśliwy około 6 roku życia. To wtedy zaczyna się zwracanie uwagi przez dorosłych „nie pokazuj brzucha, nie wypinaj, wciągnij brzuch… Znacie to?

Oddech staje się płytszy, przepona blokuje, serce oddziela się od brzucha, z czasem powstaje nowa norma. Pamiętacie brzuch małego dziecka? I.. bardzo często pojawia się jakiś rodzaj wstydu, dziwnym trafem kojarzącym się z brzuchem.

Odtwórz w myślach historię swojego brzucha. Od najmłodszych lat do teraz. Z czym Ci się kojarzy to miejsce? Napięcie czy przyjemność? Wrażliwe miejsce czy skurcze i burczenie? Głaskanie i dotykanie, zachwyt czy krytyka, ocena i zasłanianie brzucha dużym swetrem?

A może postrzegasz brzuch jako przewód pokarmowy, miejsce dla wątroby, żołądka i innych organów z wiązanych z trawieniem? Może po zachodniemu brzuch dla Ciebie to korpus – core, ćwiczenia, a może tkanka tłuszczowa, mięśnie? Przepona?

Kiedy wpisuję w Google hasło „brzuch”, pojawiają się takie podpowiedzi: brzuch po porodzie, brzuch insulinowy, brzuch alkoholowy, brzuch boli od pizzy, brzuch stresowy, jak odchudzić brzuch, jakie sukienki tuszują wystający brzuch, ćwiczenia na brzuch, jak pozbyć się opony z brzucha, spuchnięty brzuch i podobne. Możecie dopisać własne.

 

A pępek? Z czym kojarzy Ci się pępek? Lubisz swój pępek? Jego kształt, wygląd, historię? Czy może wydaje Ci się niepotrzebny?

Na samym środku brzucha mamy coś, co tylko przez chwilę spełnia swoją rolę. Później staje się blizną. Czego? Po czym?

 

Często postrzegamy brzuch w sposób fizjologiczny. Interesuje nas jego wygląd, koncentrujemy się na trenowaniu silnych mięśni, najczęściej jednak dla wyglądu, rzadko dla odczuć.

Chociaż czasami dajemy się ponieść poetyckim określeniom typu „motyle w brzuchu”, „ czy mniej poetyckim, – „czuję ścisk żołądka”, „mam kamień w brzuchu”, żołądek mi podszedł do gardła”, czyli jednak mamy poczucie, że jest tam jakaś moc?

Ale zaraz nam to przechodzi, bo włączamy telewizję (kto ma, ten ma) i widzimy reklamy środków związanych właśnie z tym obszarem. Na niestrawność, na wzdęcia, na zaparcia, na biegunki… Czyli jednak brak mocy. Tu zostawiam pauzę na przemyślenia.Temat rzeka.

Przychodzi do głowy, że może te problemy wynikają z braku kontaktu z mózgiem. Ale nie z tym w głowie, tylko tym w brzuchu.

Mogłoby się tak tutaj skończyć i pozostać w pamięci jako laurka wystawiona wschodniej medycynie, ale może zamiast kończyć i dzielić, połączmy to w jeden temat.

Wschodnia medycyna już wieki temu zajmowała się tym, co zachodni lekarze nazywają obecnie splotem trzewnym – gęsta sieć nerwów, która ze względu na swój wygląd nazywana była „mózgiem brzusznym”. Ciekawostka – ponoć twórcą tego określenia był Artur Schopenhauer.

 

 

Splot ma wysoką autonomię (np. steruje ruchami jelit, samodzielnie „dobiera” ilość soków trawiennych itp.), ale nieustannie komunikuje się jednak z „prawdziwym” mózgiem. Jak twierdzi dr medycyny Michael Gershon, pewne neurologiczne miejsca, znajdujące się m.in. w jamie brzusznej, odpowiadają neuroprzekaźnikom w taki sam sposób, w jaki dzieje się to w mózgu. Uznajmy, że „prawdziwy” to ten w głowie. Ta komunikacja jest jednak „trochę” niesymetryczna – około 90% informacji przechodzi od splotu trzewnego w górę, a zaledwie 10 % w drugą stronę. Łatwo się domyślisz, że odpowiednia stymulacja mózgu brzusznego w bezpośredni i znaczący sposób może wpływać na nasz mózg właściwy, a dalej – równowagę psychiczną, dobry nastrój, koncentrację i wiele innych elementów. Te zwrotne 10% zapewniają nam za to takie „atrakcje” jak ból brzucha, wymioty czy biegunka przy dużym poziomie stresu czy zdenerwowania. Temat jest obszerny, zainteresowani albo już wiedzą, albo przeczytają, bo zagadnienia z tym związane są akurat na czasie.

Splot trzewny (mówiąc po zachodniemu) to nie tylko połączenie naczyń i nerwów, ale też centrum odpowiedzialne za emocje: ambicję, złość, nienawiść, zazdrość, chciwość i chęć niszczenia. Kiedy targają nami wielkie, niepozytywne emocje, splot słoneczny zmusza przeponę do nieregularnych ruchów, w wyniku czego oddech staje się płytki i jakby przyduszony. Znasz to? Każdy, choćby nie wiadomo jak byłby „oświecony”, miał w swoim życiu takie doświadczenie. A może masz to do tej pory? Zauważ. Przy zakłóconym działaniu splotu słonecznego odczuwa się zniechęcenie i przygnębienie. Wiedz, że to nie czary, to fizjologia i biochemia Twojego ciała. Wiedz, skąd pochodzi Twoja moc.

Można by ciągnąć te rozważania w różne strony, wszak pomiędzy wschodem i zachodem rozciąga się cały teren.

Można podróżować w każdym kierunku.

Nasuwa się chęć poruszenia tematu nerwu błędnego, przepony i całego tematu oddechowego, jelit i całej psychosomatyki, bo brzuch to magazyn trudnych doświadczeń, które – nieprzepracowane – ujawniają się w postaci bolesnych objawów, nieznajdujących pokrycia w wynikach badań. Może na zajęciach o tym porozmawiamy?

 

Dobra, na razie wystarczy. Teraz jest świetna okazja (niezależnie od tego, jak postrzegasz swój brzuch), żeby dać sobie chwilę na zauważenie, że energetycznie, emocjonalnie i fizycznie, to bardzo ważne miejsce na mapie Twojego ciała.

 

Więc… połóż rękę na brzuchu.

Pozwól sobie na swobodny oddech.

Wyobraź sobie, że wdychasz przez pępek, że oddech stąd właśnie dostaje się dobrzucha, do gardła, i że podczas wydechu znowu płynie w stronę Twojego brzucha i opuszcza Twoje ciało przez pępek. Wyobrażaj to sobie przy każdym oddechu i nie próbuj wpływać na swój oddech. Poczuj się jak śmiejący się Budda, znany z różnych obrazków jako staruszek o pełnym, okrągłym brzuchu, świadczącym o tym, że jego pragnienia zostały spełnione, a on sam stał się wolny i bez uwikłań.

 

A na koniec (coś nie mogę skończyć) pozostawię Cię z cytatem Davida R. Hawkinsa

„Człowiekowi wydaje się, że żyje dzięki siłom, które kontroluje, ale w rzeczywistości to nim rządzi moc płynąca z nieujawnionych źródeł, moc, nad którą nie ma on kontroli”.

___

tekst: Barbara Libako

ilustracje: Barbara Libako, Piotr Marzol, Jerzy Sadowski

opieka artystyczna: prof. Krzysztof Molenda Piotr Marzol
okładka: Olga Korcz, Piotr Marzol projekt oraz skład: Piotr Marzol
ilustracje oraz koncepcje graficzne: Michalina Nowacka, Marta Jaśkowiak, Weronika Kalemba, Maciej Waleszczyk, Helena Malczewska, Olga Korcz, Patrycja Walczak, Gabriela Patro, Kasia Wit

]]>
Dado – książę w wiecznym mieście https://lesma.org/1441-2/ Fri, 31 Dec 2021 12:04:37 +0000 http://lesma.org/?p=1441 „Koniec jest zawsze taki sam – śmierć. Najpierw jednak było życie. Życie ukryte za pustym bla, bla, bla… Pokryte, niczym osadem, nadmiarem słów i dźwięków. Cisza i uczucia, wzruszenie i strach. Nietrwałe drobinki piękna. I jeszcze upokarzająca nędza i ludzka żałość. Zawstydzenie pustką istnienia bla, bla, bla… Gdzie indziej pozostaje gdzie indziej. Nie dbam o to. Niech zatem ta opowieść się zacznie. W gruncie rzeczy to tylko sztuczka, tak, tylko sztuczka” (Jep Gambardella, „Wielkie Piękno”, reż. Paolo Sorrentino). Niech zatem ta opowieść się zacznie:

 

SCENA PIERWSZA – NARODZINY 

Alessandro Maria Galeazzo Ruspoli, dla rodziny i przyjaciół po prostu Dado, przychodzi na świat w Rzymie w Palazzo Ruspoli 9 grudnia 1924 roku jako 9. książę Cerveteri, 9. markiz Riano, 14. hrabia Vignanello, Książę Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Wielki Mistrz Świętego Apostolskiego Hospicjum. Korzenie rodu Ruspoli sięgają 1200 lat wstecz, aż do Szkocji i przodka zwanego Marius Scotus – wodza pozostającego na służbie Karola Wielkiego. Ta długa rodzinna historia mieści w sobie dziewięciu papieży, a nawet jedną świętą – Hiacyntę Mariscotti, która została wyniesiona na ołtarze w 1807 roku. Nazwisko Ruspoli – obok najważniejszych rzymskich rodzin – Colonna, Orsini, Odescalchi, Borghese i Doria Pamphilj – znajduje się, rzecz jasna, na watykańskiej liście aristocrazia papalina czarnej szlachty” faworyzowanej przez głowę Kościoła. Ta bliskość świętości i pobożności nie przeszkadza Dado w osiąg­nięciu tytułu króla ekscentryków, ekstrawagancji, rozpusty i awanturniczych wyczynów.

 

Jego ojcem jest Francesco Ruspoli – arystokrata, poeta i rzeźbiarz, który walczył w obu wojnach światowych. Matka, Claudia Matarazzo, umiera, gdy Dado ma dziewięć lat, a brat Sforza Marescotto, zwany Lillio, zaledwie sześć. Dziedziczka jednej z największych brazylijskich fortun pozostawia synom majątek, który pozwala im wieść beztroskie życie. 

 

Domem dla Dado jest wspomniane już Palazzo Ruspoli. Ten okazały gmach powstał w 1556 roku, ale do rodziny Ruspoli należy od 1713 roku. Przodkowie księcia uczynili z pałacu jedno z najmodniejszych miejsc w Rzymie. Odbywały się w nim wystawne bale, a od połowy XVIII wieku funkcjonował salon literacki, w którym wystawiano wysoko cenione sztuki i organizowano słynne koncerty, na których grali Händel i Scarlatti. Do skarbów pałacu zalicza się 120-stopniową klatkę schodową wykonaną z marmuru, po której – jak twierdzi Dado – jego przodkowie wjeżdżali konno. Do innych posiadłości rodziny należy też zamek w Cerveteri i zamek w Vignanello zbudowany przez benedyktynów w IX wieku. Posiada on jeden z najwspanialszych renesansowych ogrodów we Włoszech i jest wypełniony historią rodu Ruspoli. To właśnie tam Dado najchętniej przebywa w czasie letnich wakacji.

 

SCENA DRUGA – PRZYJACIELE

Via Veneto w Rzymie, Saint-Tropez, Capri – dokądkolwiek przyjeżdża, czy to swoim Maserati czy Ferrari 250 GT, przywozi ze sobą niewyczerpywalne poczucie humoru i natychmiast staje się duszą towarzystwa. Charyzmą i urokiem osobistym zjednuje sobie mężczyzn i jak magnes przyciąga kobiety. Na przyjęciach, dla zabawy, gryzie kieliszki od szampana. Na jedną z imprez odbywających się nad morzem przybywa w garniturze na nartach wodnych i ponoć dociera do brzegu bez zamoczenia eleganckiego stroju. Zadaje się z kim trzeba. Przez mieszkanie, które wynajmuje na południu Francji wraz z reżyserem Rogerem Vadimem (tym od „I Bóg stworzył kobietę”) i aktorką Jane Fondą, przewija się wiele barwnych postaci: Brigitte Bardot, Truman Capote, Orson Welles (który uczy go magii i hipnozy – pasję do nich Dado przejawia do końca swoich dni), Federico Fellini, Roman Polański, Pablo Picasso, Willem de Kooning, Balthus, Salvador Dalì (który – w swoim stylu – eufemistycznie twierdzi, że Dado ma „największą limuzynę w Europie”), członkowie The Rolling Stones i Jean Cocteau (który pomaga mu rzucić kokainę – nałóg, w który wpada zapewne po wizycie tych ostatnich).

 

Najszczęśliwszy jest w dobrym towarzystwie. Wszyscy czują się z nim dobrze, bo każdego – od kardynała po sprzedawcę warzyw – traktuje równo. Ma łatwość zaprzyjaźniania się z ludźmi, poświęca im uwagę i czas. Gdy po piętnastu latach od śmierci księcia Dado, na dziedzińcu Palazzo Ruspoli spotykam tamtejszych pracowników i pytam, czy go znali, odpowiadają: „Jakżeby inaczej! Pracowaliśmy dla niego ponad trzydzieści lat! Brakuje nam go. Był uosobieniem elegancji i dobroci”. W każdym słowie i geście wyczuwa się szczerość tego wyznania. W samych superlatywach mówi też o nim starszy kelner z l’Antico Caffè Greco – historycznej już kawiarni o artystycznym klimacie, znajdującej się nieopodal Schodów Hiszpańskich, w której bywali wszyscy najwięksi polscy malarze i pisarze – od Mickiewicza po Miłosza. Snując wspomnienia o Dado, ubrany w niezwykle elegancki frak, kelner wskazuje miejsce, w którym lubił siadywać książę. Puste miejsce po nim dobitniej niż tysiąc słów wyraża nieodwracalną stratę.

 

Znajomości zawarte w młodości pomogłyby mu zbić fortunę, ale jemu na pieniądzach nie zależy. Najtrafniej podsumowuje to Clive James w filmowej „Pocztówce z Rzymu” (1987): „Dado to jeden z ostatnich okazów wymierającego gatunku. Ten włoski arystokrata bankrutuje z elegancją, ponieważ bardziej zależy mu na życiu z wdziękiem niż na uganianiu się za kasą”. Trzeba przyznać, że Dado rzeczywiście trwoni pieniądze z ogromną gracją. Gdy osiąga wiek emerytalny, jego dotąd bezgraniczna hojność, którą obdarzał również organizacje charytatywne, zmusza go jednak do ograniczenia rozrzutności. 

 

SCENA TRZECIA – FILM

Plotka głosi, że Federico Fellini postanawia nakręcić „Słodkie życie” („La dolce vita”, 1960) zainspirowany jego osobą. Gwiazdy filmu, Marcello Mastroianni i Anita Ekberg, ukazują na szklanym ekranie życie pełne hedonistycznej przyjemności, seksualnej swobody i niekończących się przyjęć – dla Dado chleb powszedni.

 

Nieśmiało mówi się, że jego osobowość odbija się też w postaci Jepa Gambardelli, bohatera kolejnego arcyrzymskiego filmu – „Wielkie Piękno” („La grande bellezza”, 2013) w reżyserii Paola Sorrentino.

 

Jego rola w światowym kinie nie ogranicza się jedynie do bycia inspiracją dla postaci filmowych. Próbując swoich sił w aktorstwie, otrzymuje niewielkie role w trzeciej części „Ojca Chrzestnego” Francisa Forda Coppoli, „Identyfikacji kobiety” Michelangela Antonioniego czy serialowych „Kronikach młodego Indiany Jonesa”. 

 

Nie musi być wielką gwiazdą filmową, wszyscy mężczyźni i tak chcą naśladować jego styl (mając zapewne nadzieję, że przyniesie im podobne powodzenie u kobiet). Jest świadomy swojego wizerunku. Ekscentrycznym stylem ubierania się wyprzedza swoją epokę. Na długo przed swingującym Londynem i hipisami Dado chodzi boso lub nosi jaskrawoczerwone spodnie i pasujące do niego mokasyny (dziś powiedzielibyśmy: klasyka włoskości). Jego głowa pokrywa się kolorowymi pasemkami na dwie dekady przed pojawieniem się punku. Po jego wizycie na Capri w 1950 roku wszyscy mówią o jego zadziornym, pirackim stylu, którego esencją jest niesiona na ramieniu papuga, choć Dado prostuje, że była to ranna wrona, którą niósł do hotelu, by tam się nią zająć.

 

SCENA CZWARTA – PRACA

Na kpiące pytanie „Czy ty kiedykolwiek pracowałeś?” Dado odpowiada: „Nie, nigdy nie miałem czasu”.

 

SCENA PIĄTA – NAŁOGI

Cenny czas kradną mu kobiety. Clive James żartuje, że w czasach la dolce vita „Dado budzi się o zmierzchu, by zacząć dzień z drinkiem w jednej ręce i kobietą w drugiej. Trzydzieści lat później zwalnia nieco tempo i zamiast o zmierzchu, budzi się po południu”. W pogoni za licznymi kobietami Dado zatrzymuje się na dłuższą chwilę czterokrotnie. W 1947 roku żeni się z baronessą Franceską de Blanc. Małżeństwo rozpada się jednak z powodu jego licznych zdrad. Drugie małżeństwo zawarte z francuską arystokratką i malarką Nancy de Girard de Charbonnières w 1964 roku zapowiada się znacznie lepiej. W 1967 roku na świat przychodzi pierworodny syn pary, Francesco, ale nie ratuje to związku przed rozpadem. W połowie lat 70. Dado wiąże się z amerykańską aktorką Debrą Berger, z którą ma dwóch synów – Tao i Bartolomeo. Swoich dni dożywa u boku ostatniej żony – Theresy Patricii Genest, z którą również ma dwójkę dzieci, Mathildę Mélusine i Théodora Alexandre’a. To dla tej byłej francuskiej modelki Dado przyrzeka wyrzec się imprezowania. Złośliwi twierdzą, że wierności udaje mu się dotrzymać tylko dlatego, że wchodząc w ten związek ma 69 lat, a jego żona jest o prawie czterdzieści lat młodsza. Dado ma w sobie wielki głód życia i kąśliwe uwagi ucina jednym ze swoich bon motów: „Jestem drzewem wciąż pełnym owoców, gdy wokół widzę tyle zwiędłych winorośli”.

 

Kobiety nie są jego jedynym nałogiem. W młodości znika na kilka miesięcy, zagubiony gdzieś między Nepalem, północną Tajlandią i Birmą. Szuka siebie samego w oparach opium.

 

SCENA SZÓSTA – KULTURA

W rozmowie z Clive’em Jamesem Dado mówi o pośpiechu, jaki nam dziś towarzyszy i wspomina chwile swojej młodości, w której było znacznie więcej czasu na wszystko – na cieszenie się życiem i przyjaciółmi, na zakochanie się, na poderwanie dziewczyny. James rzuca komentarz, że brzmi to raczej dekadencko, na co Dado odpowiada: „To brzmi dla mnie jak komplement. Kultura wywodzi się z dekadencji. To barbarzyńcy niczego nie tworzą. Dekadencja to Egipt, to Grecja. Piękno życia i kultura opierają się na dekadencji. Postęp potrzebuje barbarzyńców, a kultura i cywilizacja potrzebuje dekadentów. Nazywaj mnie dekadenckim!”.

 

Pomimo swoich ekstrawaganckich skłonności, Dado nie jest próżniakiem. Uczestniczy w kulturze, jest znakomitym rozmówcą, ma wyrobiony smak, jest wszechstronnie wykształcony i wrażliwy na piękno, lubi pisać wiersze. Trwającą całe życie miłość do sztuki okazuje poprzez mecenat nad działalnością baletową i muzyczną. Nie ma go jednak na ostatnim przyjęciu, które organizuje „dla wsparcia sztuki tańca”. Tej nocy umiera, ale przed śmiercią daje jasną instrukcję: „Proszę, nie odwołujcie niczego”. Sześćset osób bierze udział w kolejnym przyjęciu, tym razem zorganizowanym kilka godzin po jego pogrzebie – baletowym hołdzie dla Bacha i Vivaldiego. 

 

SCENA SIÓDMA, OSTATNIA? – ŚMIERĆ

Na pytanie swojego syna, Tao: „Czy zawsze żyłeś chwilą obecną?”, bez wahania odpowiada: „Tak. Zajęło mi ładnych parę lat, żeby zrozumieć, że wieczność istnieje tylko w teraźniejszości”. Tao ciągnie: „Nie boisz się śmierci?”. Pada krótka odpowiedź: „Nie”. Tao upewnia się: „Nic a nic?”. Dado uśmiecha się lekko i mówi: „Nic a nic. To tylko zmiana stanu. Kiedy dziecko znajduje się w łonie matki, oczekując narodzin, mogłoby powiedzieć – podobnie jak my i wielu ateistów – że nie wierzy w istnienie swojej rodzicielki. Pływając w wodach płodowych, myśli o tym, że nigdy nie widziało swojej matki, więc ona nie istnieje. Kiedy wody płodowe odchodzą, a ono jest wstrząsane przez to wewnętrzne morze i wypychane w stronę czarnej dziury, mogłoby wykrzyknąć: Umieram!”.

 

Synowi czyta też swój poetycki manifest nieskończoności: „Dlaczego to ciało będzie musiało wpaść w ramiona śmierci? Dlaczego muszę opaść jak dojrzały owoc, by zgnić? Może ziemia musi mnie pożreć i pożywić się mną, by móc znów się odrodzić, by wydać na świat kolejne wiosny, nowe kwiaty, nowe owoce i – może – moje nowe życie”.

 

Głęboko wierzy w reinkarnację, interesuje się jogą i transcendentalizmem. Śladem po fascynacji filozofią wschodu są trzy tatuaże wykonane podczas wyprawy do Laosu. Podróże po regionie zbiegają się również z jego upodobaniem do opium, za co w młodości zostanie w Azji aresztowany. Z czasem porzuca tę namiętność, a z licznych wyjazdów przywozi inne pamiątki, którymi wypełnia swój dom.

 

11 stycznia 2005 roku udaje się w nieodwracalną podróż z jednego Wiecznego Miasta do kolejnego. Jego pogrzeb odbywa się w rodzinnym kościele San Lorenzo in Lucina. Podczas ceremonii synowie Tao i Francesco czytają jego wiersze. W jednym z nich Dado pisze: „Szukałem śmierci wszędzie w tym gwieździstym wszechświecie i nie widzę nic poza życiem… Szukałem śmierci w wodzie, od fal po ryby, od wodorostów po koralowce… Szukałem śmierci w niebie, a widzę tylko życie… Szukałem śmierci wszędzie – na ziemi, w lasach, na zimnych stołach kostnicy i nie znalazłem nic poza życiem…”.

 

___
tekst: Aleksandra Podżorska

]]>
codzienna nieskończoność https://lesma.org/codzienna-nieskonczonosc/ Fri, 31 Dec 2021 11:46:19 +0000 http://lesma.org/?p=1434 Wielu z nas marzyło w dzieciństwie, aby kiedyś zostać kimś wyjątkowym i wieść życie bogate w ekscytujące zdarzenia, namiętności, rozmaite przygody. Oglądając filmy lub czytając wspaniałe historie, fantazjowaliśmy, że stajemy się bohaterami opowieści. Życie sławnego piosenkarza, rozchwytywanej aktorki czy nieustraszonego policjanta zdawało się być takie wyjątkowe, barwne i pełne wrażeń. Zainspirowani takimi przykładami, dążyliśmy do realizacji naszych marzeń, goniliśmy za wyobrażeniami. Dorastaliśmy, a życie weryfikowało plany.

 

W wielu przypadkach okazuje się, że wizje z dzieciństwa mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Każdego z nas dopada rutyna, czyli taka codzienna nieskończoność. Przychodzi nam zmierzyć się z powtarzalnością w różnych obszarach naszego funkcjonowania.

 

Przeglądając materiały zamieszczane w internecie, słuchając podcastów czy przeglądając czasopisma, można zauważyć duży rozłam w kwestii podejścia do rutyny. Dla niektórych staje się ona najgorszym wrogiem, dla innych przyjacielem. Jedni reklamują ją jako klucz do sukcesu, drudzy mnożą sposoby, jak sobie z nią radzić. Fascynujące jest, że w tak odmienny sposób przeżywamy to samo doświadczenie.

 

Za co można tak nie lubić rutyny? Pewnie każdy czytelnik zna to uczucie, kiedy coś zdaje się nie mieć końca. Za czasów szkolnych tak ciągnął się rok nauki, aż do upragnionych wakacji. Później czekało się na osiemnaste urodziny, żeby osiągnąć mityczną pełnoletniość, zamieniającą to, co zakazane w dozwolone. Znudzony student wyczekuje na koniec serii nudnych wykładów. Strudzony pracownik od poniedziałku odlicza dni do końca tygodnia bądź wymarzonego urlopu. Spracowana matka czeka, aż dzieci dorosną i będzie mogła odpocząć od zmieniania pieluch. Każdy miał lub ma jakąś swoją niekończącą się historię. Coś, co powtarza się ze stałą częstotliwością przez dłuższy czas i zaczyna być źródłem frustracji. Dopada nas wtedy uczucie monotonii, stagnacji, nudy. Obniża się nastrój. Stąd jak grzyby po deszczu pojawiają się materiały o tym, jak przełamać rutynę w pracy, związku, codzienności.

 

Czytając powyższy akapit, przypominając sobie własne doświadczenia związane z powtarzalnością zdarzeń, można by zadać sobie pytanie, jak tu inaczej pisać o tej rutynie, niż doradzając i mnożąc sposoby na poradzenie sobie z jej uciążliwością. Może jednak, zanim ją osądzimy, spróbujmy spojrzeć także na pozytywną stronę rutyny.

 

Słownik Języka Polskiego definiuje rutynę jako postępowanie bądź wykonywanie jakichś czynności według utartych schematów. Takie sekwencje schematów układają się w ścieżki działania i przeprowadzają nas przez różne czynności. Być może monotonna w odbiorze, ale ta powtarzalność jest dobra dla naszego mózgu, który jest takim centrum dowodzenia. A więc i dla nas. Dlaczego? Dla zobrazowania odwołajmy się do doświadczeń, które są udziałem większości z nas. Od dziecka nabywamy umiejętności, które umożliwiają nam utrzymanie się przy życiu, dbanie o siebie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Przykładowo nauka spożywania posiłków, używania sztućców, mówienia czy pisania. Początkowo czynności te sprawiają trudność i są wyzwaniem. Z czasem zamieniają się w automatyzmy, nasz mózg wgrywa sobie takie programy i odtwarza je w określonych sytuacjach. Dzięki temu nie musimy za każdym razem, kiedy czujemy głód, zastanawiać się, co to oznacza, co z tym zrobić, jak zdobyć jedzenie, jak pokroić chleb czy w jaki sposób i gdzie włożyć kęs pożywienia. Gdy różne czynności są powtarzane, wchodzą w nawyk i nie musimy się męczyć, podejmując po raz kolejny dane działanie. Zapewne obecnie możemy przygotowywać jedzenie (jeśli nie jest to nowy przepis), jednocześnie rozmawiając z partnerem/partnerką i w międzyczasie jeszcze ściągać pranie albo rozpakować zakupy. Mózg jest bardzo sprytny, kieruje się zasadą ekonomiczności, rozgryza schematy, przyswaja je i dzięki temu uwalnia energię, którą możemy inwestować w coś innego. Rutyna, bazując na powtarzalności, jest sprzymierzeńcem naszego mózgu. Kiedy musimy wstawać o wczesnej porze, aby zdążyć do pracy, w dzień wolny możemy złapać się na wybudzeniu o tej konkretnej godzinie. Gdy idziemy po raz kolejny tą samą drogą, możemy myślami poszybować w świat fantazji, a i tak dojdziemy tam, gdzie zwykle, bez konieczności uważnego monitorowania, w którą stronę skręcić.

 

Rutyna to także droga do profesjonalizmu. Kiedy zaczynamy nową pracę albo uczymy się języka obcego, początkowo przytłacza nas ogrom wiedzy, jaką musimy przyswoić. Z czasem zaczynamy być coraz bardziej biegli, coraz bardziej efektywni. Kiedy dostatecznie długo się czymś zajmujemy, mozolnie powtarzamy pewne doświadczenia, stajemy się w nich coraz lepsi. Rzeczy, które zdawały się być bardzo trudne, z czasem stają się coraz prostsze, a uwolnienie zasobów sprawia, że możemy je inwestować w coraz to nowe, bardziej skomplikowane zagadnienia. Stąd tak wiele osób, które mówią o swoim sukcesie i motywują innych, podkreśla, jak ważną rolę odgrywa codzienna rutyna.

 

Zostawmy na chwilę mózg i przyjrzyjmy się naszej emocjonalności. Tutaj też, poza dyskomfortem związanym z nudą, możemy doświadczyć przyjemnych odczuć wynikających z rutyny. Kiedy wiemy, co nas czeka, czujemy się bezpiecznie, a to wpływa na nasze ogólne samopoczucie i dobrostan psychiczny. Niemożliwym jest również funkcjonowanie stale na najwyższych obrotach, w otoczeniu wielu bodźców. Stąd w miarę trwania, różne czynniki mniej nas pobudzają, a to sprawia, że nie jesteśmy w ciągłej gotowości i stresie. 

 

W zależności od tego, o jakiej rutynie mówimy, ludzie opisują także inne pozytywne wrażenia. Przykładowo osoby, które starają się wprowadzać zdrowe nawyki albo poświęcać regularnie jakiś czas na zadbanie o siebie, opisują korzystny wpływ takich praktyk na poczucie własnej wartości czy skuteczność. Nie mówiąc o rezultatach. Bo jak już wiadomo (czytaj wyżej), gdy coś regularnie powtarzamy, stajemy się coraz lepsi, co wpływa na większe zadowolenie z siebie i motywuje do dalszych działań. Nasze ciała także lubią rytmiczność: kiedy regularnie jemy, a nasz cykl snu i czuwania jest stały, czujemy się fizycznie i psychicznie lepiej.

 

Co tu począć więc z tą rutyną? Niesie ze sobą tyle dobrego, a jednocześnie może być taka uciążliwa. Co decyduje o tym, jak będziemy odbierać codzienną powtarzalność? 

 

Pewnie zastanawiając się nad własnymi doświadczeniami, można odnaleźć takie rutyny, które się lubi i które sprawiają przyjemność, jak również takie, których się nie lubi, ale trzeba brać w nich udział. Poranna kawa każdego dnia może być na przykład przyjemnym rytuałem, którego już czasem kładąc się do łóżka, nie można się doczekać. Te miłe rutynowe czynności to zapewne nie jest coś, czemu tutaj konieczne byłoby poświęcać czas. Bo po cóż rozwodzić się nad tym, co lubimy i co chcemy pielęgnować? Po prostu róbmy to. Ale co z tymi nieprzyjemnymi, koniecznymi rutynami, które może i bardzo użyteczne, ale są dla nas trudne do zniesienia?

 

W tym miejscu pojawia się pokusa, aby sięgnąć po jeden z rozlicznych tekstów, w których specjaliści radzą, jak przełamać rutynę w (tutaj każdy może wstawić, co uważa). Jednak warto się zatrzymać i przyjrzeć temu, co najbardziej nas męczy w tej określonej powtarzalności. Porady są dobre, ale może lepiej się nimi inspirować zamiast korzystać z gotowych przepisów na rozwiązanie problemu. Dlaczego? Posłużmy się przykładami.

 

Osoba, która zaczyna odczuwać monotonię i nudę w pracy, sięgając po sposoby na rozwiązanie problemu, może przeczytać, że powinna lepiej organizować czas, zastosować inny system przerw, wyznaczać małe cele, nagradzać się za drobne sukcesy i wiele, wiele innych. Testowanie czy wdrażanie tych pomysłów może zająć dużo czasu, któryś z nich nawet może pomóc. Ale co, jeśli ta osoba zaczyna czuć nudę, bo właściwie nie lubi swojej pracy i marzy o tym, aby wykonywać zupełnie inne rzeczy zawodowo? Co, jeśli praca sama w sobie jest w porządku, ale atmosfera w biurze i narzucone przez organizację rytuały są frustrująco powtarzalne? Zaczynanie od poszukiwania sposobów, kiedy nie zdefiniuje się problemu, może skazać na porażkę bądź znacząco wydłużyć cały proces radzenia sobie.

 

Problem rutyny w związku też jest bardzo chętnie omawianym tematem i istnieją rozliczne sposoby na to, aby ożywić relację. Jednak każdy związek to kombinacja dwóch jedynych w swoim rodzaju osób. Jak więc znaleźć uniwersalne przepisy na każde z takich połączeń? To, co jednym pomaga, innym może zaszkodzić i odwrotnie. Może lepiej zatem poszukać właśnie w tejże relacji, zacząć więcej rozmawiać o tym, co się między nas wkradło, zadawać sobie pytania, wczytywać się w siebie samych i w siebie nawzajem. Czego jeszcze nie wiemy o sobie? Jakie obszary pozostały nieodkryte? Co moglibyśmy zrobić? Co zmienić? Czego się boimy? Czego pragniemy? O czym marzymy?

 

Rutyna to nieodłączny element życia, może wywoływać wachlarz emocji. Od tych przyjemnych po przykre, które nas alarmują, że coś zaczyna dziać się nie tak. Zazwyczaj powtarzalność zaczyna być uciążliwa, kiedy zamiast korzystać ze schematów myślenia i traktować je jak bazę, która pozwala nam się rozwijać, zaczynamy czuć się więźniami tych schematów. Sięganie po gotowe przepisy na ich przełamanie, sprawia, że znowu popadanie w schematy (zakładając, że na każdy problem istnieją te same, schematyczne, rozwiązania). Pierwszym krokiem powinno być więc zdefiniowanie, w czym tkwi problem, zbadanie go dogłębnie i zastanowienie się co DLA MNIE, w MOIM KONKRETNYM przypadku by zadziałało. Sposoby są dobre, warto je testować. Jednak, kiedy ktoś lubi spać i ma problemy z porannym wstawaniem, a na poczytnym blogu napiszą, że powinien wstać godzinę wcześniej i iść pobiegać, żeby się rozbudzić, to ten sposób nie zadziała. Może w takim przypadku bardziej wskazanym byłoby popracować nad tym, żeby wcześniej się kłaść spać i wtedy będzie łatwiej rano się obudzić.

 

Najgorszym jest uznanie uciążliwej rutyny za wroga. Wtedy szybko będziemy chcieli się go pozbyć, zwalczyć, żeby już nie mieć z nim do czynienia. Jak głosi stare porzekadło „pośpiech jest złym doradcą”. Czasami zatopienie się w jakimś doświadczeniu, w swoich przeżyciach, mimo że nie zawsze najprzyjemniejsze i może nie najszybsze, prowadzi do najlepszych rozwiązań. 

 

___
tekst: Natalia Tułacz
ilustracja: Zuzanna Tokarska

]]>
Bezmiar swobody https://lesma.org/bezmiar-swobody/ Fri, 31 Dec 2021 11:42:11 +0000 http://lesma.org/?p=1431 „Najgłębiej zakorzenionym lękiem ludzkości jest ten związany z nieprzewidywalnością. Dlatego próbując przeciwstawić się bezmiarowi nieznanej przyszłości, ludzkość wytworzyła potrzebę nieograniczenia własnej mocy. Pierwotny lęk przed Przyrodą był obawą egzystencjalną istoty słabej i ograniczonej. Wydaje się, że jego najbardziej przeciwnym biegunem jest obecne poczucie mocy nad-przyrodzonej.” Czy pełnia władzy jest nieskończonością? Władysław Polcyn – biolog, profesor UAM w Poznaniu, autor „Moratorium dla drzew” wnikliwie przygląda się ludzkości.

 

Moje poczucie swobody wzrastało podczas harcerskich obozów wędrownych, potem przez wiele lat eksploracji górskich. Noce pod sierpniowym niebem, przy zimowym Księżycu, tygodnie z bezmiarem górskiego horyzontu. Wszystkie te chwile były wolne od autorytarnych ograniczeń dominujących czasy mojej młodości. Zamiast brać udział, tworzyliśmy własne światy. Światy bez miary, światy swobody. 

 

Te doświadczenia były przyczyną późniejszego akademickiego zainteresowania światem roślin, których doskonała kolektywistyczna sprawność, oparta na zasadzie redystrybucji i współpracy, a nie tylko mechanizmie konkurencji, jest tak dalece różna od ludzkich dysfunkcji społecznych. Przez swoje okienko badawcze mogłem zobaczyć obcy nam bezmiar międzygatunkowej kooperacji i zrozumieć, że to on dominuje ziemską bioróżnorodność. Tak, te zainteresowania były formą odmowy uczestnictwa w transformacji ustrojowej, która miała autorytaryzm zastąpić regułami darwinizmu społecznego, marna pensja akademicka i niekomercyjne badania częściowo z tego zwalniały. 

 

Pomyślmy o alternatywnej – symbiotycznej wizji świata, w którym każdy ma swoje miejsce i nie trzeba udowadniać, że ktoś jest lepszy, a ktoś inny gorszy. W naturze organizmy, nawet odrębnych gatunków, nie tylko rywalizują ze sobą, ale i przenikają się wzajemnie, uzupełniają i współpracują. Spójrzmy na sposób, w jaki symbiotyczna produktywność roślin opanowała świat. Tylko z pozoru są bierne. Potrafią to, czego my dopiero się uczymy – czerpać energię prosto ze Słońca. Jak bardzo brudna jest nasza egoistyczna gospodarka, a jak czysta jest swoboda, z jaką rośliny potrafią inwestować w swoje otoczenie, bez powodowania zniszczeń w środowisku. Jak bardzo ograniczone są zasoby nam dostępne, a jak niezwykła jest gospodarność drzew, które żyją przez setki lat, nie ruszając się ze swego miejsca? To ta różnica jest prawdziwym bezmiarem do opanowania. 

 

Praca laboratoryjna związana jest z ograniczeniem zamknięcia w czterech ścianach. Wtedy to odkryłem w sobie pasję biegową. Potraktowałem ją jak powrót do dawnych eksploracji, tym razem w wymiarze leśnym. Odkryłem na nowo pory roku, tyle że w mieście i okolicach. Poznań szczególnie się do tego nadaje, gdyż integracja terenów parkowych i leśnych naszego miasta została zaprojektowana jeszcze przed wojną. To właśnie dzięki temu projektowi jako początkujący biegacz mogłem odkrywać kolejne zielone szlaki łączące dzielnice miasta z lasami podmiejskimi.

 

Śladem podobnych sobie biegowych neofitów zacząłem dzielić się swoją fascynacją. Nazwałem swój pamiętnik internetowy słowami piosenki Wolna Grupa Bukowina „Porzuć kroków rytm na bruku”, które w czasach harcerskich było wspólnym mottem. W tamtym czasie, choć jeszcze nie było Facebooka, poznałem biegaczy z wielu zakątków Polski oraz jeden z bezmiarów swobody – wspólną pasję. Wszystkim chodziło dokładnie o to samo. Imprezy biegowe były w różnych miejscach, spotykaliśmy się na nich, a potem zapraszaliśmy się nawzajem na organizowane przez nas i tylko dla nas leśne lub górskie wydarzenia biegowe. Przyzwoitym minimum był dystans co najmniej maratonu. Moją obsesją tego czasu było wyznaczenie i zaproszenie ich na jak najdłuższą trasę wzdłuż Warty. Ostatecznie trasa ta rozrosła się do 50 mil, spinając pętlą oba brzegi rzeki między mostami w Rogalinku i Biedrusku. Tak, horyzont, do którego mogliśmy dotrzeć w jeden dzień na własnych nogach jeszcze parę lat wcześniej wydawał się nie do ogarnięcia. Był jakimś bezmiarem, który teraz przemierzaliśmy podobni w swobodzie do zwierząt. Bezmiar tego doświadczenia opisałem wtedy tak: Pierwszą rzeczą, którą odczujemy jest gigantyczna różnica skali. Nie wypada więc zadowolić się kontaktem powierzchownym, cząstkowym. Góra to nie tylko jej widok z podnóża, jezioro to nie tylko nieśmiała kąpiel na brzegu, rzeka wreszcie to nie tylko dwa brzegi spięte mostem. Żeby spotkać się z rzeką, trzeba długo płynąć z jej nurtem albo poznać jej brzegi, najlepiej oba, własnymi nogami i to w wymiarze godnym jej wielkości. Nie każdy jest w stanie wybrać się na wyprawę do źródeł, ale mamy szansę „poznać jej melodię”, gdy poświęcimy na to chociaż kilka godzin. Ja zamarzyłem, aby był to cały dzień. Już niejedną godzinę spędziłem, biegając nad Wartą, ale czułem, że nie poznam jej prawdziwie, jeśli tego nie zrobię w odpowiednim wymiarze. Taki bieg jest wszystkim, co mogę zrobić, aby poczuć, że to nie jest przypadkowe spotkanie, że jestem na swoim miejscu. Jak delfiny w oceanie. To jest bardzo kojące, nawet gdy towarzyszy temu ból zmęczenia. Ból nie jest oznaką niedoskonałości. Kiedyś to upokarzało moją ambicję, teraz już nie. Ból oznacza, że właśnie docieramy do granic, do horyzontu, że wkrótce nasza droga się skończy. Można to doświadczenie nazwać metą. „Meta” to słowo z greki, sugeruje, że definiujemy coś na inny sposób niż dotychczas. 

 

Było to odkrycie fascynujące, autentyczna druga młodość, zresztą podobnie jak kiedyś wiązała się z nawiązaniem serdecznych przyjaźni. Pokonałem w ten sposób kryzys wieku średniego, specjalnie go nawet nie zauważając. Mam wrażenie, że dzięki pasji biegowej dopadł mnie on z dziesięcioletnim opóźnieniem, dopiero teraz, gdy już zawalił się cały nasz polski projekt społeczny.

 

Błąd antropologiczny 

 

Od pięciu lat z bólem obserwuję, że krajobrazy, z którymi się zżyłem, o których myślałem jak o swoim miejscu na Ziemi, lasy górskie, lasy pojezierzy, lasy w moim mieście, hektar po hektarze zamieniane są w postindustrialne pobojowisko. Staje się tak, pomimo że w myśl założeń ustawowych powinny pełnić funkcje ochronne. Lasom wokół dużych miast przypisana jest funkcja ochronna dla nas – mieszkańców, w tym dla tych, którzy jak ja uwielbiają w nich być jak najczęściej, częściej niż robotnicy z ciężkim sprzętem, który potrzebuje niewielu godzin, by las zniknął. 

 

Ustawodawca nie przewidział, że stawiając lasom obok siebie dwa w rzeczywistości przeciwstawne zadania – „korzystnego ich wpływu na (…) warunki życia i zdrowia człowieka” oraz cele produkcyjne, spowoduje, że interes komercyjny odsunie na bok zadania ochronne, że zwycięży krótkowzroczna perspektywa zysku, której nie będą się również przeciwstawiały samorządy miejskie, ponieważ polska gospodarka jest od 30 lat budowana na tej jednej zasadzie. 

 

Boleśnie się o tym przekonała nasza inicjatywa „Las Tulecki – wspólna sprawa”, próbująca zmotywować Urząd Miasta Poznania do obrony wschodniego klina poznańskiej zieleni. Są to lasy ochronne wewnątrz granic miasta, zarządzane przez Leśnictwo Kobylepole i gdzie znajduje się 408 ha Użytku Ekologicznego „Darzybór”, ale od trzech lat bezlitośnie trzebione w celach komercyjnych. W ten sam sposób niszczono Puszczę Białowieską, potem otulinę Bieszczadzkiego Parku Narodowego, to dzieje się we wszystkich górskich lasach ochronnych, a teraz koncern leśny dokonuje ekspansji również na lasy w miastach. 

 

Skąd się bierze cała kompulsywność tej ofensywy? Dlaczego jest tak nieustępliwa? Z jakiego powodu nie widzi upiornej groteski pseudoreligijnych haseł, w których szuka swego usprawiedliwienia?

 

Myślę, że to zacietrzewienie jest tragiczną próbą obrony wizji nieograniczonego postępu, który jednak opiera się na błędnej ocenie ludzkich możliwości. Jan Paweł II w „Centesimus annus” opisał to tak: U korzeni bezmyślnego niszczenia środowiska naturalnego tkwi błąd antropologiczny, niestety, rozpowszechniony w naszych czasach. Człowiek mniema, że samowolnie może rozporządzać ziemią, podporządkowując ją bezwzględnie własnej woli, tak jakby nie miała ona własnego kształtu i wcześniejszego, wyznaczonego jej przez Boga przeznaczenia, które człowiek, owszem, może rozwijać, lecz któremu nie może się sprzeniewierzać. Zamiast pełnić funkcję współpracownika Boga w dziele stworzenia, człowiek zajmuje jego miejsce i w końcu prowokuje bunt natury, raczej przez niego tyranizowanej niż rządzonej.

 

Najgłębiej zakorzenionym lękiem ludzkości jest ten związany z nieprzewidywalnością. Dlatego próbując przeciwstawić się bezmiarowi nieznanej przyszłości, ludzkość wytworzyła potrzebę nieograniczenia własnej mocy. Pierwotny lęk przed Przyrodą był obawą egzystencjalną istoty słabej i ograniczonej. Wydaje się, że jego najbardziej przeciwnym biegunem jest obecne poczucie mocy nadprzyrodzonej. Historia tej idei zrodziła się z projektu oświeceniowego, z zamiaru wyzwolenia spod przemożnego wpływu sił natury. Czynienie sobie Ziemi poddaną stało się projektem emancypacji, wynaturzenia Człowieka. Do tego dyskursu przyłączył się, z fatalnym skutkiem, również program ideologii faszystowskiej: Silni przepędzą słabych, ponieważ pęd do życia w jego ostatecznej postaci zawsze roztrzaska ramy tak zwanego humanitaryzmu, ażeby zamiast niego zaistnieć mógł humanitaryzm przyrody, która tępi słabych, ażeby oczyścić miejsce dla silnych („Mein Kampf”). Kolejne rewolucje obiecywały zbudowanie świata społecznego, w którym każdy będzie równy, jak w antycznych Atenach. Rewolucjoniści wiedzieli, że demokracja ateńska opierała się na nędzy pracy niewolniczej. Teraz technokracja obiecywała, że niewolnikiem staną się siły natury. Wydaje się, że obecnie dochodzimy do kresu tej nadziei. 

 

Mimo to obecni epigoni projektu emancypacji wciąż przywdziewają mundury z epok minionych, by jeszcze raz odegrać sceny dominacji i upokorzenia Natury. Ścinają pomnikowe drzewa, rozpruwają brzuchy saren, żądają prawa wyrębu i odstrzału w imię bluźnierczych czarnych mszy przed obliczem świętego Huberta, którego wiarę w świętość życia zwierząt obracają do góry nogami. Największe święto mają 3 listopada, dzień po Zaduszkach i na początku własnego sezonu śmierci – polowań i wyrębów.

 

Wydaje nam się, że budujemy cywilizację według całkowicie naszych – ludzkich reguł. Wydaje nam się, że mechanizmy gospodarcze nie napotykają na przeszkody inne niż poziom naszych zdolności inżynierskich. Konstrukcja nowej szczepionki wydaje się to potwierdzać. Wytworzyliśmy ją w rekordowym czasie, czyli znowu zwyciężyliśmy z żywiołem natury i możemy wrócić na stare utarte szlaki. Naszą cywilizację wyobrażamy sobie jak wielki transatlantyk, rozcinający fale, których płynna natura jest przeciwieństwem stabilnych żyroskopowych konstrukcji. Głosimy, że konstrukcje te służą zarówno pokładom I klasy, jak i tym, którzy utrzymują porządek na pokładach niższych. Nasze konstrukcje są sztywne i dlatego wcinają się z łatwością w miękki, poddany nam krajobraz. Plantacje zastępują naturalne lasy, kopalnie „ożywiają” rozwój prowincji, zwycięskie stele kominów fabrycznych znaczą nowe zdobyte terytoria barbarzyńców. Wizja obecnej cywilizacji opiera się na wyobrażeniu nieskończonych możliwości postępu technologicznego.

 

Tymczasem epidemie, brak żywności i wody, gwałtowne burze i upały, powinny uświadomić nam, że powłoki naszego transatlantyku tracą swoją szczelność. Przez szczeliny wlewa nam się do wnętrza słabo przez nas ujarzmiony żywioł termodynamiki. Powietrze, którym dotychczas swobodnie oddychaliśmy, teraz zaczyna spalać nasze płuca i skórę. Bez przychylności tego żywiołu nie przetrwamy paru chwil. Jednak na ekranach, w Internecie, widzimy, jak niespodzianie żywioł powietrza łączy się z żywiołem ognia. Podobne złączenie dokonuje się pomiędzy żywiołami ziemi i wody, powodując utratę równowagi naszych miast i domów. 

 

Wciąż jeszcze owady i ptaki rozbijają się o szklane tafle, zza których obserwujemy krajobraz. Wciąż możemy powoływać się na nasze pierwotne instynkty i wyruszać, by do listy cywilizacyjnych trofeów dołączyć kolejne egzotyczne okazy już teraz martwej Natury. Niestety za późno zorientowaliśmy się, że niektóre z nich wcale martwe nie są, gdyż wyciągnęliśmy je z zamkniętej dotąd puszki Pandory. Błąd ten kosztował w ciągu dwóch lat życie pięciu milionów z nas, również tych, których władza wydawała się bez miary. 

 

Łudzimy się wizją rozwoju, ale inaczej mówiąc, jest to po prostu obietnica ekspansji czyimś kosztem. Koncepcja rozwoju jest eufemizmem do „zwycięstwa mocniejszych nad słabszymi”. Papież Franciszek w „Laudato Si” mówi o ludzkiej dominacji tak: Wizja umacniająca arbitralność najsilniejszych doprowadziła do ogromnych nierówności, niesprawiedliwości i przemocy wobec większości rodzaju ludzkiego, ponieważ zasoby stają się własnością tego, kto przybył pierwszy, albo tego, kto ma więcej władzy: zwycięzca bierze wszystko (…) Paradygmat technokratyczny dąży do objęcia swoim panowaniem także gospodarki i polityki. Gospodarka postrzega wszelki rozwój technologiczny w zależności od zysku, nie zwracając uwagi na jakiekolwiek ewentualne negatywne skutki dla człowieka (…) Chodzi o błędne założenie, że w przyrodzie istnieje nieograniczona ilość energii i zasobów do wykorzystania, i że możliwe jest ich szybkie odtworzenie, oraz że negatywne skutki manipulacji w porządku naturalnym mogą zostać łatwo naprawione. 

 

Doświadczenie wolności a nie-skończoność zła

 

Wolność jest doświadczeniem dla wielu z nas przerażającym. Oznacza odłożenie na bok większości zobowiązań, ale także wsparcia współczesnej cywilizacji. Wolność jest konfrontacją z nagą przestrzenią i czasem, które mamy zamiar wypełnić swoją własną inwencją. Nie może nas teraz nikt prowadzić za rękę, musimy podejmować decyzje samodzielnie, bo jeżeli nie, to każdy z nas wie, że to wolnością nie jest. Skąd my to wiemy? Ponieważ od zawsze wolność jest wezwaniem do wyjścia poza sferę komfortu społecznego, poza ramy codziennych zadań, bez których nasza więź z otoczeniem może zostać przerwana i przekształcić się w najgorszy los – osamotnienie. To rodzi, tak wnikliwie opisaną przez Ericha Fromma, powszechną ucieczkę od wolności. 

 

Doświadczenie wolności jest łatwiejsze do zniesienia, jeżeli w przestrzeni pozbawionej dotychczasowych ułatwień i kontekstów odnajdziemy coś, co pokaże nam cel, jakiś jej koniec, formułę spełnienia, dzięki której bez żalu wrócimy do autyzmu naszej codzienności. Docelowa wolność nie jest możliwa. Tak, wolność jest stanem wyjątkowym, bo jest swobodą działania, której życie społeczne nam odmawia. Odmawia w zamian za bezpieczeństwo, w zamian za przewidywalność jutra. Choćby jutrem była tak pożądana przecież „dobra” śmierć. Śmierć anestezjologiczna.

 

Jeżeli to jest dla kogoś niewystarczające, bo chciałby mieć poczucie wolności również wśród ludzi, to staje przed pokusą największego ludzkiego zła. Całkowitą wolność społeczną mogą bowiem praktykować ci, którzy gotowi są na przemoc. Na obronę przed nią lub na jej stosowanie. Przemoc nie potrzebuje celu, wystarczy, że ją z siebie uwolnimy, jak oddech, bo jest dla nas tak samo naturalna. Wystarczy zasiać ziarno obawy, aby zrodziła się gotowość do przemocy. Będziesz myślał, że się bronisz, ale twoje czyny i myśli już są przemocą. Ty możesz tego nie zauważyć, ale wiedzą o tym ofiary twoich działań. 

 

Najłatwiej dostępną władzą jest władza nad cudzym ciałem i życiem. Dla tych, którzy chcą przez nią wyrazić pełnię swojej wolności wobec innych, niepraktyczne jest pozbawiać się przedmiotu władzy pospieszną eksterminacją. To nie przynosi tyle poczucia mocy, co osobiste zaangażowanie w bezpośrednie okazywanie władzy. Oni dręczą, osobiście lub gdy im braknie odwagi za pomocą ustaw i rozkazów. Pragną władzy nieograniczonej. Myślą, że w ten sposób dotykają absolutu, nieskończoności właśnie. Czym jest ulotna wdzięczność poddanego lub uciekiniera, skoro możemy skupić uwagę całego cudzego życia, w całej jego intensywności, na utrzymaniu naszej woli, aby to życie trwało jeszcze? Zadanie to wymaga trudu, ale nie musi być on pomysłowy. Wystarczy często sprawdzać, czy ból istnienia podległych istot utrzymuje kontakt z naszą wolą. W całym tragicznym wymiarze widzimy to teraz, gdy na naszej granicy trwają igrzyska śmierci.

 

Czy ta pełnia władzy jest nieskończonością? Nie, nie jest, jest tymczasowym złudzeniem, choć nielicznym tyranom udało się dożyć sędziwego wieku. Na każdego z nas przychodzi kres – jedyna egalitarna sprawiedliwość. Jednak narkotyk władzy, najsilniejsza ludzka namiętność, nie pozwala dostrzec całej jałowości satrapii, manipulacji, gwałtu, ziemskiej boskości, przywództwa. Stąd pojawia się pokusa władzy absolutnej, która wyraża się przez zadawanie śmierci. Praktykanci Antychrysta, ci, dla których Bóg jest tylko wodzem, żądają, aby oddać im we władanie „wszelką władzę na ziemi”.

 

Działa tu pewne arytmetyczne złudzenie. Nieskończoność władcy utrzymuje się, dopóki decyduje o skończoności innych. Potęga oprawcy rośnie wraz z ilorazem swego niezagrożonego trwania do nikłej skończoności ofiary. Arytmetyka uczy, że taki iloraz dąży do nieskończoności. Niczego więcej nie możemy osiągnąć, nie wydłużymy swego istnienia do wieczności, ale zabijając, sprowadzamy przyszły czas cudzego istnienia do minimum, którym było jego dotychczasowe życie od narodzin. Dlatego największą arytmetyczną wartość osiąga zadawana wolą oprawcy udręka lub śmierć dziecka. To tłumaczy czyn Heroda – jest on archetypem władzy nieograniczonej, asymptoty ludzkiego losu najbliższej arytmetycznego wyobrażenia nieskończoności. Czyż władcze istnienie nie jest nieskończenie długie wobec mizernej skali życia swoich ofiar? To tylko złudzenie nieskończoności, ale najpełniejsze z nam dostępnych. 

 

Spotkanie z obcym

 

Duch wojny wywodzi się z lęku, agresji, bezradności. Jego narzędziem jest zachłanność, gdyż jest ubogi w sensie braku. Brakuje mu „świętego spokoju” – bo jest pochłonięty licznymi „swoimi sprawami”, pracą, rodziną, karierą – tym wszystkim, co w jego wykonaniu staje się podobne do walki o zasoby i jest po prostu życiem w wymiarze biologicznym. Jego sposobem na wyjście z poczucia pasywności i konformizmu, sposobem na poczucie bycia aktywnym, jest aktywność pogardy. 

 

Człowiek pokoju jest ubogi duchem, ale w sensie prostoty. W przeciwieństwie do ogarniętych lękiem dysponuje odwagą nadziei i miłości. To jest dla niego nadmiar, więc chce się nim dzielić. Ten nadmiar powstał w licznych relacjach, bo pokój duszy wywodzi się z dobrych spotkań, tak wielu, że nie boi się spontaniczności. Bunt jest dla niego drogą do wyjścia ponad wymiar biologiczny, jest oddolną drogą do wspólnoty.

 

Antropologiczny błąd zasadza się na regule „liczę tylko na siebie, inni niech też tak robią”. Tak obecnie rozumiana jest sprawiedliwość społeczna. Słyszymy to co krok. Jednak możemy otworzyć dla siebie boczną furtkę. Dla mojej rodziny to otwarcie dokonało się dzięki wspólnocie Sant’Egidio z ubogimi Dworca Głównego, otwarliśmy własny dom, by razem z nami zamieszkał obcy, ale furtek ku wolności jest znacznie więcej, są co krok. 

 

Spotkanie z obcym i nam niepotrzebnym jest szansą na skorzystanie z depozytu ukrytego w sercu każdego, kto jest lub chce być człowiekiem pokoju. Wymaga to inwestycji i początkowej odwagi, które ktoś może nazwać rozrzutnością, ale poza błędną regułę nie musimy wychodzić sami. To zadanie nie podlega ocenie efektywności, tu jesteśmy prawdziwie wolni i nieograniczeni, bo czerpiemy z tego, co uwalnia się i pomnaża w chwili otwarcia na obcego i nam niepotrzebnego.

 

Biorą z tego obie strony spotkania, nie dają, nie kradną również, czerpią z tego bezmiaru, do tej pory niedostępnego „gdyż drzwi były zamknięte z obawy przed obcymi”. To chwila bardzo dynamiczna, więc nie wszystko może się udać, ale rozsądna inwestycja uwzględnia możliwość straty. Gdy początkowe zawahanie minie, jest to wrażenie wprost uwalniające, bo wyprowadzające na bezmiar swobody. Od tej chwili zaczynamy mierzyć siły na zamiary i w naszej buchalterii zarówno pozycje „winien”, jak i „ma” wpisujemy po lewej stronie. Wydaje mi się, że właśnie to miał na myśli Jerzy Filar, pisząc: 

Życie jest darem, od nielicznych dla wielu, 

Od tych, którzy wiedzą i mają, 

Dla tych, którzy nie wiedzą i nie mają.

 

___
tekst: Władysław Polcyn
ilustracja: Magdalena Chodorowska

]]>
π ⋅ 6 ⋅ 9 https://lesma.org/%cf%80-x-6-x-9/ Wed, 29 Dec 2021 14:47:08 +0000 http://lesma.org/?p=1414 W VI wieku p.n.e. Pitagorejczycy twierdzili, że wszystko jest liczbą, i że liczby rządzą światem. Dziś wie to każdy księgowy, ale Grekom chodziło o coś więcej. O tajemnicę wszechrzeczy wyrażoną elegancką harmonią przeciwieństw – matematyczne i mistyczne, parzyste i nieparzyste, ograniczone i nieskończone jednocześnie. Uważali, że liczby są samodzielnymi bytami, które opisują i zarazem kształtują materię, a w efekcie stwarzają rzeczywistość. Szczególnie kręciła ich liczba 10, zaś pierwociną wszystkiego miało być nieprzeniknione Jedno.

 

Osobiście śmiem już nie wierzyć starożytnym, ale też mam swoje ulubione liczby. To π i 42, które cenię, ponieważ, tak jak sowy w „Twin Peaks”, są zupełnie czymś innym, niż się wydają.

 

Od „π” rozpoczął swoją twórczość Darren Aronofsky. Taki tytuł nosi jego debiutancki film z 1998 roku. To hołdująca niemieckiemu ekspresjonizmowi i filmom noir, czarno-biała, neurotyczna i świdrująca opowieść o ukrytym matematycznym porządku świata oraz jego postępującym szaleństwie. Symbolizują je ataki migreny nękające Maxa Cohena, głównego bohatera filmu, genialnego matematyka badającego liczbę π. Jest pitagorejczykiem z przekonań, który odkrywa w niej prawidłowość – kod, który zdaje się być kluczem do wszelkiej wiedzy. Takiej o Wszystkim, przez duże „W”. Wieści szybko się rozchodzą, dlatego zaczynają go nachodzić zarówno ci, którzy liczą pieniądze na Wall Street, pragnący za pomocą algorytmu przejąć kontrolę nad światem, jak i ci, którzy wierzą w gnostyczną Kabałę i tajemnicę zapisaną w prawdziwym imieniu Jahwe. To ostatnie jest możliwe, ponieważ żydowskie teksty o wiedzy tajemnej posługują się gematrią, czyli systemem numerologicznym, który przypisuje każdej literze wartość liczbową. W ten sposób wszystko, co zapisano po hebrajsku, można wyrazić matematycznie.

 

Liczba π wyraża stosunek długości obwodu okręgu do długości jego średnicy, który bez względu na wielkość koła jest zawsze taki sam, a jej kolejne sekwencje można rozwijać w nieskończoność. Już te dwie cechy czynią ją podejrzanie magiczną, a jako jedna z najstarszych stałych matematycznych zyskuje tylko na boskości. Pierwszy zbadał ją Archimedes z Syrakuz w III wieku p.n.e., dlatego nazywa się ją również stałą Archimedesa. Z pewnością była znana już w Babilonii, a najprawdopodobniej w swojej architekturze wykorzystywali ją już Sumerowie 4500 lat temu. Współcześnie czcimy ją Dniem Liczby π. A nawet dwoma. Amerykanie ustanowili go na 14 marca (3.14 w Jankeskim zapisie daty), a w Europie jest to 22 lipca (22/7 to ułamek definiujący π). Nieskończoność jej zapisu powoduje, że w jej rozwinięciu można znaleźć praktycznie każdą matematyczną sekwencję. Jest wiele stron internetowych, dzięki którym według daty urodzenia możemy wytropić swoje miejsce w tym uniwersum. Nie brakuje też takich, którzy jak Max uważają, że w cyfrach mnożących się po 3,14… kryje się klucz opisujący Wszechświat. Dlatego liczba π stała się Świętym Graalem dla wszystkich współczesnych pitagorystów. Zabawne, ponieważ Pitagoras i pitagorejczycy nie mieli wiele wspólnego z liczbą π, a zbieżność pierwszej sylaby jest zupełnie przypadkowa.

 

Członkowie tej filozoficzno-matematycznej sekty żyli kilka wieków przed Archimedesem z Syrakuz i mieli trochę inne zainteresowania: wierzyli w wędrówkę dusz, czcili ojców i matki, dbali o zbilansowaną wegetariańską dietę i wiedli ascetycznie życie w zgodzie z naturą. Zdecydowanie inaczej niż Max. Bohater „π” daleki jest od równowagi. Jego obsesja narasta, atmosfera w filmie gęstnieje, a jedynym momentem wytchnienia, dla niego i widza, są wizyty u starego przyjaciela. I gra w Go. To znaczące, że zamknięty system chińskiej gry stał się symbolem ukojenia. Go stanowi tu remedium na rzeczywistość, wymykającą się logicznemu opisowi. Na chaotyczną nieskończoność, której nie imają się ludzkie miary. Postawieni przed takim problemem ludzie od zawsze tworzyli koncepcje o jasnych zasadach i hierarchii – takie jak gry czy religie. Lub unus mundus, wymarzony przez alchemików, filozofów a ostatnio fizyków teoretycznych, jeden system opisujący Wszystko. Oczywiście przez duże „W”. 

 

A zatem usiądźmy do goban, czyli planszy do gry w Go, złożonej z 19 pionowych i 19 poziomych przecinających się linii. Zobaczymy model świata, który rozumiemy i przewidujemy. Wbrew pozorom to dość skomplikowana, strategiczna gra, w którą ludzie na Dalekim Wschodzie grają od blisko 4000 lat. Miała i ma nadal kształtować umysły, ćwiczyć wyobraźnię, przygotowywać na nieprzewidziane. Patrząc na planszę, widzimy bardzo prosty, elegancki układ czarnych i białych kamieni, których rzędy siłują się ze sobą na geometrycznej siatce linii. Ten obraz intryguje minimalistyczną urodą i porządkiem graficznym bliskim symbolice jin-jang. Celem rozgrywki Go, w której uczestniczą dwie osoby, jest zagarnięcie jak największego terytorium oraz unicestwienie kamieni przeciwnika poprzez zabranie im „oddechów”. Jednak w każdej partii, jeśli poziom graczy jest wyrównany, dochodzi do sytuacji gdy pewne sekwencje ruchów mogą się powtarzać w nieskończoność. Jak fraktale. Aby tego uniknąć i móc skończyć pojedynek, w Go wprowadzono regułę „Superko”, która zakazuje powtarzania raz zaistniałego układu. W ten sposób dochodzimy do pojęcia gier skończonych i nieskończonych. Oraz wracamy do naszych ograniczeń.

 

Gry skończone to wszelkie gry, których zasady prowadzą do zwycięstwa jednej strony i porażki drugiej. Gry nieskończone prowadzi się po to, aby trwały. Bez końca. Grą skończoną jest wojna, polowanieczy mecz piłkarski. Gra nieskończona to m.in. cykle powracających pór roku, narodzin i śmierci. Co ciekawe, w modelach społecznych i skomplikowanych układach w przyrodzie, o wiele lepiej sprawdzają się gry nieskończone, obliczone na powtarzalność, wyzwolone ze współzawodnictwa i pozycji przewodnika stada, lidera. Koronnym przykładem są tu ławice ryb lub chmary ptaków. Kierując się kilkoma prostymi zasadami, są w stanie bardzo skutecznie reagować na zmienne warunki i bronić się przed drapieżnikami. Działają jak jeden organizm, choć są bardzo złożonym układem zbudowanym z setek lub tysięcy jednostek. Stąd już blisko do psychologii biznesu. I tak, rozwijanie pojęć gier skończonych i nie-w modele organizacji oraz zarządzania stało się bardzo modnym zajęciem. Takie podejście propaguje m.in. Simon Sinek.

 

Wróćmy jednak do Maxa. Jego problem polega na tym, że nie może zaakceptować otwartości i nieskończoności gry, którą podjął. Zdaje się, że wzór wzorów jest na wyciągniecie ręki, że wytłumaczy tajemnicę tego, że „istnieje bardziej coś niż nic”. Max wygra, a przegra chaotyczna nieskończoność π. Tego chcemy, temu kibicujemy. Z drugiej strony czujemy, że tak nigdy się nie stanie. To nas fascynuje i przerasta jak mechanika kwantowa. Obserwujemy jej zależności, akceptujemy i rozumiemy fragmentarycznie, ale „za Chiny” nie ogarniamy całości. Nie możemy przejść od skali mikro do makro i odwrotnie. Dlatego intuicyjnie wracamy do własnej kalibracji i doświadczenia gry skończonej, wygranej. To nasze gatunkowe ustawienia fabryczne. Paradygmat przeżycia, udanego życia, pozycji społecznej. Max chciał wiedzieć i chciał wygrać. Fakt, że był geniuszem tylko pogorszył sprawę, wpędzając go w spiralę matematycznego szaleństwa. Obłęd narastał. Nasz bohater odzyskał spokój dopiero po amatorskiej lobotomii wiertarką. A π nadal rozwija się w nieskończoność.

 

Opowieść o liczbie 42 to drugoplanowy wątek „Autostopu przez Galaktykę”. Absurdalnej, ironicznej i pełnej czarnego humoru powieści science fiction Douglasa Adamsa. „Trylogii w pięciu częściach” jak nazwał ją autor, pisanej od 1979 do 1992 roku. 42 jest przeciwieństwem π: wymierna, parzysta i stanowi Odpowiedź. Tylko, że jej historia spisana przez Adamsa to pastisz na jakąkolwiek odpowiedź, a na ideę unus mundi w szczególności. To w istocie przypowieść o ograniczeniach ludzkiego rozumu, który jako biologiczny komputer o prostych ewolucyjnych celach, szuka na wszystko jednoznacznego rozwiązania, nie akceptując prostej myśli o „niepojmowalności”. Myślę, że z tego niedoskonałego oprogramowania wykiełkował również każdy z bogów. Jako odpowiedź i plaster na przerażenie jej brakiem.

 

Alter ego Maxa Cohena w „Autostopie przez Galaktykę” stanowi Artur Dent. Bardzo niebohaterski bohater i jeszcze bardziej nie-geniusz. Gdy, załamany wiadomością o wyburzeniu własnego domu pod drogę szybkiego ruchu, poszedł z kumplem do pubu, dowiedział się, że ten jest kosmitą, a Ziemia za chwilę zostanie zniszczona. Dlaczego? Ponieważ leży na trasie nowej hiperprzestrzennej galaktycznej autostrady. Uciekając z Ziemi, Artur wikła się w nieprawdopodobne sytuacje i spotyka wielu kosmicznych dziwaków. A także zyskuje wiedzę, na którą w ogóle nie jest gotowy. Między innymi poznaje odpowiedź na „Wielkie pytanie o życie, Wszechświat i całą resztę”, które zadały istoty z innego wymiaru, znane ludziom jako myszy. Po kilku milionach lat pracy udzielił jej skrajnie skomplikowany i inteligentny komputer „Głęboka myśl”. Była nią liczba 42. Superinteligentne istoty, podobnie jak Artur, nie bardzo wiedziały, co mają z tym zrobić, skonstruowały więc jeszcze bardziej wyrafinowany komputer – Ziemię i życie na niej. Jedynym celem istnienia tego systemu było poszukiwanie pierwotnego pytania o „Wielkie pytanie o życie, Wszechświat i całą resztę”. Odkrywa je przypadkiem Artur, a brzmi ono: „Co otrzymasz, gdy pomnożysz sześć przez dziewięć?”. 

 

Bez sensu? Bo 54 to nie 42? A jednak to jedyna właściwa odpowiedź. Jak na dłoni widać w niej bliski mi zamysł autora: bezsensowność wszelkich prawd objawionych. Kpinę z niereformowalnej wiary w to, że istnieją. Ale jest też inna interpretacja „problemu 42”. Udzielił jej Douglas Adams w jednym z tomów, powołując do życia istotę o imieniu Prak. Poznała ona całą prawdę wszystkich wymiarów, i twierdzi, że 42 jest Odpowiedzią. Jednak niemożliwe jest zrozumienie, w tym samym Wszechświecie, jednocześnie pytania i odpowiedzi, ponieważ grozi to jego unicestwieniem. A konsekwencją zgłady byłoby natychmiastowe powstanie nowego świata i wymiaru o wiele bardziej absurdalnym i nieracjonalnym charakterze. Prak sugeruje, że to się już stało. Być może nie pierwszy raz.

 

„Co to jest nieskończoność?” Zapytała mnie kiedyś 7-letnia córka. Zaszarżowałem, że to coś bez początku i końca, jak kula, coś niepoliczalnego i nie do zrozumienia, jak czas, Wszechświat i cała reszta. Ale tak naprawdę to nie wiem, ponieważ jak my wszyscy, jestem skończony – od stóp do głów, od urodzin do śmierci. I dlatego tak trudno nam zrozumieć ten nieintuicyjny bezkres. Chciałem jeszcze coś dodać o malarskim odliczaniu do nieskończoności Romana Opałki, ponieważ był wrzesień 2010 roku i w Poznaniu trwała jego wystawa, ale poniechałem. Pokazałem jej, jak grać w Go, a 10 lat później podsunąłem do przeczytania „Autostopem przez Galaktykę”.

 

___

tekst: Przemysław Jędrowski

]]>