rozmawiamy – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png rozmawiamy – TUU https://lesma.org 32 32 who wants to be deleted? https://lesma.org/who-wants-to-be-deleted/ Fri, 31 Dec 2021 11:32:03 +0000 http://lesma.org/?p=1425 „W pakiecie de luxe oferujemy zamrożenie całego ciała. W pakiecie comfort zapewniamy procedurę dekapitacji i mrożenie samej głowy. Z przyjemnością przedstawimy też ofertę na pośmiertne awatary.”
Science fiction? Wręcz przeciwnie. O współczesnych i przyszłych formach nieśmiertelności opowiada nam medioznawczyni Katarzyna Nowaczyk-Basińska, doktorantka na Wydziale Antropologii i Kulturoznawstwa UAM w Poznaniu.

 

Freddie Mercury śpiewnie pytał „Who wants to live forever?” (Kto chce żyć wiecznie?). Czy Ty byś tego chciała? 

Nie, mam chyba jednak nieco bardziej minimalistyczne podejście do życia. A mówiąc poważniej, im więcej czytam i dowiaduję się o współczesnych pomysłach unieśmiertelniania, tym bardziej czuję, że to nie jest projekt, w którym chciałabym uczestniczyć po śmierci. W kulturze widać jednak wyraźny trend, w którym technologicznie konstruowana nieśmiertelność jest przedstawiana jako jedna z dostępnych opcji. Z całą pewnością narracja o nieśmiertelności zaprojektowana jest tak, by obsługiwać nasze indywidualne i zbiorowe lęki dotyczące śmierci. Pytanie jednak, czy ta narracja jest skuteczna? Ostatnie badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii wskazują na coś innego. Badacze zadawali ankietowanym to samo pytanie, które przed chwilą Ty mi postawiłaś: „Czy chciałbyś/chciałabyś być nieśmiertelny/a?” Zdecydowana większość opowiedziała, że nie. Z jednej strony zatem dużo się o tym mówi i pisze, powstaje wiele start-upów i ośrodków badawczych oferujących rozmaite formy unieśmiertelniania, ale z drugiej strony, kiedy się nas zapyta, czego tak naprawdę chcemy, to okazuje się – dość przewrotnie – że boimy się nieśmiertelności, podobnie jak i samej śmierci. Inna wątpliwość dotyczy tego, czym właściwie miałaby być nieśmiertelność? Czy chodzi o przeniesienie zawartości umysłu do komputera, krioniczne zamrożenie ciała, a może stworzenie pośmiertnego awatara? 

 

Kiedyś nieśmiertelność dla człowieka oznaczała przetrwanie w pamięci żyjących, zapisanie się w annałach. Dziś rozmawiamy o zamrażaniu ciała i transferze świadomości. Co jeszcze współcześnie mieścimy w pojęciu nieśmiertelności?

Pojęcie nieśmiertelności okazuje się być rzeczywiście bardzo pojemne. Z jednej strony jest ono bardzo stare, o genealogi sięgającej VII wieku p.n.e i Eposu o Gilgameszu (Epos o Gilgameszu jest w kulturze zachodniej uznawany za najstarsze kulturowe świadectwo pragnienia uzyskania przez człowieka nieśmiertelności), ale z drugiej strony nieśmiertelność jest również pojęciem niesamowicie rozciągłym i elastycznym. Mieści więc w sobie formy historyczne, takie, o jakich wspominałaś – zapisanie się w annałach, heroiczne czyny, dzieła sztuki, jak również współczesne formy – transfer umysłu czy krioniczna prezerwacja (zamrażanie) ciała. Ale na tym nie koniec. Firmy na całym świecie pracują nad tworzeniem pośmiertnych botów, które będą komunikować się z rodziną i bliskimi zmarłego, a są wśród nich m.in. Eterni.me, Lifenaut, Eter9. Jest także oferta przywrócenia zmarłych w postaci hologramów, jak miało to miejsce w przypadku, dość kontrowersyjnego, „ożywienia” ojca Kim Kardashian na jej przyjęciu urodzinowym. Projektowane są też możliwości spotkania ze zmarłymi w rzeczywistości wirtualnej – tu warto przypomnieć głośną medialnie historię koreańskiej firmy, która umożliwiła takie spotkanie matce z jej zmarłą, kilkuletnią córką. Wreszcie całkiem niedawno powstała usługa zaproponowana przez firmę MyHeritage polegająca na tworzeniu „mówiących porterów”, czyli animowaniu twarzy przodków na zdjęciach. 

 

Przykłady te, choć mogą wydawać się dziwne czy ekscentryczne, w moim przekonaniu stanowią kontynuację dawnych form nieśmiertelności, które w XXI wieku obsługiwane są tylko przez zupełnie inne technologie. Zmienia się więc kulturowo-technologiczny kontekst, ale samo pojęcie pozostaje aktualne i stawia dziś zupełnie nowe wyzwania etyczne, prawne, a nawet językowe. Czy pośmiertny bot to osoba, oprogramowanie, a może własność intelektualna? To tylko jedna z wielu wątpliwości, z jakimi zmagamy się dziś w tym obszarze badań. 

 

Awatary, boty, mówiące portrety – te formy „przywracają” do życia to, co niematerialne. Ale z pewnością mają miejsce również dążenia do unieśmiertelnienia naszych ciał.

Zgadza się, możemy wyróżnić zasadniczo dwie główne strategie unieśmiertelniania. Jedna z nich dotyczy sfery cyfrowej, ignorując zupełnie problemy materialności i cielesności. Druga wręcz przeciwnie, wiąże się z operacją na ciele żywym – np. ruchy transhumanistyczne spod znaku Natashy Vita-More czy Raya Kurzwiela, którzy wzmacniają technologicznie swoje ciała już za życia, lub martwym – jak w przypadku wspomnianej już krioniki. I tu ważne zastrzeżenie: procedura krioprezerwacji jest legalna tylko po śmierci człowieka. Dopiero wtedy może rozpocząć się proces przetaczania krwi i stopniowego schładzania ciała, aż do momentu umieszczenia go w nierdzewnej kapsule w ciekłym azocie w temperaturze ok. -198 stopni Celsjusza. Takich krionautów oczekujących na technologiczny przełom, który miałby pozwolić im powrócić do życia jest już na świecie kilkaset – głównie w Stanach Zjednoczonych i Rosji. 

 

Czy istnieją naukowe podstawy, żeby twierdzić, że takie przedsięwzięcia rzeczywiście mają szansę powodzenia?

Środowisko naukowe jest podzielone, jeśli chodzi o powodzenie krioniki, ale przeważają jednak głosy sceptyczne. O ile dziś udaje się zachować w niskich temperaturach komórki, a nawet organy, to już zachowanie całego ciała jest procedurą szalenie niepewną. Mimo to jednak ludzie decydują się na ten krok. Myślę, że częściowo dlatego, że działa tu dobry marketing. Czasem jako argumentu w sprawie używa się znanego w filozofii „zakładu Pascala”, który w wersji krionicznej brzmi mniej więcej tak: jeśli dam się pochować w tradycyjnej formie, to nie mam żadnych szans na nieśmiertelność, a jeśli pozwolę się zamrozić, to w najgorszym razie niczego nie zyskam – będę martwy, a w najlepszym – dostąpię technologicznej nieśmiertelności. Za krioniką kryje się więc poważny biznes. Jednym z największych i najnowocześniejszych instytutów krionicznych na świecie jest Alcor Life Extension Foundation mieszczący się w Arizonie. Za zamrożenie ciała płaci się tam 200000 tysięcy dolarów. Dostępna jest także tańsza opcja, tzw. neuroprezerwacji, która dotyczy umieszczania w ciekłym azocie samych głów. Podobno, jak przeczytałam kiedyś w wywiadzie z jednym z pracowników z Alcor, procedurę dekapitacji nagrywa się, żeby później odtworzyć ją powracającemu z „zaświatów”.

 

Pomijając makabryczność tej sytuacji, to interesujący pomysł, że istota człowieka mieści się w głowie. W reszcie ciała w takim razie już nas nie ma?

Brzmi to faktycznie jakbyśmy się cofnęli głęboko do XX wieku albo i wcześniej z koncepcjami myślenia o tym, kim jest i jak „działa” człowiek. Odcinamy tutaj całą gałąź wiedzy zaczynającą się od fenomenologii, przez ucieleśnione poznanie, itd. Jakby ciało było zupełnie niepotrzebnym stelażem, który nosi głowę. Autorzy pomysłu zamrażania głów twierdzą, że w przyszłości będzie istniała możliwość dołączenia nowych ciał, tzw. egzoszkieletów, ale to wszystko są jedynie zapowiedzi.

 

Wracając do koncepcji ulepszania ciała, aby mogło naszą świadomość nieść w nieskończoność – czy jej wczesną formą nie jest wszechobecna dziś pogoń za młodością? Przyznam, że temat nieśmiertelności nieszczególnie mnie dotychczas zajmował i może dlatego ze zdumieniem przyjęłam wiadomość, że jest to tak silny trend. Natomiast kwestia przedłużania młodości ile się da, jest niemal niemożliwa do pominięcia w zachodniej kulturze. Czy wieczna albo przynajmniej bardzo długa młodość jest jedną z odsłon współczesnego rozumienia nieśmiertelności? 

Z pewnością tak. Zaczęłyśmy od projektów, które bezpośrednio oferują usługi nieśmiertelności, ale istnieje wiele bardziej „pośrednich” form, które na pierwszy rzut oka wcale nie wiążą się z nieśmiertelnością. Co ciekawe, ludzie zapytani o nieśmiertelność są bardzo sceptyczni, ale gdyby mieli możliwość przedłużenia swojego życia o kolejne 10 lat, a potem o kolejne 10 lat, i kolejne, to, jak pokazują jeszcze inne badania, nastawienie zmienia się całkowicie, a sceptycyzm znacząco maleje. Ośrodków badawczych, które mają na celu zatrzymanie procesu starzenia jest na świecie sporo i to jest także potężny biznes. Jednym z twórców koncepcji tzw. zaniedbywalnego starzenia jest Aubrey de Grey – szanowany w świecie naukowym badacz i wizjoner, który prezentuje szczegółowy plan walki ze starzeniem, obejmujący zarówno sferę biologii, jak i społeczno-kulturową. De Grey przekonuje, że trzeba porzucić kontrowersyjne założenie, że im dłużej ktoś żyje, tym mniejsze jest jego prawo do terapii mogących przedłużyć jego życie jeszcze bardziej. Naukowiec sugeruje, że takie myślenie może być pokłosiem wrodzonej tendencji do dyskryminacji starszych oraz że pewną rolę może odgrywać tu pokoleniowy „czynnik” sprawiedliwości – tzn. ludzie młodzi zasługują na więcej życia, bo mieli go jeszcze mało. Ta filozofia mocno porusza środowiska akademickie.

 

Pan de Grey dotyka istotnej kwestii jakości życia, ale co z samą jego definicją. Co chcemy w istocie zachować na wieki – tylko świadomość, nasze wspomnienia, całe ciało? I kiedy życie się kończy?

Na te pytania nie ma jasnych odpowiedzi i wbrew pozorom biologia czy medycyna nie są tak arbitralne w tej kwestii, jak mogłoby się nam wydawać. Od lat 60. XX wieku definicja śmierci zmieniała się kilkukrotnie. Kiedyś, według tzw. klasycznej definicji, śmierć oznaczała zatrzymanie krążenia w organizmie spowodowane niewydolnością serca i płuc. Potem pojawiły się respiratory, defibrylatory, a granica została przesunięta. Właściwie w medycynie na każdym kroku napotykamy różne metody, które nas prowadzą ku przedłużaniu życia. Pytanie, gdzie jest właściwie granica i czy chcemy ją przekroczyć, a jeśli tak, to jakie będą tego konsekwencje? Tak jak zmienia się w czasie definicja śmierci, tak samo zmienia się również definicja nieśmiertelności, bo musi ona dostosować się do zmieniającego się kontekstu kulturowo-technologicznego.

 

Patrząc z perspektywy atomu, końca nie ma nigdy. Zmianie ulega jedynie postać rzeczy. Ziemia, jako obieg zamknięty, dysponuje określoną ilością materii, która krąży i przekształca się. W tym sensie nigdy nie znikamy. Ale co z elementem duchowym? Wierząc w niego, sytuujemy się poza kręgiem natury?

Tutaj z kolei dotykamy posthumanistycznych wizji nieśmiertelności. Zgodnie z nimi, po śmierci wracamy tam, skąd przyszliśmy, bo jesteśmy częścią natury. Ciekawie myśli te rozwija i problematyzuje np. Rosi Braidotti w książce Po człowieku, a w literaturze polskiej Ewa Domańska w książce Nekros. To są oczywiście radykalnie inne wizje niż te, o których mówiłyśmy do tej pory. I choć w centrum mamy ideę trwania/przetrwania, to zauważmy, że wszystkie wcześniej wymienione projekty skupiają się wyłącznie na ocaleniu podmiotowości, własnego „ja”, podczas gdy w wizji posthumanistycznej „ja” rozpływa się w naturze. Myślę, że w posthumanizmie, duchowość, o którą pytasz, można odnaleźć właśnie w łączności z naturą.To jest bardzo interesujący model myślenia o życiu i śmierci, a jego praktycznym wyrazem jest np. idea biopochówków, kiedy to prochy umieszcza się w kapsule wraz z nasionkiem jakiegoś drzewa. Niestety w Polsce nie jest to legalne. 

 

Nie mogę nawet umrzeć po swojemu?

Umrzeć możesz, ale ramy dla tego, co stanie się z twoim ciałem po śmierci wyznacza prawo, a dokładnie „Ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych”. Czytamy w niej, że trumna lub urna mogą zostać pochowane w grobach ziemnych, w grobach murowanych, w katakumbach, przez zatopienie w morzu lub w kolumbarium. 

 

Z Twojej opowieści wynika, że jako ludzkość przemy intensywnie ku wizji wiecznego życia na Ziemi. Ale już w tej chwili nasza planeta jest przeludniona i ekstremalnie eksploatowana. Jeśli ma być nas więcej, musimy mieć gdzie funkcjonować. Czy nad tym również debatuje się wśród orędowników nieśmiertelności?

Najbardziej radykalni transhumaniści mówią: jedyną opcją są inne planety. Mnie szczerze mówiąc ten dyskurs akurat mało interesuje, bo sprawia, że nieśmiertelność traktowana jest jak szalupa ratunkowa dla bogatych, którzy – mówiąc nieco metaforycznie – planują ucieczkę z tonącego statku Ziemia. Nie akceptuję takiego sposobu myślenia, bo uważam, że jest on skrajnie nieodpowiedzialny. Zresztą, w moich badaniach podnoszę tę kwestię i konwertuję podstawowe założenie transhumanistów o nieśmiertelności jako ostatecznym celu ludzkości do pytania: Czy naprawdę tego chcemy? A jeśli tak, to w jakiej formie? A także, jakie będą tego konsekwencje i to zarówno w planie indywidualnym, zbiorowym, jak i planetarnym?

 

Co ciekawe, problem „przeludnienia” może także dotyczyć sfery wirtualnej. Badacze z Uniwersytetu w Oxfordzie, Carl Öhman i Davide Watson, prognozują, że do końca stulecia liczba profili osób zmarłych na Facebooku przewyższy liczbę profili osób żyjących. Tym samym Facebook stanie się największym cmentarzem na świecie. Jeśli tak na to spojrzymy, to problem trwania po śmierci zaczyna dotykać już nie tylko niewielkiej grupy ekscentryków czy futurystów, ale blisko dwóch miliardów użytkowników Facebooka na świecie. Dlatego tak ważna jest rozmowa o tym, co chcemy pozostawić po sobie, po co i dla kogo. 

 

Przy okazji widzimy, jak bardzo temat śmierci jest ludzki, skoro największy portal „o ludziach” staje się portalem o odchodzeniu. 

Tak, rzeczywiście widać, że portale społecznościowe zaczynają szukać rozwiązań w tym obszarze, bo mimowolnie stają się firmami pogrzebowymi. I tak np. Facebook zaproponował opcję, która nazywa się ‘legacy contact’. To miano otrzymuje osoba, która po śmierci użytkownika danego konta staje się jego pełnoprawnym dysponentem. Bez oznaczenia tej funkcji uzyskanie dostępu do konta po śmierci użytkownika, nawet jeśli jest się najbliższym członkiem rodziny, jest bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe. Z moich doświadczeń wynika, że ciągle niewiele osób wie o tych rozwiązaniach, dlatego tak ważne wydaje mi się podejmowanie tego tematu.

 

Do tej pory rozmawiałyśmy głównie o śmierci „własnej”, ale zbliżamy się nieuchronnie do jeszcze trudniejszej kwestii – śmierci naszych bliskich. Nieśmiertelność dla mnie samej nie brzmi zbyt kusząco, ale gdybyś zapytała mnie, czy chciałabym ją zapewnić komuś najbliższemu, to byłaby inna rozmowa. 

Dlatego warto zapytać samego siebie, dla kogo daną rzecz robimy, np. dla kogo zostawiamy naszego pośmiertnego awatara i tu bardzo ważna kwestia – czy skonsultowaliśmy to wcześniej ze swoimi bliskimi. Ostatecznie to przecież oni pozostają z konsekwencjami naszych wyborów. 

 

Zdaje się, że jest to mocno powiązane z tym, jak przechodzimy żałobę. W pewnym momencie następuje chyba rodzaj pożegnania ze zmarłym i akceptacji jego braku. Czy taki awatar nie utrudnia pogodzenia się ze stratą?

Pytanie, czy przez awatara upamiętniamy osobę zmarłą, czy ją zastępujemy. Dane zebrane i skompilowane przez algorytm, nawet na bazie autentycznych maili i wpisów, ostatecznie tworzą nową wartość, nowy komunikat. Zatem, czy wciąż chodzi o upamiętnienie, czy może o tworzenie protezy, żeby poradzić sobie z lękiem przed śmiercią? Tu niestety nie dysponujemy jeszcze satysfakcjonującymi badaniami. 

 

Jeśli chodzi o żałobę, to czasem używa się jeszcze linii argumentacyjnej wywodzącej się od Zygmunta Freuda, by pokazać, że najnowsze technologie uniemożliwiają pożegnanie z ukochanym obiektem i ostateczne zamknięcie relacji. Przy czym z Freudem jest taki kłopot, że choć napisał on esej „Melancholia i żałoba”, to nie przeprowadził żadnych badań na ten temat. Nie ma w nim nawet żadnych anegdotycznych historii, które potwierdzałyby tak mocną tezę o konieczności zamknięcia relacji. Mimo to jednak kultura zachodnia, głodna strategii i sposobów przeżywania tego trudnego czasu, pochłonęła pomysły Freuda i je zaadaptowała. W większości żyjemy więc z przekonaniem, że zamknięcie relacji to jedyna możliwa i „zdrowa” forma poradzenia sobie ze stratą. 

 

To bardzo ciekawe. Faktycznie nie przyszło mi do głowy, że inny scenariusz jest możliwy. A może rzeczywiście są inne drogi?

Współcześnie o żałobie mówi się, że jest podróżą. Niedawno ukazała się nawet książka o takim tytule. Autor, terapeuta Kenneth Doka, poszerzył pojęcie żałoby np. o sytuację utraty ukochanego zwierzęcia czy dotychczasowej pracy albo sposobu życia. Mówi też o tym, że przeżywanie żałoby to całkowicie indywidualny proces. Parametryzowanie nas w takiej sytuacji i wyznaczanie jej ostatecznego celu może wyrządzić duże szkody. Jeśli kogoś naprawdę kocham i on znika ze świata, to być może wcale nie mam i nie będę mieć w sobie gotowości, by powiedzieć: nie ma cię, a ja muszę to zakończyć, żeby żyć dalej. Są takie śmierci, które sprawiają, że nie da się „żyć dalej”. Oczywiście, trzeba wrócić do świata, ale to nie oznacza, że muszę zakończyć tę relację. Przeciwnie, mogę z nią trwać, wyrobić nowe sposoby wchodzenia w „interakcję” z osobą, której już nie ma i nie będzie to miało nic wspólnego ze stanami patologicznymi. Te mechanizmy opisuje m.in. teoria kontynuowania więzi, bardzo chętnie aplikowana do wszystkich technologii, o których wcześniej rozmawiałyśmy. 

 

Śmierć słynie z tego, że nie jest najchętniej wybieranym tematem rozmów. Dodatkowo, nie dysponujemy nawet rozbudowanym językiem opisu nowej rzeczywistości, która stopniowo uchyla drzwi do nieśmiertelności. Czy można powiedzieć, że technologia jest o krok albo i dwa przed nami?

Myślę, że tak. Nie mamy gotowości nie tylko językowej, emocjonalnej, ale i kulturowej związanej z praktykami i rytuałami. Wiemy, co zrobić z ciałem po śmierci, ale nie wiemy, jak się zachować wobec profilu na Face­booku. Po śmierci bliskiej osoby wiemy, że musimy posprzątać jej mieszkanie. A dla ludzi urodzonych po 2000 roku, takimi „mieszkaniami” są portale internetowe. Trzeba się więc zastanowić, jak je zagospodarować. Wiem, że dwudziestolatkowie nie chcą o tym myśleć, to naturalne. Do tego dochodzi jeszcze zjawisko wypierania śmierci z przestrzeni publicznej obserwowane od lat 50. XX wieku. Z jednej strony jesteśmy więc zalewani obrazami śmierci i ludzkich tragedii w mediach i właściwie stajemy się na nie odporni, znieczuleni, a z drugiej strony, kiedy śmierć pojawia się w naszej bliskiej przestrzeni, to nie jesteśmy w stanie poradzić sobie nawet z rozmową o niej. Dlatego jestem zwolenniczką mówienia o nieśmiertelności tylko w towarzystwie śmierci. 

 

Teoretycznie taka rozmowa powinna być najbardziej naturalną rzeczą dla chrześcijan. Jak się mają wszystkie te technologie i ruchy ku nieśmiertelności wobec wiary i religii? Wydaje się, że stoją z nimi w absolutnej sprzeczności.

To zależy, o jakiej formie nieśmiertelności będziemy mówić. Jeśli osoba wierząca w Boga potraktuje swojego awatara jako pośmiertną pamiątkę dla rodziny, która opowie historię swojego życia, czasem wzruszy, czasem rozbawi, to nie ma tutaj, sądzę, kolizji z wiarą. Natomiast przy ożywianiu zamrożonego ciała sprawa się komplikuje. Wtedy transhumaniści mówią już wprost o wierze w technologię. Boga zastępuje technologia. 

 

Czy sądzisz, że na polu nieśmiertelności czeka nas cywilizacyjne starcie tych dwóch podejść – technologicznego i religijnego?

Myślę, że dużo zależy od tego, jak zorganizujemy tę sferę i jak ponazywamy konkretne rzeczy. Możemy sprawić, że technologiczne osiągnięcia wejdą w duży konflikt z wiarą, a możemy też potraktować je bardziej komplementarnie. Kluczowe dla mnie wydaje się dyskutowanie tych rozwiązań i to zarówno od strony filozoficznej, technologicznej, teologiczne, jak i prawnej czy etycznej, tak byśmy wypracowali paletę różnych rozwiązań. 

 

Za naszego życia istniał świat bez internetu. Dziś funkcjonowanie poza siecią jest wręcz niewyobrażalne. Jak sądzisz, w jakim tempie kwestie nieśmiertelności, o których rozmawiamy, przejdą do naszej codzienności i do debaty publicznej? Kiedy będziemy z nieśmiertelnością oswojeni?

Sądzę, że niebawem. Podzielę się osobistą historią. Pierwszy raz na temat cyfrowej nieśmiertelności trafiłam w 2015 roku i pochłonął mnie on na tyle, że postanowiłam zająć się nim w ramach mojego doktoratu. Zaczęłam więc szukać informacji naukowych, badań, lecz ku mojemu zaskoczeniu, było ich bardzo niewiele. Problem był wówczas na tyle niszowy, że przygotowałam temat zastępczy na rozmowę kwalifikacyjną na doktorat z obawy, że „technologiczna nieśmiertelność” zostanie odrzucona. Na przełomie tych kilku lat widzę nie tyle rozwój, ale eksplozję badań. Dziś mogłabym więc już śmiało startować na doktorat.

 

Powiedziałyśmy już, co nieśmiertelność może oznaczać w kontekście jednostki. Ale co z całymi społeczeństwami, z całym gatunkiem ludzkim? 

Jeśli spojrzymy na ten temat w perspektywie cywilizacyjno-kulturowo-gatunkowej i pomyślimy o liczbie danych, które zostawiamy dla przyszłych pokoleń… to są niewyobrażalne archiwa wiedzy o nas jako o generacji. To zupełnie bezprecedensowa sytuacja w historii. Istnieją już prognozy mówiące o tym, że w którymś momencie nie będziemy pytać, czy chcesz być nieśmiertelny, bo będziemy mieć tak przeciążone serwery, że trzeba będzie pytać o to, kto kwalifikuje się do bycia usuniętym. Naprodukujemy tyle danych, że problemem może okazać się brak przestrzeni do ich zbierania.

 

To niesamowite, że nawet chmurę, przestrzeń zdawałoby się nieskończoną, jesteśmy w stanie przepełnić.

Tak, jeśli chodzi o produkowanie i wytwarzanie to osiągnęliśmy poziom mistrzowski, zdecydowanie gorzej nam idzie redukowanie, usuwanie i godzenie się ze stratą… 

 

___
tekst: Julita Mańczak
ilustracja: Dorota Piechocińska

]]>
pytanie o nieskończoność https://lesma.org/pytanie-o-nieskonczonosc/ Fri, 31 Dec 2021 11:24:42 +0000 http://lesma.org/?p=1419 Ta opowieść stała się trudniejsza do spisania, niż sądziłam. Znany artysta, kompozytor, archeolog muzyki, w 2021 roku odbiera nagrodę kultury miasta Poznania za całokształt pracy artystycznej. Kto go zna, ten wie, że żadne nagrody świata nigdy nie wyznaczały jego twórczości. A objechał on dosłownie cały świat ze swoją sztuką wielokrotnie, a także dużo tego świata przywiózł nam tu, do Polski, do Poznania, na festiwale, na płyty, na koncerty.

 

Tym, co napędza Macieja Rychłego są opowieści, historie o ludziach, brzmieniach, instrumentach, muzyce, kulturach bliskich i odległych, miejscach, czasem z prehistorii, odległych w czasie, ale także języki i niewerbalne przekazy. Na nasze spotkanie przynosi trzy ostatnie płyty, a historie ich powstania są tak niesamowite, że wydaje się, że anegdotom i dygresjom nie będzie końca.

 

Podczas opowieści Macieja nie tyle słuchamy, co doświadczamy właściwie jakiejś pełni przeżycia. Słyszymy słowa, melodie, wypunktowane rytmicznie frazy, fragmenty szeptane, zawieszone w milczeniu, widzimy wygestykulowane, niemal wyobrażone ruchem, wyrysowane krokami, zaśmiane gwałtownie i nagle przerwane historie…

 

To nie jest opowieść o drodze do uznania, to jest historia jednej z wielu podróży na Bałkany, podczas której w Albanii, na pograniczu wojny i pokoju, na styku wielu nacji, udało się dotrzeć do miejsc oraz ludzi, w których życiu i pamięci nie było dotąd nikogo obcego.

 

Tak więc nie trzeba było nawet wyprawy do odległych, zamorskich krain, by odkrywać całkowicie oryginalne, idealnie zachowane formy obrzędów weselnych, nigdzie nie zapisanych, bo nawet nie dających się nijak zapisać ze względu na swoją całkowicie unikatową formę rytmiczno-choreograficzną.

 

Maciej Rychły sam zadaje sobie pytanie o nieskończoność. Sam sobie też odpowiada, poddając się melodii słów, powtarzalności kwestii początku czy możliwości wielu początków, by dojść w końcu do wniosku, że nieskończoność w ruchu oznacza pętlę. Dopowiada, że nie starcza mu już wyobraźni, a jednak snuje dalej wizję wstęgi Möbiusa, która także jest swoistą, zamkniętą, niemożliwą pętlą, dokładnie zwizualizowaną przez M.C. Eschera (nawiasem mówiąc, to przecież przestrzenny model znaku nieskończoności ∞).

 

— Pytasz o nieskończoność. Odczucie nieskończoności jest dla mnie dużo bardziej naturalne niż wizja jakiegoś początku, który wydaje mi się traumatycznym pojęciem osłabiającym umysł. Tak! Rozmyślania o początku Wszystkiego osłabiają żywotną energię w człowieku.

 

— Zajmuję się muzyką. Żyję z muzyki. Muzyka to czysta energia. Materialnie nie istnieje. Fizycy wprawdzie uwijają się w dotykaniu tych punktów, w których energia staje się już materią, ale widać, że droga jeszcze daleka do tego, by prowokowana eksplozja stwarzała materię. Ten proces odbywa się na poziomie energii atomowych. 

 

— A zatem jesteśmy zbiorami cząsteczek, a nieskończoność jest w nas? Rozedrganą formą wirującą między nieskończonościami? A może miejscem materializacji potężnych energii? Przecież nie jesteśmy rozsypaną we Wszechświecie materialną enigmą. Dźwięczą w nas rozwibrowane struny kosmosu, powołujemy do życia ruch myśli, staramy się uchwycić ich brzmiącą formę, tworzymy znaki i porozumiewamy się ze sobą w oczekiwaniu na rozbłysk wewnętrznego światła zrozumienia. Aha!

 

— Trwanie muzyki przez pokolenia ma moc rozszerzania naszej świadomości. Przywoływanie muzyki jest wybrzmieniem odległego o wiele generacji życia. Kultura jest nieskończonością.

 

— Wiele lat temu podróżowałem po Albanii. Zabrnąłem przez przypadek w pasmo Golloborda, niedaleko Ostreni, na pograniczu z Macedonią. Dla mnie wtedy były to dzikie ostępy Europy. Teren od stuleci nadgraniczny, tak jak kiedyś cała Albania mocno zmilitaryzowany, na dodatek dla Albańczyków obcy etnicznie. Spotkałem tam południowych Słowian marzących o Wielkiej Bułgarii. Niesamowite, prawda? Z urzędu byli Albańczykami, z nieformalnych wieści Macedończykami, z wewnętrznej pasji Bułgarami. Zaprosili nas na wesele. Co tam się działo! Jakieś plemienne obyczaje odprawiane pod gołym niebem. Wszystko w półokręgu, na zielonym stoku, góry po horyzont. Upor­czywe gadanie bębnów w rytmach niepoliczalnych, rubatowych. Do tego dołącza się glissandowy jazgot klarnetu, a potem zbiorowy szorstki śpiew. Ale jaki! Melodia składająca się z długich łkań opadających glissand, harmonizowana wędrującymi słupami harmonicznymi. Wszystko we wspólnocie. Do tego tancerze, zawsze w dwójkach. Ustawiają się symetrycznie jeden do drugiego, na ugiętych nogach, z rękami podniesionymi w jakimś afirmatywnym geście. Ruch tańca okrężny, spowolniony, przeciągły, dokładnie odwzorowywany przez drugiego tancerza. Razem tworzą kosmicznie piękne, ruchome figury. Charakterystyczny powolny ruch, majestatyczny, pełen siły, boski, tworzy idealny kontrapunkt dla jazgotliwej muzyki. Dziwny stan. Jak film w zwolnionym tempie. A teraz tancerze biorą pieniądze. Nieprawdopodobnie wielkie płachty banknotów zwisają im z ust podczas tańca. Zaczęło się obdarowywanie Panny Młodej. Ona stoi nieruchomo, ma kamienną, surową twarz. Czeka, aż pozwijane w rulon banknoty powędrują za jej dekolt. Dziewczyna stoi jak posąg w przepięknej ślubnej sukni, cała w kryzie banknotów, a wtedy rozigrane dotąd dzieci zagarniane są do kręgu dorosłych. Dzieci również zaczynają tańczyć. Ich taniec kształtuje się w akcji spontanicznego naśladowania, tak samo jak chropawy, nieprawdopodobny śpiew. Tutaj nie ma improwizacji. Całość ma urok okiełznanego chaosu. Oto przekaz kultury poprzez żywe uczestnictwo podczas wesela, święta łączenia dwóch rodów. A więc tak modeluje się najmłodszych? Żaden zapis tego nie uchwyci. Każdy musiałby unieruchomić doświadczanie wspólnoty. Powstaną nuty? Kinematogramy? Przecież to są znaki. Zapis nie jest muzyką. Jest instrukcją działania. Powoływane według instrukcji fizyczne fale dźwiękowe też nie są muzyką. Muzyka to rezonans w nas. Zawiera nasze marzenia, tęsknoty, doświadczenia, naszą miłość. A co z tańcem? A co z równoczesnością płynnej energii zdarzeń?

 

Jestem wyczulony na te pytania. Przez wiele lat zajmowałem się muzyką wywiedzioną z zapisów muzycznych mających dwa i pół tysiąca lat. Jest to muzyka antycznej Grecji. Grafika tych nut nie przypomina dzisiejszego pisma muzycznego. Moje pomysły dotyczące rekomponowania antycznej muzyki budziły sprzeciw wielbicieli muzyki klasycznej. Może działo się tak dlatego, że rekomponowana przeze mnie muzyka była bardzo energetyczna? Może dlatego, że burzyła wizję rozwoju kultury od form prostych do coraz bardziej skomplikowanych: w średniowieczu mamy jeden głos, do którego dodawany jest burdon, z czasem pojawia się „nadgłos” i stabilizuje trójgłos przekształcony potem w czterogłos renesansowego consortu. Oto ludzie zwrócili uwagę na współbrzmienie, na słup drgającego akordu, a potem, w logicznym rozwoju organicznych przekształceń, pojawiają się barokowe techniki fugi umożliwiające budowanie coraz bardziej wyrafinowanej tkanki muzycznej. Wtedy w muzyce słyszymy odwrócenia tematu, harmoniczne odbicia lustrzane, dyminucje, augmentacje i tak dalej. Z czasem cały ten proces prowadzi do cudu wcielonego, jakim jest klasyczna muzyka Europy. Ten ideał został już osiągnięty. No i w takiej narracji przemilczany jest fakt, że dwa i pół tysiąca lat temu w Grecji, w okresie klasycznym, istniał precyzyjny zapis muzyczny, który ujawnia schromatyzowaną, dojrzałą, finezyjną i skomplikowaną rytmicznie muzykę. Ta muzyka jest wyryta na kamieniach w Delfach, pępku świata. Są to inwokacje przywołujące grecki Panteon. Czy te muzyczne tropy zachowują do dzisiaj pamięć doświadczania nieskończoności?

 

Aby istnieć, muzyka musi być ciągle przywoływana na nowo. Antyczny zapis, o którym mówię, opierał się na doświadczeniu trójjednej chorei. Zawiera słowo, muzykę i taneczny gest. Próbowałem rekomponować tę muzykę, a chłodny umysł nie podpowiadał zbyt tłustych rozwiązań. Wtedy zaproponowałem Włodzimierzowi Staniewskiemu, reżyserowi i demiurgowi teatru „Gardzienice”, by zaadaptować muzykę sczytaną z kamieni do spektaklu opartego na antycznym tekście Apulejusza „Złoty Osioł”. Co prawda teatr ten zwyczajowo pracował, adaptując wzory z żywych kultur tradycyjnych, ale Staniewski tym razem zaryzykował, za co do dzisiaj jestem mu wdzięczny. W kolejnym spektaklu badaliśmy moc muzyki wywiedzionej przeze mnie z antycznych zapisów. I tak dawne znaki muzyczne trafiły do teatralnego laboratorium „Gardzienice”.

 

Z doświadczeń tych korzystam do dzisiaj. Kilka miesięcy temu „Teatr Pieśń Kozła” kierowany przez Grzegorza Brala zarejestrował na płycie pieśni chóralne z moją najnowszą muzyką, będące częścią dramatu liturgicznego napisanego przez Alicję Bral. Niektóre z tekstów pieśni to dokładnie przytoczone nauki z Ewangelii św. Tomasza. Są one śpiewane w saickim dialekcie języka koptyjskiego. Uważa się, że są to teksty gnostyckie. Rzeczywiście mają moc mantry. Jak komponować muzykę do takiego tekstu? Muzykę, która ma powiew Arche? Niesie przesłanie duchowej nauki? Dla mnie zbawienny okazał się dawny pobyt na Mukattanie w koptyjskiej dzielnicy Kairu. Horyzont muzycznych odniesień sięga tutaj antyku. Czuję, że dotknięcie żywego archaicznego rytu podczas liturgii koptyjskiej pomogło mi stworzyć muzykę do słów zapisanych na papirusach z Nag Hammadi, pomogło otwierać intuicję na tekst, gdzie sfera sacrum rozciąga się na wszystkie formy życia.

 

Może ludzie w pamięci zachowują doświadczenie nieskończoności?

A więc tak. Poruszam się w pamięci albo nawet w pamięciach.

Może to jest właśnie nieskończoność?

 

___
tekst: Światosława Sadowska
foto: Jerzy Sadowski

]]>
wykład o przypadku https://lesma.org/1392-2/ Wed, 15 Dec 2021 16:16:14 +0000 http://lesma.org/?p=1392 Idąc na umówione spotkanie, czułam jakąś niewygodę, by nie powiedzieć zgrzyt – ja, antytalent matematyczny, miałam przeprowadzić rozmowę o przypadku z matematykiem. Czułam, że temat jest szeroki, ale nie spodziewałam się, że można go właściwie zawęzić tak, by zamknąć klamrą wzoru, bo cała reszta opowieści to dywagacje i hipotezy. Z praktycznych racji na miejsce naszego spotkania wybrałam ogród botaniczny w Poznaniu. Czułam, że znajdziemy tam spokój potrzebny do skupienia i wsparcie w widoku kwitnących roślin, które niezależnie od naszych ustaleń, takie pozostaną. Zadziałało. 

 

Po skończeniu pierwszej klasy w liceum plastycznym miałam poprawkę z matematyki – na zawsze zdeterminowało to moje przyszłe wybory życiowe, jednak w tej rozmowie poczułam, że bawić się matematyką, logiką można, podejmując inne tematy. Być może nie uzyskamy tu żadnego rozwiązania, chyba nawet nie było takiego zamiaru. Musiałam się pogimnastykować, żeby rejestrować specyficzne twierdzenia, jednak uznaję to za wprawkę do mojej osobistej matematyki natury, która w końcu zdominowała naszą rozmowę. Pan profesor okazał się wrażliwy na niematematyczne treści i szczerze przejęty ludzkimi dziejami w obecnych czasach, chętnie wdał się w spekulacje co do naszej przyszłości – ludzi, cywilizacji, planety. Pomógł ogarnąć nasze miejsce w szerokiej perspektywie, od antyku do odległej przyszłości, która szczęśliwie zafunkcjonuje na pewno. Jak? Hipotezy to ulubione słowo, które zapamiętam z tego spotkania. 

 

A Ogród nadal stoi i ma się wspaniale w swojej letniej pełni – jakby nas tu w ogóle nie było.

 

Pytamy o przypadek. Mamy bowiem 21 numer magazynu, w 21 roku, XXI wieku – przypadek?

 

Matematyk nie powinien zakwalifikować do przypadku właściwie żadnego zdarzenia, nawet jeśli student spóźnia się na zajęcia z powodu wypadku drogowego czy opóźnionego pociągu. Ja twierdzę, że te zdarzenia są przewidywalne. To po prostu da się przewidzieć, takie jest przecież całe życie, które jest zbiorem przypadków, a każdy przypadek składa się na życie.

 

Wydaje się pozornie trudne – wliczenie przypadku w ramy życia.

 

To jest trudny temat, temat rzeka. Filozofią kiedyś zajmowali się zwykli ludzie. Wszyscy, i naukowcy, i filozofowie, starali się wytłumaczyć, czym jest przypadek. Przyjmowano na zasadzie dobrej woli, bez zafałszowywania, ale na bazie tego, co w danym momencie historii było wiadomo. Dzisiaj często posługujemy się przypadkiem, tylko że ten przypadek bardzo spowszedniał, wszedł nam już w krew. Kiedyś udzieliłem wywiadu na temat logicznego myślenia i powiedziałem takie zdanie: przeciętny człowiek używa procesu myślenia, nie zastanawiając się nad tym – myśli i jest to tak naturalnie zakodowane w nas, że nie zastanawiamy się w ogóle nad tym, że proces ten ciągle trwa – nie myślimy o tym, że myślimy. To jest jak oddech, człowiek oddycha i nie myśli nad tym faktem.

 

Inną kwestią jest to jak myślimy – czy to myślenie nie jest „zepsute” przez poglądy, politykę, podejście do życia.

 

I podobnie jest z przypadkiem – już Arystoteles się nim zajmował, a była to cała szkoła filozoficzna, która wiązała zasadę przyczyny i skutku. Tam właściwie nie było miejsca na przypadek. Szukano związków w sytuacji, w której coś się zdarzyło, a przypadek był wyłomem z racjonalności, przerywał ciąg przyczynowo-skutkowy.

 

I ten przypadek, to coś nieracjonalnego, tak postrzegany jest do dzisiaj. Ale obecnie przypadek można w jakiś sposób zakwalifikować – i matematyka to pięknie rozwiązuje.

 

Przypadek to coś, czego się nie spodziewamy – coś, co jest nieokreślone.

 

W dzisiejszych czasach, charakteryzujących się niespotykanym jak dotąd rozwojem nauki, gdzie bez przerwy coś nowego odkrywamy, jest coraz mniej miejsca na przypadki.

 

Czy przypadki są policzalne?

 

Przypadków jest nieskończenie wiele, przy czym powinniśmy już raczej mówić o zdarzeniu, nie przypadku. Najlepiej mówić o częstotliwości występowania zdarzenia.

 

Wracając do Arystotelesa – przypadek to było coś, co nie mieściło się wtedy w umyśle ludzi, co było niewytłumaczalne. Matematyka zna wiele takich „przypadków”. 

 

I nie wchodząc zbyt głęboko w teorię, tę która jest mi najbardziej bliska, w teorię liczb i algebrę, sięgnijmy do czasów Euklidesa i liczb wymiernych, a konkretnie do „przypadku” ich odkrycia.

 

Czy można to potraktować jako przypadek, czy raczej konsekwencję konieczności poradzenia sobie w tak prostych sprawach jak chociażby mierzenie.

 

Liczby naturalne, które wykorzystywano do liczenia bydła, talarów i innych dóbr, po prostu już nie wystarczały. Pojęcie liczby wymiernej było dla wielu abstrakcją – zostało odkryte i rozpoczęło nową, lepszą już formę radzenia sobie z uciążliwościami tamtego życia. Podobnie było z liczbami niewymiernymi czy zespolonymi.

 

Dziś, gdybym mógł rozpocząć nowe studia, po moich latach pracy matematyka, to zacząłbym prawdopodobnie filozofię, choć matematyka jest częścią filozofii lub jak chcą inni – filozofia jest częścią matematyki.

 

Arystoteles poważnie rozważał istnienie Boga, który był wykonawcą świata, W antyku wierzono w wielu różnych bogów. Bóg to był ktoś, kto wszystko stworzył, a skoro nie możemy wszystkiego przewidzieć, bo taka jest główna cecha przypadku, to pojawia się tu zaprzeczenie istoty Boga. 

 

Powiedział Pan, że każde zdarzenie jest w zasadzie do przewidzenia. Co zatem z grami. Czy wygraną w lotto da się wyliczyć?

 

Matematycy, uogólniając, raczej nie grają w lotto oraz temu podobne gry, ale tak – da się to wyliczyć. Wygralibyśmy, choć stracilibyśmy pewnie dużo czasu na wypełnianie kuponów i jeszcze więcej pieniędzy potrzebnych, żeby ten milion wygrać.

 

Choć są i ludzie, którzy zakładają prawdopodobieństwo wygranej 1/2 – albo wygram, albo przegram. Niestety, prawdopodobieństwo wygranej jest niepomiernie małe – i mimo to, ten margines prawdopodobieństwa niektórych pociąga. Włącza się w ludzkiej naturze chęć sprawdzenia, która jest silniejsza niż rozsądek. 

 

Czym zatem jest przypadek w matematyce?

 

Matematycznie przypadek definiuje się jako zdarzenie o prawdopodobieństwie większym od zera, a mniejszym lub równym jeden. Ale dla przeciętnej istoty żyjącej na ziemi prawdopodobieństwo (przypadek) zajścia zdarzenia A jest ilorazem liczby zdarzeń sprzyjających wydarzeniu A do liczby wszystkich zdarzeń. Trochę tak jak w rzucie kostką: wyrzucenie piątki to przypadek, który można wyliczyć i równy jest 1/6. Wyciągnięcie asa z talii kart jest równe 4/52 a już wyciągnięcie asa pik jest równe 1/52.

 

Bardziej matematycznie: prawdopodobieństwo to jest funkcja określona na zbiorze zdarzeń elementarnych przyjmująca wartości pomiędzy zerem a jeden. 

 

Jeśli mówimy, że prawdopodobieństwo jest zerowe, oznacza że „coś” nigdy nie zajdzie. Określając prawdopodobieństwo o wartości 1, mamy zdarzenie pewne. Zatem przypadek to zdarzenie mniejsze od 1, a większe od 0.

 

Nasze spotkanie – z punktu widzenia naszej czwórki – jest pewnym przypadkiem, ale gdybyśmy zechcieli do tego podejść logicznie, matematycznie, to można zobaczyć, że pewien ciąg zdarzeń doprowadził do tego, byśmy się tu, w Ogrodzie Botanicznym, spotkali. Zaistniało bowiem wiele poprzedzających zdarzeń, które poprzedziły nasze spotkanie. Można oszacować, krok po kroku, jak do tego doszło. Więc tym samym nie jest to zdarzenie, które jest niemożliwe.

 

Zatem jeśli przypadek się zdarzył, to znaczy, że jest możliwy. Czy w takim razie można go w ogóle nazywać przypadkiem?

 

Przypadek jest dotąd przypadkiem, aż zrozumiemy, co go poprzedziło, jakie zaistniały związki zdarzeń. 

 

I tak naukowej teorii Wielkiego Wybuchu można w pewnym sensie przeciwstawić teorię mówiącą o istnieniu Boga stwórcy. Można też brnąć dalej – kto w takim razie stworzył Boga – to akademickie dyskusje. Już Galileusz powiedział, że matematyka jest alfabetem, przy pomocy którego Bóg opisał wszechświat. Wiele otaczających nas zjawisk da się opisać poprzez rachunek różniczkowy, a konkretnie równania różniczkowe i całkowe.

 

Ten rzeczony przypadek trochę zależy od świadomości ludzi. W dawnych czasach, kiedy świadomość była niska (poza ośrodkami naukowymi), te tzw. przypadki zdarzały się bez przerwy, a nawet nazywano je cudami. 

 

Czym jest więc cud? 

 

Już Św. Augustyn powiedział, że cuda nie dzieją się w sprzeczności z naturą, ale w sprzeczności z tym, co o naturze wiemy. Zatem, im wyższy poziom rozwoju nauki, matematyki, fizyki, chemii…, tym mniej tych cudów się przydarza. Nauka po prostu tłumaczy cuda. Choć coraz częściej słyszę powtarzające się stwierdzenia, że lepiej nieraz pozostać w nieświadomości, nie zagłębiać się w naturę zjawisk. Jeżeli spojrzymy realnie na świat i życie, przeanalizujemy w oparciu o naukę zagrożenia, nad którymi póki co ludzkość nie panuje, to świadomość jego kruchości i zależności od wielu czynników, spowoduje ciągły niepokój. Na przykład superwulkan Yellowstone – spekuluje się, że lada chwila ma wybuchnąć. Ten wulkan wybuchał w swoich dziejach już wielokrotnie i zawsze mówiono, że to przypadek lub sygnał od istot, które różnie określano. Podobnie było kiedyś w przypadku zaćmień słońca. 

 

Matematyka pomaga w przybliżeniu wyliczyć zajście zdarzenia – ażeby coś precyzyjnie określić, potrzebne są warunki brzegowe, czyli dużo danych. Obecnie mamy dostęp do coraz większej liczby danych, które potwierdzają, że wulkan wybuchnie – jedyna niewiadoma to dokładna data tego wydarzenia. Czy będzie miało miejsce za 20, 30 czy 100 lat. Cywilizacja była wielokrotnie niszczona, my mamy się za niezniszczalnych, zarządzających całą planetą, ale widzimy też, co się dzieje. To planeta rządzi nami, a my nie jesteśmy w stanie poradzić sobie nawet w przypadku pożarów czy powodzi.

 

Skoro jesteśmy przy katastrofalnych zdarzeniach – co z meteorytami? Jak duże są szanse na to, że po raz kolejny w nas uderzą?

 

Jest ich tak dużo, że nie ma możliwości, by coś tak olbrzymiego nie uderzyło w końcu w Ziemię. Jest to tylko kwestia czasu, a od postępu nauki, technologii zależeć będzie rodzaj zniszczenia. Możemy sobie w zaciszu domowym, opierając się na danych, wyliczać, kiedy meteoryt uderzy, możemy rozważać scenariusze oparte na filmach sci-fi dotyczące unieszkodliwienia przybyszów z dalekiej przeszłości i możemy mieć nadzieję, że przetrwamy, a nadzieja jest konieczna do rozwoju nauki. 

 

A co z życiem na Ziemi? Dzieło przypadku?

 

Nie odpowiem na to pytanie, ale jestem pewien – nie jesteśmy jedynymi istotami we Wszechświecie. To jest zerowe prawdopodobieństwo – może popełnię błąd, ale patrząc na naszą galaktykę, na ilość galaktyk, wydaje się naprawdę mało prawdopodobne, żebyśmy byli tu sami. Stephen Hawking na krótko przed śmiercią powiedział coś znamiennego – „Nie szukajcie kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi. My jako Ziemia jesteśmy młodą cywilizacją. Każda inna będzie na tyle silna, aby nas zniszczyć, bo może naszą wartość oceniać na nie większą, niż my widzimy w bakteriach”. 

 

Nauka w ostatnich 200-300 latach szybko się rozwinęła, a rachunek prawdopodobieństwa powoduje, że na przypadek patrzymy w sposób zrozumiały. Potrafimy go okiełznać, choć rzeczywiście są momenty, kiedy nie jesteśmy w stanie uszczegółowić wszystkiego. Upraszczając – jeśli dzięki nauce, matematyce będziemy mieli optymalną ilość danych, to wszystko jesteśmy w stanie obliczyć.

 

Jeszcze niedawno, w kontekście istnienia życia na Ziemi, uważano, że Ziemia jest płaska i podtrzymywana przez żółwie, słonie – symbole długowieczności. Przy średniej długości życia człowieka wówczas (20-30 lat) – żółw, który mógł żyć nawet 200 lat, obejmował nawet 10 ludzkich pokoleń. Rozważano, co się stanie, kiedy jeden żółw czy słoń dopełni swojego życia – i był to problem tamtych żyjących na ziemi ludzi, problem, który można porównać do problemów naszej cywilizacji, choć oczywiście w zupełnie innym wymiarze.

 

Czy kiedyś wyliczymy wszystko?

Na żadnym etapie rozwoju umysłu ludzkiego nie jesteśmy w stanie wszystkiego poznać. Gdyby tak było, bylibyśmy absolutem. Pojawiają się problemy, te z kolei są przez naukę badane, rozwiązywane w czasie, a kolejne pytania pojawiają się nieustannie. Podstawową metodą badań od czasów Arystotelesa była indukcja i dedukcja. Punkt po punkcie, metodycznie. W indukcji mówi się o pewnych ogólnych zasadach, wyprowadzając je ze szczególnych, a dedukcja to mówienie o szczegółach w oparciu o ogólne zasady. Metoda ta działa do dziś w wielu dziedzinach. I zawsze też spotykać będziemy się z „przypadkiem”. Jednak im więcej wiemy o prawdopodobieństwie, tym mniej zaskakują nas przypadki i „niemożliwe” zbiegi okoliczności.

 

Rachunek prawdopodobieństwa i statystykę wykorzystujemy także podczas trwającej dzisiaj pandemii. Wyciągamy wnioski, przewidujemy skutki – trwa to od tysiącleci i będzie nadal, jednak pewne prawdy są niezmienne.

 

Do dziś na wykładach z algebry i teorii liczb studiujemy dowody, które mają 2000 lat, ponieważ tu nic się nie zmieniło. Fakt, że istnieje nieskończona ilość liczb pierwszych moglibyśmy przez kolejne 2-3 godziny opowiadać sobie, jak to wpływa na przypadki. A matematyka to jest taki constans. 

 

Czy kiedyś wyliczymy wszystko? Na pewno nie, bo to „wszystko” jest rodzajem nieskończoności – a tu zdarzają się przypadki i żeby je ograniczać, powinniśmy postawić edukację na należytym jej miejscu. Porządna i prawidłowa edukacja jest podstawą rozumienia zjawisk. Dotyczy wszystkich dziedzin, choćby ekologii, gdzie widzimy wielkie luki i ignorancję. Szacunek i pokora w dobrobycie, w którym radośnie żyjemy uciekły w niebyt. Edukacja i wynikająca z niej odpowiedzialność dotycząca planety muszą być obecne i w domu i w szkole, bo zbrodnia przeciwko planecie jest, powinna być, porównywalna do zbrodni przeciwko człowiekowi.

 

A mówiąc o człowieku, dochodzimy do sztucznej inteligencji, z jednej strony nieprzypadkowej konsekwencji rozwoju cywilizacji, ale także, jak sugerują niektórzy badacze, niosącej niebezpieczeństwo stania się jej niewolnikami. Sztuczna inteligencja, nawet ta dzisiejsza, jest tak zaawansowana, że wyeliminuje przypadki.

 

Czy jednak życie, w którym nie ma przypadku i wszystko – jeśli nie zaplanowane, to przewidywalne – pozostanie ciekawe? A co z siłami, które są niedefiniowalne?

 

Potrzebowałem wielu lat, by zrozumieć, o co pytał mnie tybetański mnich – czy piekło lub czyściec może być kolejną inkarnacją naszego życia? Przypomniało mi się to w Kalkucie, podczas wycieczki z dostojnym starcem, który swoją rikszą zabrał mnie do slumsów. Slumsy są jak czyściec czy piekło. Reinkarnacja? Niebo?

 

Według starego przysłowia „w naturze nic nie ginie”. Obserwując cykle natury, widzimy, że życie krąży. Świat jest zbyt skomplikowany, by rozwiązanie było proste. 

 

I w tym kontekście takie uporządkowane życie, gdzie wszystko jest na miejscu, o wszystkim wiemy, możemy przewidywać, gdzie prawdopodobieństwo zdarzenia jest równe 1 – jest po prostu nieciekawe i mam nadzieję, że jeszcze długo pozostanie nierealne.

 

Wszechświat nieustannie się rozszerza, pojawia się pojęcie nieskończoności, w której to skończone „życie” naszej planety powinno być dla nas wszystkich najważniejsze i powinniśmy tak działać, by przypadki niekorzystne eliminować – a to cały czas jest jeszcze w granicach naszych możliwości.

 

___

tekst: Światosława Sadowska

 

znak-01

Roman Czarnowski,
matematyk, wieloletni pracownik UAM, w latach 2012-2020 prodziekan ds. studenckich wydziału matematyki i informatyki UAM, podróżnik, organizator wielu wypraw na daleki wschód (Indie, Bhutan, Nepal, Sumatra, Chiny, Borneo, Malezja), miłośnik gór.

 

]]>
przygotowani, otwarci, wyczuleni https://lesma.org/przygotowani-otwarci-wyczuleni/ Wed, 15 Dec 2021 16:06:38 +0000 http://lesma.org/?p=1385 O ile nam wiadomo, natura nie kieruje się subiektywnymi kategoriami podobania się lub nie. Z genowego zestawu klocków tworzy natomiast wszystkie dostępne jej warianty. A gdyby tak i w sztuce wycofać intencje twórcy, usunąć jego osobiste preferencje i zbliżyć się do sposobu, w jaki działa natura? Takie założenie powziął kompozytor John Cage. Opuścił główny nurt i wyprowadził muzykę na szerokie wody oceanu możliwości. Według Yoko Ono historię zachodniej muzyki należałoby podzielić na tę przed Cage’em i tę po nim (B.C. – Before Cage i A.C. – After Cage). Lou Reed zapytany o to, co przekazuje nam muzyka Cage’a, odpowiedział: „Everything is music” (Wszystko jest muzyką). O tym niezwykłym artyście rozmawiamy z dr Małgorzatą Pawłowską, teoretyczką muzyki, zastępcą dyrektora Instytutu Kompozycji i Teorii Muzyki w poznańskiej Akademii Muzycznej.

 

Gdy zapytamy Google, czym jest muzyka, pierwsza odpowiedź będzie brzmiała: sztuka organizacji struktur dźwiękowych w czasie. Organizacja, czyli porządek. Gdzie tutaj miejsce dla przypadku i dla Johna Cage’a?

 

Oczywiście muzykę często postrzega się jako uporządkowany system, ale na pewno intuicyjnie zauważasz też, że już na długo przed pojawieniem się Cage’a istniała w tej sztuce pewna doza swobody. W baroku np. był to bas cyfrowany – ostateczny efekt zależał od tego, kto go odczytywał, improwizacyjnie uzupełniał i interpretował, tzn. jakie konkretne dźwięki i w jakich układach podłożył pod zapisane cyfry. W muzyce kolejnych epok mamy fermaty czy określenia takie jak ad libitum czy rubato, które w pewnej mierze oddają inicjatywę wykonawcy. Są także wirtuozowskie kadencje, które z jednej strony były popisem umiejętności technicznych grającego, z drugiej – zaskoczeniem dla słuchaczy. Z zasady zawierały więc w sobie pierwiastek czegoś niespodziewanego. Z kolei w Die Kunst der Fuge (Sztuka fugi) Bacha mamy do czynienia z niedookreśleniem obsady – nie wiemy, na jaki instrument czy też zestaw instrumentów dzieło jest przeznaczone. Dziś z powodzeniem grają je i klawesyniści, i pianiści, i kwartety smyczkowe, zatem efekt za każdym razem jest inny. Podsumowując, mamy przed Cage’em dozę przypadkowości w muzyce, ale zdecydowanie to on usankcjonował w niej znaczenie przypadku i podniósł jego rangę.

 

Co sprawiło, że na początku XX wieku przyszła pora na pojawienie się kogoś tak odmiennego jak Cage?

 

Choć jest to rozmowa o przypadku, przewrotnie powiem, że nie ma przypadku w tym, że John Cage pojawił się właśnie wtedy. Niebagatelne znaczenie ma to, co działo się na początku XX wieku. W szerszym kontekście mam na myśli sprawy dziejowe – obie wojny światowe, ogrom ludzkiego cierpienia i dowód na kruchość istnienia.Twórcy w różnoraki sposób ustosunkowywali się do otaczającej ich rzeczywistości, trzeba było sobie w różny sposób radzić z tak dramatycznymi okolicznościami. Stąd w dwudziestoleciu międzywojennym mamy do czynienia z silnymi tendencjami klasycyzującymi, np. wśród muzyków francuskich, którym zależało na tym, aby ich twórczość była zrozumiała dla zwykłego człowieka, by podnosiła na duchu tych, którzy ponieśli w trakcie wojen największe straty. Z drugiej strony mamy też twórczość silnie umocowaną politycznie, w ZSRR, Niemczech i we Włoszech. Jednocześnie rodzą się idee muzyki nowej, postępowej. Pojawia się dodekafonia, czyli bardzo silnie zintelektualizowana, matematyczna wręcz technika kompozytorska, następnie serializm. Do tego wszystkiego zaczynają się rozmowy na temat granic swobody twórczej: na ile kompozytor może sobie pozwolić, co powinien zapisać w partyturze, a co pozostawić losowi. Pojawiają się Międzynarodowe Letnie Kursy Nowej Muzyki w Darmstadcie, powoływane są liczne festiwale muzyki współczesnej. Mobilność ludzi, otwartość umysłów na nowe pomysły i dostęp do informacji tworzą otoczenie idealne do wyłonienia się takiej indywidualności jak Cage. 

 

Uczy się on u Arnolda Schönberga, poznaje jego dodekafonię (od której co prawda odwróci się w swej późniejszej twórczości) i słyszy dość druzgocącą diagnozę – nigdy nie będzie kompozytorem, bo zupełnie nie ma poczucia harmonii, a przecież to ono jest podstawą pisania muzyki. Schönberg stwierdza, że Cage prędzej czy później dojdzie do muru, którego nie będzie w stanie przeskoczyć. Młody adept sztuki kompozytorskiej odpowiada, że w takim razie całe życie poświęci na to, aby walić głową w ten mur, aż go nie przebije. 

 

Trzeba było mieć naprawdę sporo determinacji, żeby sprzeciwić się takiemu mistrzowi jak Schönberg. Być może to inne powietrze Nowego Świata dało Cage’owi przestrzeń i siłę do poszukiwania własnej drogi?

 

Fakt, że Cage urodził się w Ameryce i mógł zdystansować się od dziedzictwa europejskiego, na pewno miał niebagatelne znaczenie. Jego amerykańscy poprzednicy w pewnym sensie utorowali mu drogę. Charles Ives w Holiday Symphony obok orkiestry symfonicznej wprowadził dodatkowy zespół, który niezależnie grał melodie popularne. Henry Cowell w trzecim kwartecie kazał muzykom zebrać zaproponowane przez siebie części i dowolnie je ułożyć. Obaj kompozytorzy stosowali klastery – bogate wielodźwięki grane np. na fortepianie przez naciskanie na klawiaturę przedramieniem. 

 

Warto również wspomnieć o tym, że Cage artystycznie dorastał w Black Moun­tain College. W latach 40. i 50. był to ośrodek, w którym zebrało się kilka awangardowo myślących autorytetów. Tam Cage mógł zacząć się zastanawiać nad tym, czym jest sztuka w ogóle, czym jest muzyka, jaka jest jej wartość, co ma prezentować. Te pytania zadawał sam sobie i wszystkim tym, z którymi obcował. Ostatecznie postanowił zaproponować coś, co my po latach oceniamy jako rewolucyjne, ale warto pamiętać, że Cage sam siebie nie uważał za burzyciela. Wymyślił alternatywę dla zastanych form, dla tego, jak myśleć o współbrzmieniach, wreszcie do tego, jak pojmować płynący w muzyce czas. Tą alternatywą była swoboda. Prof. Zbigniew Skowron w jednym z udzielonych wywiadów świetnie określił, jakie elementy Cage przeciwstawił temu, co znamy z europejskiej tradycji muzycznej. Na jednym biegunie mamy klasycznie zdeterminowaną formę, a na drugim Cage zaproponował coś, co zależy wyłącznie od przypadku. Kiedy mówimy o harmonice, o tym, jak nawarstwiać współbrzmienia na siebie – Cage zachęcał, abyśmy przyjrzeli się dźwiękowi i temu, jak swobodnie przepływa w czasie.

 

Takie nastawienie przypomina mi medytacyjne praktyki wschodnich kultur.

 

Zgadza się. Koncepcje filozoficzno-religijne Wschodu bardzo mocno wpłynęły na to, jak Cage myślał o sztuce w ogóle. Zresztą w myśli wschodniej otwartość na działanie przypadku i poddawanie się losowi są bardzo istotne. Cage wykorzystywał w procesie kompozytorskim starożytną chińską Księgę przemian I Ching. Pisząc utwór Music of Changes, rzucał monetą i zaglądał do tegoż tekstu, oddając losowi decyzje dotyczące dynamiki czy długości trwania dźwięków. Myśl wschodnia i buddyzm zen są silnie obecne w jego twórczości. Był także zafascynowany hinduskimi ragami, które określają melodię, i talami – strukturami rytmicznymi, które nam wydają się skomplikowane, a dla Hindusów są jasne i zrozumiałe. Na Zachodzie dorastamy w otoczeniu muzyki utrzymanej w systemie dur-moll, dlatego dla Europejczyków te wschodnie struktury melodyczno-rytmiczne brzmią nie tyle egzotycznie, co często nawet chaotycznie – gubimy się w nich, tracimy grunt pod nogami.

 

Bo lubimy nad wszystkim panować, utemperować, wygładzić. W książce Lud z grenlandzkiej wyspy Ilona Wiśniewska wspomina rozmowę na temat tego, co Grenlandczyków śmieszy w Europejczykach. Otóż najbardziej bawi ich nasza powaga i przekonanie, że mamy wszystko pod kontrolą. Czy muzyka, którą proponował Cage, miała za zadanie wytrącać nas z tego przekonania?

 

Na pewno była to jedna z jego intencji, a zarówno jego kompozycje, jak i utwory jego poprzedników szokowały publikę, wprawiały ją w zakłopotanie. Na co dzień, w trakcie zajęć widzę, jak studenci Akademii Muzycznej borykają się z odbiorem chociażby kompozycji ćwierćtonowych wspomnianego już Charlesa Ivesa. Z kolei Cage pojmował jako muzykę wszystkie dźwięki, które nas otaczają, dla niego nie istniał podział na dźwięki muzyczne i niemuzyczne. Zadał kiedyś ciekawe i przewrotne pytanie: czy bardziej muzycznym brzmieniem jest dźwięk ciężarówki przejeżdżającej obok fabryki czy obok szkoły muzycznej? Według Cage’a wszystko jest muzyką, wynika ona z rzeczywistości, z otoczenia. Za kilka miesięcy będziemy słuchać kolejnej edycji Konkursu Chopinowskiego i może przyda się wówczas to Cage’owskie nastawienie – w chwilach, gdy podczas przesłuchań, pomiędzy utworami jak zwykle na widowni rozpocznie się koncert kaszlu. Cage byłby z niego niezwykle zadowolony, zapewne czekałby nawet na takie interwencje, które większość z nas oburzają i irytują. Był człowiekiem niezwykle otwartym na naturę i procesy w niej zachodzące, co ciekawe, był nie tylko kompozytorem, ale i mykologiem z zamiłowania.

 

A grzybnia to przecież najbardziej niezwykła sieć połączeń na Ziemi.

 

Otóż to. Wszystkie te kwestie sprawiły, że jego rozumienie dzieła muzycznego wykraczało daleko poza ówczesne formy, a samą muzykę przybliżał do życia. 

 

Jaki był w takim razie odbiór tych „eksperymentów” Cage’a?

 

Reakcje na jego twórczość się zmieniały. Kiedy pisał swoje pierwsze, jak to ujęłaś, eksperymentalne utwory, wielu łapało się za głowę i pytało, w jakim celu to robi. W muzyce tak wiele zostało już wypowiedziane, po co więc coś tak „niemuzycznego” prezentować jako dzieło sztuki. Ale było też wielu ludzi, którzy rozumieli tę twórczość i tłumnie się gromadzili, aby posłuchać utworu, w którym krążący po sali wykonawcy włączają radioodbiorniki na przypadkowe częstotliwości. Ludzie cieszyli się na nowe pomysły Cage’a. Niebywałą karierę zrobił jego fortepian preparowany. Cage zaproponował, aby pomiędzy struny fortepianu wkładać różne obiekty i dzięki temu wydobywać niespodziewane efekty dźwiękowe. Sam fakt, że artysta wpadł na ten pomysł, był dziełem przypadku. W latach 30. pracował w Seattle, w Cornish School, gdzie akompaniował grupie tancerzy. Na scenie nie było miejsca na nic poza fortepianem, a Cage chciał uatrakcyjnić i urozmaicić proponowaną muzykę. Szukał więc sposobu, aby fortepian brzmiał inaczej – na strunach zaczął umieszczać m.in. śrubki, gwoździe, drewno, filc, talerzyki deserowe. Prosty pomysł doprowadził do tego, że ta metoda – preparacja fortepianu – stosowana jest przez kompozytorów na całym świecie po dziś dzień.

 

Czy poza fortepianem preparowanym inne idee Cage’a również znalazły kontynuatorów? Czy jego myślenie o muzyce jest aktualne także współcześnie?

 

Wraz z Cage’em pojawił się szereg kompozytorów amerykańskich podążających wytyczoną przez niego ścieżką, m.in. David Tudor, Morton Feldman czy Earle Brown. Również wielu europejskich twórców zainspirowało się jego twórczością, np. Karlheinz Stockhausen, który pojawił się na jednym z wykładów Cage’a w Darmstadcie. Tak się złożyło, że właśnie wtedy Cage postanowił odpowiadać na pytania z sali zestawem przypadkowych odpowiedzi. To bardzo zainspirowało Stockhausena do pisania utworów, w których przypadek gra istotną rolę. Świetnym przykładem jest jego Klavierstücke XI, gdzie rozsypał na wielkiej kartce 19 krótkich fragmentów muzycznych – grup dźwiękowych i zaproponował, aby to pianista zdecydował, jak te grupy realizować. Pianista wchodzi na estradę, dowolnie wybiera pierwszą grupę, dowolnie również ją interpretuje pod względem tempa, dynamiki i artykulacji. Na końcu tego fragmentu odczytuje w partyturze tempo, dynamikę i artykulację następnęj cząstki, ale sam decyduje, która nią będzie. Jeśli jego wzrok po raz drugi trafi na cząstkę, którą już zagrał, musi ją zaprezentować w nieco inny sposób, np. zagrać o oktawę wyżej, a jeżeli trafi na nią po raz trzeci, utwór się automatycznie kończy. Jakby tego było mało, pianista może skończyć utwór w dowolnym momencie. Utwór może trwać równie dobrze 10 minut lub 10 sekund, a każde z wykonań będzie tak samo uprawnione.

 

Widać w tym przykładzie, jak ogromna rola przypada wykonawcy – to jedna z ważniejszych cech wynikających z aleatoryzmu. Wprowadza on przypadkowość na dwóch znaczących poziomach – samego procesu komponowania, ale także otwiera nowy świat przed wykonawcami, pozwala im na swobodę interpretacji.

 

Jeszcze jedna ciekawa kwestia: rozmawiamy już dość długo, a zauważ, że ten termin: aleatoryzm – pojawia się dopiero teraz. Nic dziwnego, sam Cage nie używał go w odniesieniu do swojej twórczości.

 

Jednym z najbardziej znanych dzieł Cage’a jest utwór 4’33’’ składający się z samych pauz. Przez cały czas jego trwania wykonawca lub wykonawcy nie wydobywają z instrumentu żadnego dźwięku. Tego rodzaju twórczość przywodzi na myśl bardziej performance niż muzykę klasyczną. Do czego kompozytor chce nas zaprosić w ten sposób?

 

Cage sadza pianistę przy fortepianie i dokładnie oznacza, przez ile sekund ma on grać dosłownie „nic”. Tym samym zmusza nas do przyjrzenia się dźwiękom, które nas otaczają. Pokazuje, że w świecie, w którym żyjemy, nie ma ciszy. Nawet w wytłumionej komorze będziemy słyszeć dźwięki, które wydaje nasze ciało, a co dopiero w ustalonej sytuacji koncertowej, gdy zbiera się wielu ludzi, słychać szmery, pochrząkiwania, szepty. Na prowadzonych przeze mnie zajęciach z kultury muzycznej XX i XXI wieku prezentuję co roku 4’33’’ i zdarzało się już niejednokrotnie, że przypadkowo np. portier wszedł do sali, żeby zapytać, czy działa klimatyzacja, ktoś kichnął, za oknem przejechała karetka. Cage otwiera nas tym utworem na przypadek, ale pamiętajmy, że wielu ludzi zna już tę kompozycję i idąc na koncert, nie tyle spodziewają się czegoś przypadkowego – wręcz na te spontaniczne zdarzenia czekają, jest to więc coś w rodzaju ustalonego oczekiwania przypadku. 

 

Wracając do twojego pytania, sądzę, że Cage tym sposobem chce przenieść odpowiedzialność za interpretację dzieła muzycznego na odbiorcę. Naszym zadaniem jest słuchanie dźwięków, przyglądanie się im, obserwowanie, jak przebiegają w czasie. W poprzednich epokach celem kompozytorów była głównie autoekspresja, pokazanie przez muzykę samego siebie czy zobrazowanie zjawisk pozamuzycznych. Cage, pozostawiając tak wiele przypadkowi, rezygnuje z artystycznego ego. Jego muzyka jest, bo po prostu może być. 

 

Czy w Polsce znaleźli się kontynuatorzy myśli Cage’a?

 

Oczywiście, mamy twórców korzystających ze zdobyczy aleatoryzmu, jak np. Kazimierz Sikorski czy Krzysztof Penderecki, który w partyturze umieszczał chociażby zaczernione trójkąty, mówiąc tym samym wykonawcy: zagraj najwyższy dźwięk, jaki możesz. Najwyższy, czyli jaki? We Fluorescencjach z kolei zapisał szerokie i wąskie pasy z góry na dół, które oznaczały odpowiednio klastery półtonowe i całotonowe. Jeżeli gra je zespół instrumentalistów, to za każdym razem pojawi się inny zestaw dźwięków. 

 

Bardzo ciekawą rzecz zaproponował Witold Lutosławski w postaci aleatoryzmu kontrolowanego, co jest pewnym ewenementem. Z jednej strony kompozytor mówi: są obszary dzieła muzycznego, które chcę mieć pod pełną kontrolą, ale są i takie, które oddaję losowi. Lutosławski wprowadził fragmenty aleatoryczne np. pod względem prędkości wykonania partii. To zupełnie nowe podejście do kształtowania gry zespołowej – muzycy grają, nie oglądając się na swoich partnerów, intepretują dźwięki dłużej lub krócej, niż zapisano je w partyturze. Efekt końcowy daleki jest jednak od chaosu. Lutosławski cały czas stosuje blisko siebie wszystkich 12 wysokości dźwięków, więc koloryt brzmieniowy jest zachowany, obojętnie, w jakim tempie dany fragment jest grany. To niezwykle interesujące podejście. 

 

Trochę jakby negocjował ze światem rozumiejąc, że nie wszystko może mieć pod kontrolą, ale jednak zachowując dozę tej kontroli tylko dla siebie. Czy to był złoty środek między totalną kontrolą a całkowitym jej odpuszczeniem?

 

Sądzę, że u Lutosławskiego była to nie tylko negocjacja ze światem, ale i negocjacja z samym sobą. Był niezwykle skrupulatnym człowiekiem – i w pracy kompozytorskiej, i w notowaniu swoich dzieł. Fakt, że zainspirowany wszystkim, co działo się w muzyce wokół niego, zdecydował się na dopuszczenie przypadku w swojej twórczości na pewno poszerzył jego artystyczne horyzonty i zadziałał uwalniająco. 

 

Wspomniałaś, że tego rodzaju podejście do muzyki rozprasza nieco odpowiedzialność kompozytora, cedując ją na słuchaczy. Co dokładnie miałaś na myśli?

 

Ta odpowiedzialność polega na tym, że to my podejmujemy decyzję, czy chcemy przygotować się do odbioru takiego utworu. Jeżeli zdecyduję, że zechcę zrozumieć kompozytora i jego zamiary, dopiero wówczas staję się świadomym słuchaczem, lecz wielu ludzi poprzestaje na odbiorze powierzchownym – czerpało i wciąż czerpie przyjemność ze słuchania utworów, o których nie wie zupełnie nic. Wynika to z uwarunkowań ludzkiej psychiki – w muzyce europejskiej mamy napięcia, odprężenia, kadencje, kulminacje; istnieje przede wszystkim powtarzalność struktur melodyczno-rytmicznych czy harmonicznych, a przecież dobrze wiemy, że podoba się nam to, co znamy. A znamy to, co już kiedyś – bardziej lub mniej świadomie – usłyszeliśmy. Jesteśmy wychowani do odbioru takich właśnie struktur. Przyzwolenie na przypadek w muzyce współczesnej powoduje, że musimy być przygotowani na coś, czego nie znamy, otwarci i wyczuleni na to, czego słuchamy. 

 

Sądzisz, że dzisiejszy słuchacz chce tej odpowiedzialności i jest skłonny wykonać wysiłek przed odbiorem wybranego dzieła muzycznego? Czy przypadkiem (nomen omen) nie wolimy przy muzyce się zrelaksować, odetchnąć, a nie ciężko się napracować? Czy w ogóle potrzebujemy muzycznych eksperymentów?

 

Muzyka danej epoki, jakkolwiek byłaby w tym czasie niezrozumiana, jest potrzebna, bo stanowi odzwierciedlenie rozumienia rzeczywistości przez artystów, jest wynikiem procesów, które zachodziły wcześniej. Muzyka, o której rozmawiamy, jest dziś tworzona i wykonywana na całym świecie, ale nie trafia do szerokich kręgów, co widać chociażby po tym, jak konstruowane są programy filharmonii. Z drugiej strony istnieje też wiele wydarzeń, festiwali, gdzie znajdziemy kompozycje twórców eksperymentujących z użyciem przypadku. W Polsce mamy np. Warszawską Jesień, Poznańską Wiosnę Muzyczną, festiwale Musica Polonica Nova czy Sacrum Profanum. Ci, którzy są zainteresowani taką twórczością – a jest ich zdecydowanie mniej niż melomanów opierających swoją miłość do muzyki na utworach powstałych przed XX wiekiem, ewentualnie w jego pierwszej połowie – łatwo znajdą miejsca, gdzie mogą słuchać najnowszej twórczości. Sam fakt, że za muzykę współczesną uznajemy utwory powstałe sto lat temu, już wiele mówi. 

 

Czy to dlatego, że jest trudniejsza w odbiorze?

 

Jest po prostu inna. Jak każda muzyka wymaga zrozumienia procesów w niej zachodzących, ale równocześnie odejścia od brzmień, do których jesteśmy przyzwyczajeni, od systemu równomiernie temperowanego, od dobrze znanego podziału na dur i moll oraz jasno ukształtowanych melodii – trzeba wówczas nakłonić mózg do wysiłku, bo ten, sam z siebie, lubi i woli wszystko, co już zna. Nie odważę się odpowiedzieć na pytanie, czy słuchanie nowej muzyki jest bardziej satysfakcjonujące w porównaniu z odbiorem tej wcześniejszej, bo myślę, że to kwestia bardzo subiektywna, ale mogę z własnego doświadczenia stwierdzić, że im więcej się jej słucha, tym więcej daje to satysfakcji. Naszym zadaniem jest po prostu lub aż – słuchanie.

 

___

tekst: Julita Mańczak
ilustracja: Dorota Piechocińska

]]>
Przyroda Pierwszego Kontaktu https://lesma.org/przyroda-pierwszego-kontaktu/ Tue, 13 Jul 2021 10:47:10 +0000 http://lesma.org/?p=1348 Dopóki brzmią, świergoczą, klekotają, ćwierkają i kwilą − kruchy ład trwa. Jeśli zamilkną, a nas otoczy jedynie maszynowy klekot i elektryczne brzęczenie, stracimy coś znacznie więcej niż poranną pieśń skowronka. O fascynującym świecie ptaków, naszych próbach nawiązania z nimi kontaktu i stopniowo zamierającym śpiewie, rozmawiamy z Jackiem Karczewskim − przyrodnikiem, ornitologiem, autorem książek „Noc sów” i „Jej wysokość gęś”.

 

 

Julita Mańczak: „Ptaki z natury nie boją się ludzi. Ptaki uczą się bać ludzi wkrótce po tym, jak nas poznają”. Nastały nie najlepsze czasy dla przyrody − powyższe zdanie z Pańskiej książki „Jej wysokość gęś” dotknęło mnie jednak szczególnie. Czy historia relacji ludzi z ptakami zawsze wyglądała w ten sposób? Jak budować zaufanie między nami a tymi niezwykłymi podniebnymi istotami?

 

Jacek Karczewski: Tam, gdzie nie krzywdzimy ptaków, one natychmiast odzyskują zaufanie do ludzi. Widać to chociażby w miejskich parkach, gdzie ptaki wiedzą, że zwyczajowo nikt im nie szkodzi. Jeśli obyczaj krzywdzenia ptaków ustaje, przestają się nas bać. Mnie niezwykle zaskoczyło, kiedy jako już całkiem dojrzały człowiek wylądowałem w Anglii w Norfolk − mekce ptasiarzy − i nagle okazało się, że mogę podejść do dzikich ptaków na odległość kilku metrów, a one mają to kompletnie gdzieś. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie kulturowe − zrozumiałem wtedy, że ptaki ufają nam, kiedy wiedzą, że mogą.

 

Sądzę, że trochę lubimy myśleć o sobie, że zwierzęta na nasz widok uciekają. Bo to my jesteśmy przecież koroną stworzenia. A zwierzęta, jeśli mają jakiś odruch ucieczki, to raczej na widok typowego drapieżnika, który musi wykazywać pewne cechy. My nie jesteśmy typowym drapieżnikiem, dlatego np. ptaki niespecjalnie się nami przejmują. Nie wyglądamy ani jak tygrys, ani jak orzeł. Po prostu jesteśmy wszystkożernymi zbieraczami, którzy rozsmakowali się w mięsie. Są jednak grupy ptaków, które były naprawdę mocno prześladowane, m.in. czaple, które sto lat temu na całym świecie w ilościach apokaliptycznych szlachtowano na przeróżne sposoby, po to, żeby pozyskiwać ich pióra i nimi handlować. To niezwykłe, że po upływie tylu pokoleń od wspomnianego procederu, czaple białe są wciąż tak płochliwe. Wiedza o zagrożeniu została przekazana. Innym gatunkiem napiętnowanym przez setki lat były bociany czarne − przez swój kolor podejrzewane o konszachty z diabłem.

 

JM: Czy historia naszych relacji z ptakami od zawsze obarczona jest takim widmem lęku? To prawda, że w pierwszym odruchu nie wydają się one być stworzeniami bliskimi, jak np. sarny czy zające, ale z pewnością istnieją przykłady ściślejszych więzi między ludźmi a ptakami. Przecież niegdyś były one po prostu naszymi towarzyszami.

 

JK: Tak się składa, że zapytała pani o kwestię, która mnie szczególnie interesuje. Mam swoją prywatną teorię, że w naszym postrzeganiu kiedyś wszyscy byliśmy jednym. Cały świat ożywiony był energetycznie splątany − myśmy byli z nim splątani. Ptaki są istotami wolnościowymi − latają, są piękne, śpiewają. Te przymioty sprawiały, że od początku w pewnym sensie były nam bliższe nawet niż ssaki. W sferze duchowej zawsze skłanialiśmy się ku ptakom. Widzieliśmy w nich posłańcami bogów. Dzieliliśmy na służące mocom dobrym i złym, ale tych drugich, ptaków śmierci, było znacznie mniej. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie wraz z pojawieniem się wielkich religii monoteistycznych. Dzisiaj nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale wszystkie te religie były niezwykle animistyczne. Ptaki uznawano za istoty święte lub półświęte − medium między nami a niebiosami.

 

 

JM: Być może właśnie dlatego budzą we mnie respekt i rodzaj dystansu. Wydaje mi się, że znacznie łatwiej jest nawiązać jakąś relację ze ssakiem. Podejść, pogłaskać… A z ptakiem? W książce „Jej wysokość gęś” pisze Pan, że pierwsza zasada kontaktu z niektórymi gatunkami to „nie dotykać”.

 

JK: Tysiąc lat temu z pewnością sytuacja była prostsza, bo ptaków było znacznie więcej niż dziś. Były wszędobylskie i, tak jak ludzie, w większości są dziećmi słońca − też chodzą na dwóch nogach, ciągle do siebie gadają, muzykują. Wbrew pozorom są do ludzi bardzo podobne pod względem wielu zachowań. Zgadzam się natomiast, że w kwestiach organoleptycznych mogą wydawać się dalsze. Ale prawdopodobnie właśnie ta ich nieuchwytność od zawsze nas podkręcała. Niby są na wyciągnięcie ręki, ale właśnie trochę z innego świata, z innej bajki. Dlatego jesteśmy skłonni traktować je w bardziej twórczy, uduchowiony sposób. Jeśli spojrzymy na starą ikonografię czy heraldykę, sądzę, że na każde dziesięć ptaków przypadnie w najlepszym razie tylko jeden ssak. Sztuka i duchowość to ptaki.

 

Z ptakami mamy też taki kłopot, że wiele gatunków jest malutkich, a my jednak dość duzi. I to też jest pewna bariera. Choć niektóre większe gatunki są niezwykle czułe na kontakt fizyczny. Np. oswojone pelikany czy sowy, które potrafią się garnąć do ludzi, żeby posmyrali je za uchem. Wydaje mi się, że niektóre ptaki mają taką samą potrzebę bliskości co część ssaków, tylko my rzadziej tego doświadczamy.

 

JM: Zastanawiam się nad innymi drogami kontaktu, niekoniecznie opartymi o dotyk i relację posiadania − bez potrzeby podporządkowania ptaków naszym oczekiwaniom.

 

JK: Kolejna rzecz, która nas łączy z ptakami, to oczy. Też jesteśmy wzrokowcami. Wyobraźmy sobie, że nagle ptaków nie ma. Idziemy do lasu, a tam kompletna cisza. I to nie zimą, przy -15, ale w maju. Nie chodzi o to, żeby posiąść, kontrolować, zdobyć, ale żeby być razem, dzielić się przestrzenią. Z ptakami jest jak z wieloma innymi rzeczami − dopiero jak je stracimy, zdajemy sobie sprawę, co wnosiły do naszego życia. Wierzę, że przyroda jest częścią naszego ewolucyjnego DNA. Żeby normalnie funkcjonować, potrzebujemy przyrody, nawet jeśli zakładamy, że więcej szczęścia wniesie nowy smartfon czy samochód.

 

Żeby nawiązywać zdrowe relacje z innymi ludźmi, podtrzymać w nas zdolności kreatywne, jakąś ciekawość świata, empatię, potrzebujemy kontaktu ze światem przyrody. Myślę, że byłoby dla nas bardzo krzywdzące, gdybyśmy cały czas otaczali się wyłącznie sprzętami wykonanymi według naszych standardów, gdzie wszystko jest mniej lub bardziej kwadratowe. Potrzebujemy tego naturalnego twórczego nieporządku, jaki jest w prawdziwym lesie, ogrodzie, jaki zapewniają nam prawdziwe motyle i ptaki. To one łączą nas z ja­kimiś pierwotnymi siłami. Nie chciałbym zabrnąć w ezoterykę, ale uważam, że jes­teśmy częścią jakiegoś większego pola energetycznego, sieci powiązań. Przyroda nam o tym przypomina. A ptaki to przyroda pierwszego kontaktu − dużo łatwiej je spotkać niż łosia czy sarnę. Ptaki mają jeszcze taką dodatkową właściwość, na którą nie tylko my jesteśmy wrażliwi, ale też wspomniane łosie czy żubry i wilki: dopóki ptaki ćwierkają, wszyscy w lesie wiedzą, że jest dobrze. Z chwilą, gdy ptaki milkną, wszyscy zaczynają się rozglądać, co się dzieje. Jest w nich moc komunikacyjno-medialna, którą nie tylko my ludzie odbieramy.

 

JM: Tego pięknego ptasiego rumoru jest jednak coraz mniej. I dzieje się tak nie tylko za sprawą globalnych zmian klimatu. Również w kontekście lokalnym mamy do czynienia z nie najlepszą sytuacją. Wciąż wydaje nam się, że może i w miastach pozaludzka przyroda ma ciężej, ale przecież na wsiach z pewnością życie kwitnie. Tymczasem w wielu swoich wypowiedziach podkreśla Pan, że sielankowa wizja polskiej wsi jako ostoi bioróżnorodności to zamierzchła przeszłość.

 

JK: Pochodzę ze wsi i to jest niewiarygodne, jak np. moja miejscowość zmieniła się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Populacja najbardziej podstawowych wiejskich gatunków, takich jak kuropatwa, zmniejszyła się o 90%. Gdybyśmy sięg­nęli jeszcze głębiej, np. do lat 70., GUS podawał, że mieliśmy w Polsce 7 mln par kuropatw. Dziś mamy 110 000 par. (I wciąż się na nie poluje!) O takich zmianach mówimy.

 

JM: Z czego one wynikają?

 

JK: Z tego, że mamy to kompletnie gdzieś. My Polacy jesteśmy wyjątkowo antropocentryczni, skoncentrowani na sobie, pieniądzach, własnej mitologii i kościele. Wydaje nam się, że jeśli osuszymy kolejną rzekę, wytniemy i zabetonujemy kolejną puszczę, to będzie rozwój i postęp. Nieważne, że ta rzeka płynęła swoim biegiem 15 000 lat. Ale kiedy ktoś pomaże sprejem kostkę betonową, którą sami położyliśmy, to krzyczymy, że wandale. Jesteśmy straszliwie narcystyczni. Nie rozumiemy najbardziej podstawowych powiązań. Może gdyby urzędnicy, którzy decydują, żeby wyciąć kolejną aleję starych drzew, mieli jakiekolwiek pojęcie o tym, w jaki sposób te drzewa chronią klimat w mieście, ile wody przechowują i ile tlenu produkują, jak nawilżają powietrze i jak oczyszczają je z brudu i toksyn, gdyby wiedzieli, co te drzewa dają nam oraz m.in. ptakom, to może by tego nie robili. Żyjemy w kryzysie wiedzy, wartości i wzorców. Na poziomie administracyjnym czy prywatnym wszyscy powtarzają te same błędy. Na przykład przekształcają tradycyjne polskie parki i ogrody w jakieś dziwne martwe instalacje. Mamy najwyższe w Europie zużycie trucizn rolniczych, zwanych środkami ochrony roślin. Stosujemy też najwięcej w Europie nawozów sztucznych. Jeżeli do tego dołożymy zaoranie wszystkich miedz, polnych dróg i większości łąk, zakopanie śródpolnych stawów i strumieni oraz wykarczowanie wszystkich zagajników, to nie zaskakuje efekt w postaci pól, które są zielonymi pustyniami. Na naszych polach nie ma żadnego życia, poza zbożem czy kartoflami, które posialiśmy. Żeby ta monokultura przetrwała, używa się tylu środków zabezpieczających, że nic więcej na takiej glebie nie przeżyje. Ptaki nie mają co jeść, gdzie się schować czy założyć gniazda. Dlatego coraz więcej zwierząt ciągnie do miast, ale niestety przetrwanie tam również jest coraz trudniejsze. W tym roku, oprócz tego, że tradycyjnie wycinane są pozostałe jeszcze dojrzałe drzewa, przez cały kraj przetacza się zmasowana akcja tępienia gawronów. A miasta były ich ostatnią deską ratunku.

 

JM: Działa Pan aktywnie w stowarzyszeniu Jestem na pTak! Na Waszej stronie zauważyłam ciekawą akcję dotyczącą ogrodów przyjaznych ptakom. Czy poza protestem wobec szkodliwych działań podejmowanych przez władze możemy lokalnie, na poziomie jednostki, cokolwiek zrobić?

 

JK: Zacznę od tego, że wszystkie parki narodowe i rezerwaty w Polsce to jest 1,54% całej powierzchni kraju. W takich miejscach może nam się udać uratować żubra, ale tzw. pospolitych gatunków tam nie ocalimy. Jeśli chcemy, żeby przetrwały u nas jeszcze jakieś kosy, rudziki czy drozdy, potrzebujemy żywych ogrodów. Szczególnie w kraju tak mocno zurbanizowanym i uprzemysłowionym jak Polska. W najbliższych latach spodziewam się ogromnego tąpnięcia populacji tzw. ptaków ogrodowych, motyli czy pszczół. Już mamy najwyższy w Europie i jeden z najwyższych na świecie wskaźników ekstynkcji gatunków lęgowych. Jak to się ma do mitu Polski sielankowej, gdzie bocian polem kroczy? Nijak. Na wsi jest już gorzej niż w mieście. Wystarczy wiosną pojechać na dowolną wieś i spróbować policzyć skowronki, które się odezwą z nieba − o ile w ogóle się odezwą. Ale wracając do Pani pytania − jedną z rzeczy, które możemy zrobić, są na pewno ogrody przyjazne ptakom.

 

JM: Jak powinien wyglądać taki ogród?

 

JK: Na pewno nie powinien być zrobiony według równania tuja + kostka betonowa + trawnik z metra + krasnal. A niestety w większości dzisiejszych ogrodów usilnie staramy się, żeby przypadkiem żaden mlecz, stokrotka czy dżdżownica się nie pojawiły. Ogrody zaczynają wyglądać jak przedłużenie naszych salonów. Co drugi dzień kosiarka, co trzeci dzień dmuchawa, a raz w tygodniu nożyk, żeby wydrapać mech rosnący w szczelinach między kostką. Więc przede wszystkim przestańmy to robić. Każdy z nas przynajmniej na części ogrodu może wyznaczyć łąkę kwietną i kosić ją raz, dwa razy do roku. Będzie zdrowiej, taniej, lepiej dla krajobrazu, klimatu i przyrody. Kolejna przerażająca rzecz to napaść na drzewa i krzaki. Najważniejsze są stare drzewa − zarówno dla ptaków, jak i dla nas. Jedno stuletnie drzewo utrzymuje o wiele więcej życia niż sto młodych drzewek. Z wiekiem kora się szczelinuje, gałęzie robią się coraz bardziej rosochate, pojawiają się dziuple, w których mogą mieszkać ptaki. Jedno życie przyciąga kolejne. Dojrzałe drzewa produkują też więcej tlenu, magazynują więcej wody, dają więcej cienia, lepiej chronią przed wiatrem czy mrozem i skuteczniej oczyszczają powietrze. Są jak mopy postawione do góry nogami na wietrze. Jak to się dzieje, że u nas wszyscy te drzewa tną? Nie wiem. Zachowujemy się jakbyśmy byli z innej planety. Decyzje, które podejmują nasi urzędnicy sprawiają wrażenie jakby nas nie dotyczyły żadne globalne problemy − ani kryzys klimatyczny, ani kryzys bioróżnorodności.

 

Zostawmy więc w naszych parkach i ogrodach stare drzewa i krzewy. Albo jak najszybciej posadźmy nowe − i to nie te iglaste, ale liściaste z jagodami, które będą pożywieniem dla ptaków. Jeśli chcemy kontaktu i połączenia z siłami Ziemi, to musimy zapewnić ptakom miejsce do życia. Każdy z nas może takie decyzje podjąć. Jeśli czytelnicy mają kawałek swojego ogrodu, to mogą w nim zrobić cuda, poczynając od wspomnianej łąki kwietnej. Nie grabmy liści na zimę, a jeśli już coś musimy wygrabić, to zostawmy je w kącie na kupce − niech się robi kompost, a jeszcze jakiś jeż w nich przezimuje. Nawet małe, indywidualne gesty mają sens i znaczenie, szczególnie gdy pomnożymy je przez tysiące i miliony. Jeśli nie mamy ogrodu, możemy zbudować budkę lęgową i zawiesić ją na drzewie na skraju parku czy lasu. Jest tak mało dojrzałych drzew z dziuplami, że niektóre ptaki zabijają się o to, żeby znaleźć miejsce dla swojej rodziny.

 

Myślę, że ogromnie szkodzi nam perspektywa, w której człowiek jest „koroną” stworzenia. Życie na ziemi widzimy jako choinkę, na której szczycie znajduje się człowiek. Tymczasem ziemski system życia wygląda bardziej jak zagęstwiony krzak albo grzybnia. Któregoś dnia mocno się zdziwimy − na razie wycinamy na oślep różne elementy tego życia, a to jest skłębiona sieć połączeń, która kiedyś zacznie się zapadać.

 

JM: Może na koniec jakaś pozytywna myśl…

 

JK: Prawie pozytywna (uśmiech). W ciągu najbliższych kilku lat zdecydują się losy Ziemi i naszej cywilizacji. Bo najwyżej tak długo jeszcze rzeczy będą zależały od nas. Brzmi trochę patetycznie, ale nie mam co do tego wątpliwości. To ostatni dzwonek, żeby się obudzić − i nie wmawiajmy sobie, że to, co ja robię nie ma znaczenia. Żyjemy w systemie naczyń połączonych i wszystko, co w nim robimy ma wpływ i znaczenie.

 

JM: A Pan, z którym ptakiem czuje się najbardziej związany? Bliżej Panu do gęsi czy do sowy?

 

JK: Zdecydowanie do gęsi, bo chyba nigdy nie ciągnęło mnie w stronę drapieżników. Do sów tak naprawdę przekonałem się dopiero, pisząc o nich książkę. Są fascynujące z różnych powodów. Cytując wypowiedź jednego z bohaterów „Miasteczka Twin Peaks” − są czymś innym, niż się wydają.

 

Fascynują mnie sowie sprzeczności − z jednej strony mięsożerni drapieżcy, z drugiej − ptaki kobiet, sztuki kochania, uwodzenia, mądrości, czułości − nawet nie w sensie symbolicznym, ale dosłownym. Sowy bardzo lubią kontakt fizyczny. Gdyby miała pani w domu oswojoną sowę, ona by się cały czas domagała głaskania, smyrania, szczególnie w okolicach głowy. I tak można by z nimi w nieskończoność, na każdą tezę znajdzie się antyteza.

 

JM: Ale jednak mówi Pan, że gęś.

 

JK: Może to też jakaś pierwotna energia we mnie się odzywa i pokrewieństwo miejsca, w którym żyją gęsi. Jestem zdecydowanie bardziej człowiekiem rzecznych dolin i łąk niż gęstych sowich lasów. Dla naszych przodków gęsi były boskie. W wielu pięknych mitach związanych z pojawieniem się życia na Ziemi gęsi odgrywają kluczową rolę. No właśnie, klucze, które formują są absolutnie niesamowite. Wiedziała Pani że źródłosłów słowa „gęś” jest wspólny dla wszystkich indoeuropejskich języków? Niewiele jest takich słów – mama, tata, mleko, a także… jajo oraz drozd. Jedne z najstarszych słów w naszej kulturze i zapewne jedne z pierwszych ptaków, które zaczęliśmy nazywać. Takie ważne są gęsi.

 

JM: Może dobrym pomysłem na nawiązanie bliższej relacji z ptakami byłoby znalezienie sobie takiego jednego ptasiego bohatera i dowiedzenie się o nim czegoś więcej?

 

JK: Myślę, że to wspaniały początek na drodze do zwiększenia wrażliwości i poszerzenia naszej wiedzy. Mamy w Polsce ponad 200 gatunków, które u nas się lęgną i 450 takich, które można zaobserwować. Każdy może wybrać sobie dowolnego ptaka i zacząć od tego, że czegoś się o nim dowie, nawet jeśli początkowo nie będzie mieć pewności, że to jego patronus, posługując się językiem hogwarckim (uśmiech). Kto wie, może ktoś dostrzeże swoją bratnią, ptasią duszę choćby w swojskim wróbelku. Wysokich lotów. Niech ptaki będą z nami!

 

___

foto: Piotr Chara

]]>
Emocje są w ciele https://lesma.org/emocje-sa-w-ciele/ Sat, 06 Feb 2021 16:53:48 +0000 http://lesma.org/?p=1321 „It’s dark because you are trying too hard. Lightly child, lightly. Learn to do everything lightly. Yes, feel lightly even though you’re feeling deeply. Just lightly let things happen and lightly cope with them.” Aldous Huxley

 

O tajemnicach, które skrywa głos rozmawiamy z Katarzyną Rościńską – trenerką głosu, producentem wokalnym, wokalistką.

 

W naszym języku istnieje mnóstwo powiedzeń związanych z głosem – mówi się, że „głos grzęźnie w gardle” czy o „poszukiwaniu własnego głosu”, jakby był on symbolem nas samych, głębokim wyrazem naszych prawdziwych pragnień. Skąd taka konotacja?

Zwróćmy uwagę, skąd ten głos się dobywa. Głowa zarządza korpusem i kończynami. Te dwa obszary naszego ciała łączy tylko jeden niewielki korytarz, w którym siedzą wszystkie „kable”. To tam zaklęte jest całe nasze funkcjonowanie. Krtań, jak bramka, zamyka się i otwiera w zależności od tego, czy potrzebujesz oddychać, czy jeść. Możesz nie śpiewać, możesz nawet nie mówić, ale musisz oddychać i jeść. Śpiewanie to w zasadzie czwarta funkcja – wcześniej jest oddech, potem pokarm i komunikacja. Zatem pracując nad uwolnieniem głosu, powinniśmy to robić również w sensie biologicznym – fizjologicznym i funkcjonalnym, ale i psychologicznym. Te dwa aspekty są nierozłączne. 

 

Zanim więc przejdziemy do kwestii związanych z głosem, czy możemy bliżej przyjrzeć się oddechowi?

Oczywiście. Jeśli na tle oddechu masz jakieś blokady powstałe na skutek różnych trudnych przejść z dzieciństwa i Twoje mięśnie są nauczone zacisku, to będziesz oddychać kompulsywnie, nerwowo, haustami. A Twoje ciało do tego przywyknie i w klatce piersiowej powstaną kolejne napięcia. Uwalnianie do śpiewania to czasami uwalnianie dzieciństwa. Nie wnikam w nie podczas zajęć, nie oczekuję zwierzeń ze strony ucznia, nie mam też kompetencji do pracy na tym polu, ale napięcia długoterminowe często wynikają z zamierzchłej przeszłości, a nie tylko z wczorajszej kłótni z partnerem.Ta sama sytuacja jest z przełykaniem śliny – jeśli pojawia się napięciowe wyciągnięcie głowy do przodu albo usztywnienie czy podniesienie całego aparatu, masz jakąś niezgodę na wpuszczenie do siebie czegoś z zewnątrz. Dopiero później docieramy do tych funkcji, gdy krtań umożliwia nam wydawanie dźwięków, komunikowanie się. Zajmując się głosem, odkrywam różne rewiry, nowe aspekty psychologiczne i okazuje się, że jeśli komuś grzęźnie głos w gardle na etapie „dzień dobry”, to już po tym krótkim wstępie sama możesz wywnioskować, że problem nie jest tylko fizyczny, ale ma również podłoże psychiczne.

 

Na przykład jakie?

Przyczyn może być mnóstwo. Taka osoba mogła np. w dzieciństwie odczuwać wolę sprzeciwu, ale była za to karana albo nigdy nie była słuchana. Załączył się więc mechanizm przyciskania i zawężania całego aparatu w gardle. W efekcie po latach, gdy taki ktoś chce komuś asertywnie zwrócić uwagę, nie może tego zrobić albo komunikat brzmi agresywnie, choć sam człowiek agresywny wcale nie jest. 

 

To przypomina mi sytuację, gdy rodzice krzyczą na dzieci, niekoniecznie ze zdenerwowania, ale z braku umiejętności wyrażania emocji w inny sposób. 

Nie tylko rodzicom się to zdarza. Wiele osób, żeby cokolwiek powiedzieć, musi wypchnąć z siebie masy powietrza. Wynika to z braku przyzwolenia na wyrażenie siebie. Na dzień dobry pojawia się nerwowość. Albo w drugą stronę – są osoby, które popadają w bezczynność emocjonalną wyrażoną bezczynnością w ciele. Emocje są powiązane z ciałem. Odsyłam tutaj do dorobku psychiatry Alexandra Lowena, który zajmował się tym połączeniem.

 

Kiedy staje przed Tobą człowiek, który chce uwolnić głos, od jakich ćwiczeń zaczynasz?

Przede wszystkim właściwie nie uczę śpiewać. Pracuję głównie z osobami, które zawodowo operują głosem, choć nie tylko. Dobór ćwiczeń opieram na tym, co zobaczę i usłyszę u każdego indywidualnie, łącząc spostrzeżenia odnośnie fizjologii i muzykalności, jak również psychiki i osobowości. Nie mam tabelki z ćwiczeniami na wszystko. Dużo wymyślam na bieżąco. I w związku z tym moim obowiązkiem jest rozwijać diagnostyczną szerokość, również psychologiczną. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Mięśnie są połączone z psychiką. Głos nie jest wyłącznie narzędziem, młotkiem do wbijania gwoździ, który po użyciu odłożysz na półkę. Cała ty jesteś narzędziem – nie schowasz głosu do futerału. Nawet werbalizująć myśli w głowie, uruchamiasz mięśnie, a twoja krtań wykonuje mikroruchy. To samo dzieje się, kiedy słyszysz ulubioną piosenkę – twoja krtań reaguje. Cały czas siebie wyrażamy. Oczywiście jest wielu ludzi, którzy opanowali swoje ciało, w tym głos, żeby, w kontraście do swojego prawdziwego wnętrza, wywoływać konkretny efekt psychologiczny na zewnątrz, osiągnąć określony cel. Czasem to niestety jest wbijanie się w skafander, który blokuje autentyzm i służy świadomej, lub nie, manipulacji. 

 

Czy takie manipulacje mają miejsce wśród muzyków? Przecież w dużej mierze wokalistów cenimy właśnie za szczerość i autentyzm.

Tutaj kłania się problem całej popkultury. Słodycze wyglądają przepięknie na półce, a do zdrowych nie należą. Czyjaś osobowość sceniczna może nam się bardzo podobać, możemy ją konsumować garściami, ale nie można mylić jej z fizjologiczną funkcją głosu. Obecnie na rynku może 5% wokalistów śpiewa zgodnie z fizjologią ciała, zdrowiem głosu i w zgodzie ze swoją psychiką. Choć autentyzm, o którym wspomniałaś, może się wyrażać przez zaciśnięte gardło. Kurt Cobain – człowiek wkurzony, zrezygnowany – siedział zgarbiony przy mikrofonie i tak też śpiewał. Nie ma tu techniki, ale jest zgoda, aby pokazać, że w jego głosie nie ma miejsca na relaks i płynność. Czyli nie należy mylić ze sobą dobrej techniki, atrakcyjności muzycznej i autentyczności. Czasem artysta zawiera w sobie wszystkie te komponenty na wysokim poziomie (to jest to 5%) a czasem bazuje na jednym, czasem na każdym po trochu. Nie wszystko, co jest atrakcyjne, jest autentyczne, nie wszystko, co poprawne, jest atrakcyjne, nie wszystko, co atrakcyjne, jest poprawne – i tak dalej.

 

Czym więc będzie uwolnienie głosu?

Na pewno nie miotaniem rękami i nogami na prawo i lewo. To nie jest tarzanie się po parkiecie. Uwolnienie to znalezienie doskonałej formy w sobie w ruchu – tak jak w tańcu – ale bez nacisku, bez napięcia. Wyrażanie siebie głosem jest finalnym produktem wyrażania siebie w ogóle jako człowieka. To jak chodzę, jak stawiam stopy, jak gestykuluję i jak trzymam łyżkę – to wszystko jestem ja. Dlatego moją pracę nazywam treningiem fizjologicznym głosu. W trakcie zajęć bardzo często schodzimy aż do stóp, do postawy ciała. 

Dziś w muzyce pop w większości przypadków nie mamy uwolnienia w głosie, które z kolei jest podstawą w śpiewie klasycznym. Ale za to przekazujemy autentyzm, prywatne napięcia wkładamy do piosenek. Chociaż posłuchaj Elvisa Presleya – tam jest uwolnienie i piękne wibrato, choć poruszał się w ówczesnym main­streemie. Analogcznie u Beyonce, u której słychać delikatnie założenia techniki klasycznej. 

 

Na blokady w ciele zwracamy uwagę coraz częściej, ale na zacisk w głosie – niemal nigdy. Dlaczego właśnie tam gromadzi się tyle napięć?

Bo emocja jest w mięśniu – marszczysz czoło, kiedy jesteś zła, podnosisz brwi, kiedy jesteś zdziwiona. Nawet najsprawniejszy tancerz, który wykonując swój zawód, porusza się z gracją i precyzją, kiedy na przykład niespodziewanie ucieknie mu pies, odsłoni zupełnie inne ruchy – niewytrenowane, prawdziwe ja. To samo ma miejsce w gardle – wyrażasz zdenerwowanie z pomocą mięśni, zacisku szczęki, itd. Żal czy pretensje też mają swoje miejsce w gardle, w okolicy podniebienia. I tak codzienne doznania cały czas się wyrażają, a gdy często się wyrażają, to ciało je utrwala, „zastyga” w utartych przez emocje pozycjach. To normalne zachowanie głosu, ale kiedy chcesz śpiewać, musisz być mistrzem tych emocji. Nie możesz dać się ponosić mechanizmom. Trzeba wiedzieć, którędy zrobić smutek w gardle, w języku, w żuchwie i ile go zrobić, by z jednej strony pozostać autentycznym, a z drugiej zaśpiewać koncert do końca. Do tego dochodzi kwestia, czy w ogóle w moim ciele i psychice jest miejsce na smutek i ochota na podzielenie się nim – to też może być źródłem blokad. Bez świadomości tego jedna emocja może opanować cały twój repertuar. Bo potrafisz śpiewać tylko smutno, a na złości pojawiają się zaciski. Choć oczywiście są wykonawcy, którzy na jednej emocji zbudowali całą karierę i są w tym autentyczni. Ja jestem radosnym człowiekiem, który lubi zarażać optymizmem i wiarą w siebie. W ogóle nie potrafię zaśpiewać smutnej czy dramatycznej piosenki. Spójrzmy na repertuar Edyty Geppert – wychodzi na scenę i wszyscy ryczą. Potrafi jak nikt ująć dramatyzmem i rozpaczą.

W śpiewie trzeba balansować między zerem a jedynką. Piękno ruchu baletnicy nie polega na ekstremalnym napięciu w jej dłoni, tylko na balansie między napięciem a uwolnieniem. Przy tym wszystkim należy pamiętać o czytelności. W dzisiejszej popkulturze bardzo często traci się ją w poszukiwaniu oryginalności. Kompulsywność zachowań w show-biznesie wynika z lęku – przed brakiem środków do przetrwania, byciem nieważnym, nieznanym, niezauważonym. 

 

Głosem zaznaczamy naszą obecność, zwracamy na siebie uwagę. Tak jak dzieci, które płaczem przywołują rodziców. Czy często podłożem napięć w krtani jest lęk o to, że mnie „nie będzie”, że będę niewidoczny? Czy boimy się, że jeśli nie mówimy głośno, nie przebijamy się, to nasze działania i my sami nie mamy wartości?

Zgadza się. Do tego dodajmy okoliczności – wokół nas jest coraz głośniej, dlatego automatycznie mówimy głośniej i gorzej słyszymy. Chcąc „zaistnieć”, musimy niemal krzyczeć. A nie wszyscy mogą mówić tak samo głośno. Każdy ma inne decybele zaklęte w genach. Jeśli masz małe fałdy głosowe, z natury będziesz mówić ciszej. Osoba o grubych, masywnych fałdach, automatycznie będzie głośniejsza. Upraszczając sytuację, obserwuję dwa podstawowe rodzaje lęku egzystencjalnego, jeśli chodzi o głos i wyrażanie siebie. Pierwszy wiąże się z Twoim pytaniem – muszę się przebić, bo inaczej zniknę. W tym wypadku w głosie pojawia się rozpaczliwość i zaciski wynikające z nadmiernego użycia siły w gardle. Jeśli twój głos ma tyle i tyle w metryczce głośności, a ty używasz go ponad miarę, to po jakimś czasie go stracisz. 

Drugi lęk, jak lustrzane odbicie tego pierwszego, opiera się na strachu, że będzie mnie widać. A co, jeśli jestem brzydki, nudny, krzywy? W takiej sytuacji bardzo trudno jest skłonić kogoś do wyrażenia siebie. O wiele prościej jest stonować tego, kto ma dużo, niż zbudować tego, kto ma bardzo mało. Na dodatek często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasze problemy z wydawaniem dźwięku mają takie podłoże. Wielu z nas nawet przed samym sobą ukrywa fakt, że boi się być słyszanym. Głos jest cichszy nie przez słabość, ale przez ekstremalne zatrzymanie go. To bardzo bolesny proces, kiedy ktoś cały tężeje, żeby wydać z siebie maleńki dźwięk. I bardzo często dotyczy on kobiet żyjących w strachu przed oceną. 

 

Ile może trwać proces wychodzenia z takiego stanu?

Jeśli ktoś dopuszcza do siebie myśl, że coś faktycznie leży u podłoża kłopotów z głosem, to bardzo sprawnie. Język szybciej przestaje stawać kołkiem, żuchwa zaczyna swobodnie opadać, nawet rysy twarzy się zmieniają, a ramiona przestają się układać asymetrycznie. Mówiąc sprawnie, mam na myśli okres około 2 lat pracy. Oczywiście efekt wokalny można osiągnąć szybciej na skróty, ale przy założeniu, że głos to tylko krtań, ignorując tym samym wszystkie składowe wymienione wcześniej i wymuszając napięciowo zmiany na nim. Pewne korzystne zmiany mogą nastąpić nawet po jednej lekcji, natomiast nie utrzymają się bez treningu. Próba przyspieszenia tego procesu odbywa się zazwyczaj kosztem dodatkowych napięć. Postaw, ustaw, zaciśnij – to nie są dobre słowa w nauce śpiewu. Jesteśmy przecież płynącym organizmem. Nie twierdzę, że każdy nauczyciel powinien być terapeutą, ale każdy powinien mieć świadomość, że jeżeli uczeń ma zablokowane gardło z innych względów niż śpiewacze, to trzeba mu zwrócić na to uwagę i zalecić konsultację z odpowiednim specjalistą. Czasem zdarzają się takie sytuacje, że żadne ćwiczenie nie pomoże, bo np. żuchwa nie opuszcza się z powodu na przykład odwodnienia organizmu, a powtórne nawodnienie trochę trwa. Nie wszystko uda się naprawić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po jednym spotkaniu. 

 

Sporo powiedziałyśmy już o przeróżnych napięciach, które przy mówieniu czy śpiewaniu wychodzą na światło dzienne. Ciekawi mnie jednak Twoje zdanie na temat tego, dlaczego tak wielu z nas marzy o śpiewaniu. Niekoniecznie nawet o spektakularnej karierze po udanym debiucie w talent show, ale po prostu o posiadaniu umiejętności śpiewania – tak dla siebie, prywatnie, choćby pod tym przysłowiowym prysznicem. Skąd ta tęsknota?

Nikola Tesla powiedział kiedyś: „Jeśli chcesz zgłębić tajemnice Wszechświata, pomyśl o energii, częstotliwości i wibracji”. No właśnie – wibracje. Prosta przyczyna – chcemy wibrować. Z tego samego powodu wchodzimy do jacuzzi, kładziemy się na masujących fotelach. Brakuje nam wibrowania z samym sobą i z innymi. Ludy rdzenne śpiewając razem w unisono, wyrażają w ten sposób powinowactwo psychologiczne. Śpiewanie jest niezwykle ceremonialne, wszyscy są w nie włączeni. Wibracja podczas wspólnej modlitwy też jest niezwykle ważna dla wierzących zgromadzonych w kościołach, których akustyka ma za zadanie wspierać niosący się dźwięk. Nie mam tu na myśli dźwięku przekazywanego przez mikrofon. Jego pojawienie się spowodowało, że możesz nie czuć żadnej wibracji, a i tak wszyscy cię usłyszą. Czyli co przekazujesz? Nic. Dla mnie takim przykładem jest Billie Eilish. Szanuję jej postać jako artystyczny koncept, tam się wszystko zgadza jeśli chodzi o teledyski, wygląd, pomysł na siebie, nawet autentyczność. Niestety, jednak pod względem wokalnym jest to nie do przyjęcia. Tłumy młodych ludzi, którzy wyrażają się poprzez Billie Eilish prawdopodobnie również mają zablokowane głosy. Natomiast faktyczna fascynacja śpiewem nie bierze się z pragnienia stania i błyszczenia przy mikrofonie. Prawdziwa satysfakcja, przyjemność ze śpiewu, zawiera się w czuciu wibracji siebie, swojej krtani. Odczuwanie tego jest największą zapłatą, jaką możesz sobie dać za trening głosu. Ty jesteś głównym beneficjentem piękna, które w tobie wibruje. Mam tu na myśli fizyczne drgania, dlatego tak istotny jest proces uwalniania. Usztywnione ciało wibruje gorzej, tak samo jak sflaczałe. Są momenty, kiedy mam swobodę w ciele, ale jednocześnie jestem aktywna (bo swoboda to nie jest bycie sflaczałym), wydając wtedy dźwięk, słyszę w nim bicie mojego serca. Głos lekko pulsuje. Wspólnota śpiewania, nawet jeśli tylko ciebie z samą sobą, to ważne doświadczenie. Zupełnie inne od powszechnego dziś bycia poza sobą, kiedy cali jesteśmy „na zewnątrz” – w codziennych sprawach, kalendarzach, zagłuszeni Netflixem. 

 

Czy warto jest zająć się głosem, nawet jeśli nie zależy nam na wokalnych osiągnięciach? Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z tym, żeby ktoś pracował nad swoim głosem bez konkretnego celu, np. zawodowego, artystycznego. W codziennym życiu rzadko dopuszczamy głos do głosu.

To prawda, często funkcjonalność głosu postrzegamy tylko przez pryzmat przydatności zawodowej. Jeśli nie jestem z zawodu kimś mówiącym czy śpiewającym, to wszystko jest w porządku z moim głosem. A tymczasem twój głos jest fizjologicznie i psychologicznie częścią ciebie niezależnie od zawodu. Widzę przyszłość w łączeniu terapii psychologicznej z pracą z ciałem. Dlatego jak najbardziej warto wziąć pod uwagę pracę z głosem jako pracę ze sobą, zacząć dostrzegać swój głos jako fizjologiczny obraz naszej psychiki, duszy i spróbować znaleźć sposób, trenera, warsztaty, żeby go uwolnić. Natomiast pierwszym krokiem jest dostrzeżenie jego niezwykłości, złożoności i delikatności. Mam nadzieję, że to ostatnie udało mi się choć trochę Wam przybliżyć.

 

___

tekst: Julita Mańczak

ilustracje: Światosława Sadowska

]]>
Okolice zmian https://lesma.org/okolice-zmian/ Sat, 26 Dec 2020 16:20:50 +0000 http://lesma.org/?p=1310 Podczas tworzenia każdego numeru TUU wybieramy hasło, które ma nas prowadzić i inspirować. Tym razem postanowiliśmy zastanowić się, co dziś oznacza dobre życie. Czujemy, że następuje jakiegoś rodzaju przetasowanie. To, co było ważne jeszcze kilka miesięcy temu, dziś traci znaczenie. Do tej pory w czołówce listy pragnień wielu z nas znajdowały się podróże i zwiedzanie świata. Pandemia postawiła znak zapytania nad naszymi turystycznymi planami. O tym, jak będzie wyglądało podróżowanie przyszłości rozmawiamy z Kasią Jadaluk, współautorką podcastu i bloga „Dobra podróż”.

 

To ciekawe, że wspominałaś o przetasowaniu wartości, o które zabiegamy w życiu. Od dłuższego czasu mam uczucie, że znajdujemy się w momencie przejścia. Coś się kończy, ale nowe jeszcze się nie zaczęło. Covid jeszcze bardziej podkręcił tę sytuację i postawił na ostrzu noża. Długo zastanawiałam się, jak podejść do podróży w obecnej sytuacji. Wszystko wskazuje na to, że dalsze wyprawy na dosyć długi czas zostaną wstrzymane. To moment, w którym zastanawiamy się nad tym, co dla nas ważne. W tym punkcie zwrotnym rozmowa o podróżach jest idealną okazją do określenia wartości, którymi będziemy się kierować, kiedy nadejdzie to „nowe”. Już wiemy, że ciągła pogoń za tym, żeby wszystko cały czas zwiększać, rozszerzać, rozpędzać, eksploatować, kończy się. Dobra podróż dla każdego powinna być zgodna z jego zbiorem wartości. Jeśli jest dla nas ważne ograniczanie wpływu na środowisko, dobra podróż będzie wtedy, gdy uda nam się pozostawić jak najmniejszy ślad węglowy. Jeśli zdecydujemy, że najważniejsza jest relacja z drugim człowiekiem, to nieważne, dokąd dotrzemy, liczyć się będzie poznawanie ludzi, którzy poszerzą nasz światopogląd i otworzą na nowe tematy. Dla każdego dobra podróż będzie czymś innym, ale mam nadzieję, że będzie świadoma. 

 

Kiedyś bardzo dużo podróżowałam, aż do naszej redakcyjnej wyprawy na Spitsbergen z glacjologiem Jakubem Małeckim. Ta wizyta była dla mnie punktem zwrotnym. Czułam, że moja obecność zakłóca spokój dzikiej przyrody. Pomyślałam, że może w ogóle nie powinno mnie tam być. Zdałam sobie też sprawę, że wywieram wpływ nie tylko na miejscu, ale i z daleka. Pandemia paradoksalnie trochę rozwiązała problem, bo ograniczyła latanie. Zastanawiam się jednak, jakie rady można dać ludziom, którzy chcą podróżować, ale nie chcą tego robić bezrefleksyjnie. Nad czym powinni się zastanowić?

Cieszę się, że przywołałaś swój moment „zatrzymania”. Ja przeżyłam coś takiego na Kubie. Też pomyślałam, że nie powinno mnie tam być. Każdemu przed wyjazdem dokądkolwiek polecam jasne określenie celu. Kiedy wybierałam się gdzieś dalej, zawsze starałam się pobyć w tym miejscu jak najdłużej, żeby za miesiąc nie odczuwać potrzeby kolejnego wylotu. Zatem warto nadać podróży jakiś sens i cel. Z doświadczenia wiem, że wydłużamy wówczas gratyfikację, jesteśmy bardziej nasyceni, bo nie łapiemy wszystkiego na oślep. Tak samo jest ze świadomym kupowaniem ubrań – wybory dokonane w ten sposób cieszą znacznie dłużej niż fast fashion.

 

Czy sądzisz, że obecny czas w jakikolwiek sposób sprawi, może nawet już sprawił, że lokalne podróżowanie stanie się interesującą alternatywą dla egzotycznych wypraw?

Już obserwujemy to zjawisko w ramach działalności Fundacji Modern Tourism Center, którą założyliśmy tego lata z Kubą Rybickim i Bartkiem Szaro. Nie wiem, na ile ten wzmożony ruch podróży „tuu” się utrzyma. Wydaje mi się, że obecny czas może być motorem zmiany. W tym roku wielu z nas było zaskoczonych tym, ile Polska ma do zaoferowania pod kątem turystyki. Jednak realistycznie patrząc, kiedy sytuacja się ustabilizuje, ludzie będą wciąż wyjeżdżać „tam”, dalej, bo będą chcieli się zresetować, oderwać od wszystkiego, co przytłaczało przez tyle miesięcy. Jasne, że najlepiej by było, gdybyśmy zintensyfikowali lokalne podróżowanie, najlepiej rowerem lub piechotą (śmiech). Nie sądzę jednak, byśmy byli w stanie tak szybko zmienić nasze przyzwyczajenia. Daleki, egzotyczny wyjazd, jako symbol statusu wciąż pokutuje, ale powoli czuje się powiew zmian, szczególnie wśród młodszych ludzi, którzy nie chcą wchodzić w konwenans tego, co trzeba, żeby się pokazać. Z drugiej strony tę grupę silnie motywuje i napędza m.in. Instagram. 

 

Czym zajmuje się Fundacja Modern Tourism Center? Czy ma już odpowiedź na to, jak może wyglądać podróżowanie przyszłości?

Celem Fundacji jest podnoszenie świadomości na temat wpływu podróżowania na świat i konkretną społeczność. Nie jesteśmy oderwani w kosmosie, tylko lądujemy w danym miejscu, w którym występują określone zależności. Możemy ten świat wspierać albo przeciwnie – działać na jego niekorzyść. W ramach naszej działalności chcemy edukować również podmioty, które reklamują swoje regiony albo usługi turystyczne. To one kreślą sposób, w jaki odbieramy dane miejsce i wyznaczają kierunki pożądania. Sposób, w jaki biura podróży pokazują np. Afrykę jest naprawdę zadziwiający. Są to zazwyczaj obrazki, zdjęcia czarnoskórych osób ubranych, albo raczej przebranych, w tradycyjne stroje. Podczas gdy Europa w większości wypadków pokazywana jest przez miejsca. Mogłoby się wydawać, że to tylko zdjęcia promocyjne, ale w ten sposób kształtuje się zbiorowa świadomość lub nieświadomość, kultywowane lub obalane są krzywdzące stereotypy. W dalszych planach Fundacji mamy również inicjowanie zmian legislacyjnych. Potrzebne są podstawowe, proste rozwiązania, jak choćby ulgi podatkowe dla podmiotów, które spełniają kryteria zrównoważonego rozwoju. Takie narzędzia mobilizują nieprzekonanych do działania, bo szczerze mówiąc, trochę nie mamy czasu na mozolne przekonywanie, szczególnie w temacie ochrony środowiska. Odpowiadając na drugą część twojego pytania, czym może być nowoczesne podróżowanie, mam nadzieję, że będzie przede wszystkim świadome. Skupione na tym, żeby w czasie naszych podróży nie eksploatować ani środowiska, ani ludzi. 

 

Myślę, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo przesadne i szkodliwe są nasze oczekiwania wobec wakacyjnych destynacji i zamieszkujących je ludzi. Zapewne w większości nie mamy złych intencji, ale przecież „jesteśmy na wakacjach, to się nam należy”. Brak nam świadomości, że każdy nasz wybór ma wpływ na lokalną społeczność i środowisko. Dlatego wasza misja edukowania nie tylko turysty, ale i biura, które tworzy dla niego ofertę, wydaje mi się szczególnie ważna.

Działanie na tych dwóch platformach sprawia, że osoby wyjeżdżające wymagają, ale druga strona jest na to przygotowana. Wierzymy, że praca zarówno z biurami podróży, jak i z konsumentami, przyniesie coś dobrego. Wiemy, że all inclusive w kolosalny sposób wpływa na lokalne społeczności. Ten sposób podróżowania właściwie „zjadł” Wyspy Kanaryjskie – tam zaczęły się pierwsze wyjazdy w tym trybie. W poszukiwaniu nowego all inclusive przeniósł się na Karaiby i tam zaczął przeżuwać ludzi i środowisko. Doszliśmy do momentu, w którym miejscowi nie mogą wejść na plażę, bo hotele sobie tego nie życzą. Kraje przestają należeć do ludzi, a największe prawa mają zagraniczne korporacje zarządzające ekskluzywnymi hotelami. 

 

Obawiam się, że wielu turystów wciąż sądzi, że swoją wizytą i wydanymi pieniędzmi wspierają lokalne wspólnoty.

Tymczasem system all inclusive działa tak, aby goście wydali wszystko na miejscu, na terenie hotelu, a zysk czerpie wyłącznie właściciel. Na Karaibach miejscowa ludność zatrudniana jest za najniższe stawki. Najwyższy czas zmienić system turystyki w tamtym rejonie. 

 

Czy sądzisz, że zawsze istnieje alternatywa dla tych utartych ścieżek? 

Oczywiście, ale tutaj pojawia się problem, ponieważ najbardziej oczywistą alternatywą jest wyjazd samodzielny, podczas którego to ty decydujesz, gdzie mieszkasz, jesz i wydajesz swoje pieniądze. W czasie naszej miesięcznej wizyty na Kubie przejechaliśmy przez środek wyspy rowerami. Przemierzaliśmy głównie tereny rolnicze, gdzie mogliśmy zobaczyć, jak wygląda życie miejscowej ludności. To był pierwszy wyjazd, na którym zdecydowałam, że będziemy spali wyłącznie w domach, w których można wynająć pokój. Bardzo zależało mi na tym, żeby moje pieniądze trafiły do konkretnych ludzi. Przy samodzielnie zaplanowanym wyjeździe można mieć pozytywny wpływ i nawet w ramach danego systemu zostawić po sobie pozytywny ślad. Oczywiście to wymaga od nas więcej wysiłku, na który nie każdy ma czas i energię albo nawet ochotę. Chociaż, jeśli komuś temat leży na sercu, to na pewno teraz jest dobry czas, żeby przemyśleć swoje przyszłe kroki.

 

Podróżami zajmujesz się już właściwie zawodowo. Rowerem przemierzyłaś, m.in. Bałkany i Kubę. Czy mogłabyś podzielić się wspomnieniem, scenariuszem dobrej, a może nawet idealnej podróży?

Jeszcze trzy lata temu nie potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie i pewnie stwierdziłabym, że ta podróż jest jeszcze przede mną. Dwa i pół roku temu wybraliśmy się z Kubą rowerami na Ałtaj. Wyjazd był kwintesencją tego, czego szukam w podróżach. Trzy miesiące przed wyjazdem zaczęliśmy planować wyprawę. Byłam niesamowicie podekscytowana, nakreśliłam trasę przez cały Ałtaj, Chiny, Rosję, Kazachstan – chciałam wycisnąć wszystko, co się da. Po tygodniu przemyśleń ograniczyliśmy nasz szczegółowy plan tylko do terytorium Rosji. Dojechaliśmy na miejsce, pod Nowosybirsk. Tam, dzięki platformie Warmshowers (rodzaj couchsurfingu dla rowerzystów), nocowaliśmy u człowieka, który bardzo dobrze zna Ałtaj. Pogadaliśmy o naszej trasie i okazało się, że mój plan był zupełnie bez sensu, bo nie uwzględnia tego, co w rejonie najważniejsze. Po dwóch dniach wyruszyliśmy więc na zupełnie inną wyprawę. Po raz pierwszy nie zabrałam licznika, dzięki czemu mogłam się delektować tym, co dookoła, a nie tym, ile kilometrów przejechałam. Skupiłam się na tym, żeby jak najwięcej rozmawiać z ludźmi i przyjmować to, co się dzieje wokół mnie. Zaowocowało to kilkoma bardzo ciekawymi spotkaniami i niesamowitym spokojem. Zwolnienie tempa pozwoliło mi przeżywać w pełni otaczającą naturę. Wróciłam wyciszona i szczęśliwa. To szczęście trwało jeszcze miesiąc po powrocie, a zadowolenie z wyprawy trwa do dziś.

 

___

tekst: Julita Mańczak

foto: Jakub Rybicki

]]>
planetarianki & planetarianie https://lesma.org/planetarianki-planetarianie/ Mon, 16 Nov 2020 17:56:04 +0000 http://lesma.org/?p=1235 Atlas – tytan mitologii greckiej, który dźwiga niebiosa. Jednak nie robi tego z wyboru – został na ten los skazany. Czy dziś, pośród samozwańczych ekspertów poruszających się w krainie półprawd, ktoś niesie ciężar losu planety? O aktywizmie klimatycznym i możliwościach działania każdego z nas rozmawiamy z Michałem Czepkiewiczem, badaczem miast, mobilności i emisji gazów cieplarnianych na Uniwersytecie Islandzkim, zaangażowanym w ruch na rzecz ochrony klimatu.

 

Prostota i trafność hasła grupy Extinction Rebellion bardzo mnie porusza – „tell the truth”, czyli „powiedzcie prawdę”. Kto jest za nią dziś odpowiedzialny? I czy sama świadomość sytuacji klimatycznej, w której się znajdujemy, wystarczy do wprowadzenia niezbędnych zmian?

Jesteśmy przyzwyczajeni do obecnego stanu, który daje nam poczucie bezpieczeństwa i stałości. Świadomość, że ten porządek może się rozsypać jest bardzo trudna do przyjęcia. Wiedza o tym, że zmiany klimatu zachodzą, jest już dosyć powszechna, ale zaakceptowanie faktu, że bezpieczna i, pozornie, stabilna bańka, w której żyjemy, może niebawem pęknąć, jest już bardzo trudne.

 

O ile wiedza na temat tego, jak działa klimat i co się z nim działo w przeszłości ma charakter twardej nauki, to predykcje na temat przyszłości zawierają element zaufania modelom czy symulacjom. Dodatkowo nie są to neutralne dane, które wystarczy włożyć do jakiegoś algorytmu, który nam powie, co jest najlepsze. Co zrobić z tymi informacjami jest często kwestią polityczną, a decyzje zawsze są związane z wartościami, które są dla nas ważne. Do tego dochodzą interesy przeróżnych grup. Wspomina o tym m.in. Ewa Bińczyk w książce „Epoka człowieka” – denializm klimatyczny bywa mocno wzbudzany przez określone środowiska, korzystające z podatnego gruntu niechęci do zaakceptowania niewygodnej prawdy. 

 

Francuski antropolog Bruno La­tour w swojej ostatniej książce twierdzi, ocierając się o teorie spiskowe, że elity finansowe trzymające w rękach dużą część bogactwa na Ziemi w pewnym momencie stwierdziły, niekoniecznie w procesie jakiegoś rodzaju zmowy, tylko niezależnie od siebie, że w ich interesie leży udawać, że wszystko jest w porządku i dalej akumulować bogactwo. Czyli oderwać się od tej Ziemi i resztę ludzkości pozostawić na pastwę zmian. Niewykluczone, że taki scenariusz właśnie się realizuje. Być może faktycznie ci ludzie stwierdzili, że w innym przypadku musieliby pogodzić się z utratą wpływów i łatwości uzyskiwania przewagi nad innymi. Tego typu teorie wyjaśniające, dlaczego polityka zmian klimatu wygląda tak, a nie inaczej są akademickie, ale niekoniecznie są twardą nauką, więc można z nimi debatować. 

 

Ciekawi mnie postawa, którą opisałeś – niewyobrażalnie bogatych i wpływowych ludzi, którzy dbają wyłącznie o własne interesy. Na drugim biegunie mamy np. aktywistów, walczących w obronie szeroko rozumianych praw innych ludzi kosztem swojego dobrostanu. Co powoduje, że od wiedzy przechodzą do działania, często poświęcając własny spokój?

Myślę, że ścieżki docierania do takiej aktywnej postawy są bardzo różne. Przytoczyę wyniki badań dotyczące osób, które postanowiły ograniczyć loty samolotem. 

 

Dosyć łatwo jest robić rzeczy, które nie wymagają wyrzeczeń. Dla niektórych osób nawet aktywizm klimatyczny w jakimś zakresie niekoniecznie musi się wiązać z wyrzeczeniami. Tak samo jak ograniczanie swojego śladu węglowego – można kupić coś innego, można kupić mniej. Ale już przebudowanie swojego życia, tak żeby było ono zgodne z ograniczeniami planety i jej ekosystemów, wymaga dużo większych wyrzeczeń. Z przeprowadzonych niedawno w Szwecji badań na temat latania wynika, że aby być zdolnym do tych wyrzeczeń, trzeba zinternalizować smutną prawdę, że obecny ład może się rozsypać, a stabilność, którą się cieszymy jest okupiona eksploatacją dóbr i wymieraniem gatunków. Żeby te fakty mocno przyjąć do siebie, trzeba przeżyć jakieś silne emocje. Czasami może to być jakiś rodzaj strachu czy lęku, ale też głęboki smutek, coś w rodzaju depresji klimatycznej, poczucie straty, niesprawiedliwości, że jest się nie po tej stronie.

 

Czy podobny efekt może wywołać uczucie o pozytywnym zabarwieniu? Jakiś rodzaj zachwytu nad pięknem, które stopniowo tracimy?

Oczywiście, depresja klimatyczna czy w ogóle smutek związany z konsekwencjami zmian klimatu, nie przebiega jednostronnie. Jeśli czujemy żal czy też żałobę, to w tych emocjach pojawia się miejsce na docenienie wszystkiego, co ważne, kruche, piękne, na zachwyt nad tym, że w ogóle istnieje życie na Ziemi. 

 

Czy z tych obserwacji można wyciągnąć wnioski, które pomogłyby dziennikarzom, naukowcom, aktywistom komunikować zmiany klimatu? Straszenie apokaliptycznymi wizjami i nieuchronnym końcem działa przez chwilę. Owszem, przyciągają uwagę, zwiększa liczbę kliknięć czy odsłon, ale nie powoduje, że identyfikujemy się z problemem i chcemy stawić mu czoło. Jak mówić, żeby problem nie przerósł słuchacza?

To trudne pytanie, bo wydaje mi się, że mówić trzeba różnie do różnych osób. Jeden rodzaj komunikatu na pewno nie załatwi sprawy. Z jednej strony niebezpieczne jest mówienie, że wystarczy kilka technologicznych poprawek, wymiana samochodów na elektryczne i będzie dobrze Ale też niebezpieczny jest katastrofizm, tzw. doomizm, sugerujący, że nic się nie da zrobić. Bo da się zrobić dużo. Trzeba pokazywać, że to, jak żyjemy obecnie, nie jest do utrzymania i że konsekwencje tego, jak zorganizowana jest gospodarka będą ciężkie. Nie oznacza to jednak, że nie warto nic robić. To nie jest tak, że albo zostanie po staremu albo nastąpi totalna katastrofa. Przyszłość będzie gdzieś pomiędzy i pewnie będzie różnie przebiegać w poszczególnych obszarach świata. Kryzys klimatyczny zacznie się zazębiać z kryzysem surowcowym. Będą się nasilały inne kryzysy, na przykład związane z utratą bioróżnorodności, ale my możemy to wszystko łagodzić, zmniejszać, a niektórych efektów nawet unikać. 

 

Kiedy mówisz „my”, kogo masz na myśli?

Różne osoby mogą robić różne rzeczy. Używam „my”, może trochę nawołując do czytelników tego czasopisma, natomiast kategoria „my – ludzkość” jest bez wątpienia bardzo zróżnicowana. Co innego mogą zrobić politycy, co innego aktywistki klimatyczne, a co innego ludzie, którzy nie angażują się mocno w działania polityczne, ale chcą zrobić coś w swoim życiu codziennym. Myślę, że ogólnie ważna jest zmiana myślenia o tym, jak działa gospodarka, jak działa system, w którym żyjemy. Problem nie tkwi wyłącznie w fakcie, że używamy paliw kopalnych, ale też w tym, że używamy za dużo wszystkiego.

 

Sądzisz, że jest możliwy model przyszłości, w którym wychodzimy z tego trybu „więcej i szybciej”?

Uważam, że tak. I w dziedzinie, którą się zajmuję widzę duży potencjał. Przyjrzyjmy się chociażby wakacjom. Te egzotyczne, dalekie, samolotem, niekoniecznie są nam potrzebne do szczęścia i dobrego życia. Można wypocząć równie dobrze albo nawet lepiej, zużywając dużo mniej zasobów. Oczywiście są pewne rzeczy, które trudno jest zastąpić, np. zżycie się z inną kulturą, poznanie ludzi mieszkających w dalekich krajach. Natomiast nie trzeba tych podróży traktować bezrefleksyjnie. Wspominałem wcześniej o wyrzeczeniach. Często są one tylko pozorne. Zmiana stylu życia wymaga zrezygnowania z czegoś, co wydaje nam się bardzo atrakcyjne i normalne, jednak jest w niej też miejsce na szukanie innych źródeł szczęścia i dobrego życia. Takich, które nie będą zbyt obciążające dla planety.

 

To jasne, że egzotyczne podróże nie są jedyną możliwością odpoczynku, ale trudno byłoby mi powiedzieć komuś, kto raz w roku może się wybrać na wakacje, żeby zrezygnował z lotu do wymarzonej destynacji i wybrał Mielno. Miałabym kłopot z żądaniem rezygnacji z tego typu dóbr równo od wszystkich.

To prawda, nie możemy trzymać się zasady, że każdemu po równo, bo podróżowanie jest aktywnością bardzo nierównomiernie rozłożoną w społeczeństwie – czy globalnie czy w jakimkolwiek kraju, nawet tym najbardziej zamożnym. Chociaż nie ma na ten temat globalnych badań, szacuje się, że tylko ok. 10% mieszkańców Ziemi kiedykolwiek leciało samolotem. Nawet w bardzo zamożnych państwach, jak Islandia czy Finlandia, tych którzy latają kilka razy w roku jest tylko kilkanaście procent. Według naszych badań 20% najczęściej podróżujących za granicę mieszkańców Reykjaviku generuje 60% emisji pochodzących z takich podróży. W Polsce w zeszłym roku podróżujących za granicę było ok. 23% (wg badań CBOS), z czego około połowa leciała samolotem. Fakt, że latanie samolotem, np. do Tajlandii, stało się czymś, do czego aspirujemy, co wydaje się czymś normalnym, czymś, co nam się w jakimś sensie należy, to jest problem. Jako normalne życie traktujemy życie ponad stan, niezgodnie z tym, na co pozwalają nam ograniczenia planety. 

 

Jeden lot do Tajlandii i z powrotem to ok. 6 ton ekwiwalentu CO2 (wszystkich gazów cieplarnianych i innych związków wpływających na ocieplenie klimatu). Średnio jedna osoba w Polsce rocznie emituje ok. 10 ton takiego ekwiwalentu. A poziomy, do których należałoby zejść, żeby zmieścić się w scenariuszach ocieplenia o 1,5 stopnia, to w 2030 roku ok. 2 tony emisji na osobę rocznie. 

 

I wracamy do wcześniejszego pytania: do kogo ten komunikat powinien dotrzeć?

Myślę, że przede wszystkim do tych, którzy dużo podróżują, do tych, którzy swoimi podróżami oraz tym, jak je komunikują, wpływają na innych, a także do tych, którzy podejmują decyzje polityczne wpływające na to, jak dużo latamy. Nie uważam, że istnieje coś takiego jak indywidualne wybory. To pojęcie jest problematyczne, bo zakłada, że jakaś autonomiczna jednostka podejmuje decyzje w oderwaniu od społeczeństwa i jej wybory w żaden sposób na to społeczeństwo nie wpływają. To czy latamy czy nie, wynika w dużej mierze z faktu, że egzotyczne podróże kojarzą się ze spełnieniem w życiu, z doświadczeniem, które jest nam potrzebne do szczęścia. Jasne, podróże oferują bardzo wiele, ale przekonanie, że są niezbędne do szczęścia, jest już artefaktem medialnym czy kulturowym. Coraz powszechniejszą praktyką w krajach nordyckich jest latanie za granicę na święta Bożego Narodzenia. W Polsce jeszcze nie do pomyślenia, ale być może będzie do pomyślenia już za kilka lat. Czy to dobrze? Może lepiej, gdyby tak się nie stało.

 

Gdyby każda osoba na Ziemi leciała raz w roku na inny kontynent, emisje z lotnictwa byłyby prawie tak duże jak całe roczne emisje gospodarki Chin. Latanie raz do roku w egzotyczną podróż na inny kontynent nie jest niczyim prawem. To przywilej. Jeśli ktoś z niego korzysta, warto, żeby wiedział, na czym to jest zbudowane. Podejmując świadomą decyzję o nierobieniu czegoś, o zmianie swojego stylu życia, wpływamy na otoczenie. Jest to umieszczone w kontekście społecznym. Jestem bardzo zadowolony ze swoich tegorocznych wakacji. Byłem chwilę na działce w Poznaniu, pobyłem u rodziców, w Parku Narodowym Ujście Warty, oglądałem ptaki, jeździłem na rowerze, grzebałem w ziemi, chodziłem po lesie. Bardzo wypocząłem i usłyszałem również kilkanaście różnych języków świata, spacerując po Berlinie, więc trochę tej różnorodności świata zaczerpnąłem.

 

Mikromarketing i media społecznościowe mają z pewnością niebagatelny wpływ na nasze wybory. Mało kto jest gotów postawić się poza nawiasem grupy, która po wakacjach może się pochwalić hebanową opalenizną i zdjęciami z palmą.

To prawda. Szeroko rozumiane normy społeczne są bardzo ważne, one podpowiadają nam, co uważać za normalne, akceptowalne, oczekiwane. Jeśli rozmawiamy ze znajomymi z pracy o urlopie i ktoś pyta, „dokąd lecisz”, od razu mamy poczucie, że powinniśmy lecieć.

 

A co odpowiadasz osobom, które mówią, że przecież ten samolot i tak poleci, nieważne, czy do niego wsiądą czy nie?

Ten, owszem, poleci. Ale jeśli więcej osób zrezygnuje, to następnym razem samolotów poleci mniej. W ubiegłym roku w Szwecji po raz pierwszy zanotowano spadek podróży lotniczych. Wpłynęły na to co najmniej trzy rzeczy, które zdarzyły się w okolicach sezonu letniego, związanego z podróżowaniem. Pierwszą był „flygskam”, czyli flight shame – akcja zawstydzania celebrytów, którzy bardzo dużo latają, połączona z akcją #staygrounded czy #stayontheground. Ubiegłoroczne wakacje w Szwecji były nieco przyjemniejsze niż zwykle ze względu na wyjątkowo ciepłe lato. Ale jednocześnie wystąpiły rzadko spotykane fale upałów, a w konsekwencji – wielkie pożary. W ich efekcie bardzo wiele osób zaczęło się przejmować sytuacją klimatyczną i odczuwać smutek związany z zachodzącymi zmianami. Dodatkowo, w ubiegłym roku w Szwecji wprowadzono podatek lotniczy, który był wyższy na podróże zagraniczne niż krajowe. Był motywowany chęcią ograniczenia emisji. 

 

Prosty pomysł, a jak skuteczny.

I na dodatek możliwy do wprowadzenia przez władze państwowe. Jest wiele podatków, których linie lotnicze nie płacą, ale których nie można wprowadzić na poziomie krajowym. To jest np. akcyza od paliwa – w lotnictwie, inaczej niż w pozostałych gałęziach transportu, nie płaci się akcyzy za paliwo. W obecnej sytuacji jest to moim zdaniem oburzające. Trudno ten stan zmienić, ponieważ wspomniane podatki są ustalane przez międzynarodową organizację powiązaną z Organizacją Narodów Zjednoczonych, która jest branżowa. A zatem branża lotnicza musiałaby sama siebie obarczyć kosztami. Oczywiście nikt się do tego nie kwapi. Działania koncentrują się raczej na poprawianiu wydajności technologicznej i offsetingu, czyli płaceniu za projekty dążące do transformacji energetycznej. 

 

Kolejna rzecz, związana z podatkami to ceny biletów. Uważam za kuriozum fakt, że na tej samej trasie podróż pociągiem jest droższa niż samolotem. A tak dzieje się także w Polsce. To pokazuje, że nasza gospodarka jest postawiona na głowie.

 

Jesteśmy kierowani w stronę wyborów, które szkodzą, zamiast mieć ułatwione korzystanie z produktów i usług korzystnych dla środowiska i nas samych. 

I tu kłania się kwestia kosztów ukrytych, których nie płacą ani konsumenci ani producenci. Żeby coś było bardzo tanie, ktoś po drodze musi na tym ucierpieć. Mogą to być ekosystemy i zwierzęta, ale mogą to być również słabo opłacani pracownicy lub mieszkańcy eksploatowanych terenów. Albo przyszłe pokolenia, które ucierpią w wyniku kryzysu klimatycznego.

 

Wracamy do prawdy i jej ukrywania czy też przysłaniania jakąś fikcyjną rzeczywistością. Przychodzi mi na myśl cytat z tragikomicznej groteski Lema „Kongres futurologiczny”: „Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić”.

Tyle tylko, że prawdy o tym, że nie stać nas na to, jak teraz żyjemy, powoli nie da się zasłonić. Wracając do tematu podróżowania, oczywiście byłoby mi trudno powiedzieć osobie, która nigdy nie była za granicą – nie leć, zrezygnuj, bo to szkodzi planecie. Ale już osobie, która lata kilka razy w roku, chętnie doradzę inne opcje wypoczynku. Żeby się zetknąć z różnorodnością świata, wystarczy wybrać się do Berlina. Można też pojechać do Mołdawii, żeby zobaczyć coś zupełnie innego od naszego otoczenia. Ja sam przez pewien czas w życiu również sporo podróżowałem, ale staram się to teraz zmienić. W ograniczaniu emisji w transporcie istnieją proste zasady: po pierwsze unikać, czyli mniej się przemieszczać. Po drugie zastępować, czyli na przykład wybierać pociąg zamiast samolotu. Po trzecie poprawiać, czyli pracować nad nowymi paliwami i wydajnymi pojazdami. Im mniej się przemieszczamy, tym mniejszy mamy wpływ na środowisko. 

 

Tym bardziej, że tempo, które sobie narzucamy wcale nie czyni nas szczęśliwymi. Rodzaj wypalenia, towarzysząszy dziś wielu osobom, związany jest właśnie z nadmiarem i szybkością. 

Otóż to. A także fakt, że obecnie często żyjemy w taki sposób, że nasze codzienne życie nie jest takim, jakie chcemy mieć. Życie, którego pragniemy realizujemy w podróży, a później wracamy do nie-życia, które jest pracą. To jest wyzwanie – dla gospodarki, polityki, całego społeczeństwa, żeby organizować wspólne życie w taki sposób, by wszystkim żyło się dobrze na co dzień. Żebyśmy nie wykonywali bezsensownej, nikomu niepotrzebnej, pracy, a która nas drenuje i wymęcza. Może powinniśmy spędzać trochę mniej czasu w pracy? Może powinniśmy dedykować naszą produktywność w innym kierunku? Potrzebujemy aktywności i działania, które by w jakimś sensie czyniły ten świat lepszym i pozwalały nam uczyć się czegoś wartościowego. Dla mnie takim czymś jest praca w ogrodzie, ale mam też to szczęście, że moja praca zarobkowa dotyczy tematu, który uważam za ważny. I myśląc o osobach, które przeżywają wszystko, co dzieje się obecnie wokół zmian klimatu, zachęcałbym ich do szukania aktywności, które będą produktywne i związane z tematem, które uważamy za istotne.

 

Niestety nie każdy ma możliwość rzucenia monotonnej pracy, na rzecz bardziej ideowych działań.

Dlatego tak ważne jest wprowadzenie zmian społeczno-gospodarczych. Nurtem, który o tym mówi jest degrowth, po polsku tłumaczony jako dewzrost. Postuluje on odejście od prymatu wzrostu w odniesieniu do całej gospodarki i do jednostek. 

 

Skleiliśmy pojęcie wzrostu z pojęciem rozwoju. Czas najwyższy, żebyśmy znaleźli inną ścieżkę.

Zdecydowanie tak. Dlatego idea dewzrostu mocno postuluje odejście od PKB jako wyznacznika tego, że jest dobrze i zaleca używanie innych wskaźników. Wzrost powinien przestać definiować gospodarkę.

 

Sądzisz, że to możliwe?

Myślę, że tak, ale zdaję sobię sprawę, że będzie to bardzo trudne. Nie nastąpi od razu wszędzie, ale uważam że należy w tym kierunku iść. Powinniśmy poszukiwać takich modeli gospodarczych, które będą mniej uzależnione od ciągłego zwiększania eksploatacji. Dewzrost jest też koncepcją, która dużo mówi o równości, sprawiedliwości i pracy niewyalienowanej. Wśród projektów jest również skrócenie tygodnia pracy na rzecz zwiększenia ilości czasu wolnego. Przy czym musiałyby się zadziać rzeczy, które nie przekierują tego czasu wolnego na konsumpcję czy dalekie podróże. 

 

Rozmawiamy głównie o kwestiach gospodarczych, ale trudno wyobrazić sobie tak głębokie przemiany bez udziału kultury czy też w węższym rozumieniu – sztuki.

Gospodarka nie jest oderwana od kultury. Literatura, kino, teatr, etc. mają wpływ na kulturę rozumianą szerzej – na normy społeczne, na to, jak żyjemy i jak chcemy żyć, do czego aspirujemy i o czym marzymy, o czym rozmawiamy i czym się przejmujemy.

 

Czy dlatego powstał ruch Planetarianki i Planetarianie, którego jesteś współzałożycielem?

Jesteśmy nieformalną grupą o bardzo otwartych granicach. Staramy się budować szeroki ruch klimatyczny poprzez łączenie ludzi ze sobą. Póki co wzajemnie wymieniamy się informacjami o tym, co się dzieje wokół klimatu. Sami organizujemy też wydarzenie – Czytanki klimatyczne, polegające na comiesięcznych spotkaniach wokół jakiegoś tematu związanego z kryzysami ekologicznymi. Dzielimy się tekstami – każdy z nich wnikliwie czyta wybrana osoba, robi notatki i referuje na spotkaniu. Następnie prowadzimy dyskusję. Ostatnio spotkaliśmy się w plenerze na Sołaczu wokół tematu działań bezpośrednich i aktywizmu klimatycznego. Wcześniej rozmawialiśmy m.in. o energii jądrowej, głębokiej adaptacji, kwestiach żywności. Tematy są bardzo różnorodne. Ale chcemy być jeszcze bardziej aktywni na polu edukacji i sieciowania aktywistycznego. Łączą nas wartości i chęć działania, ale jednocześnie jesteśmy otwarci na różne głosy i perspektywy. Wydaje mi się, że istnieje duża potrzeba szerokiego ruchu na rzecz ograniczania zmian klimatu i dostosowywania się do nich.

 

Wspomniałeś, że różny rodzaj komunikatu jest potrzebny dla różnych osób. Czy dzisiejszy aktywizm ekologiczny jest otwarty na różnych ludzi? Nie każdy ma taki temperament, żeby maszerować w pierwszym rzędzie protestu, co nie znaczy że nie zależy mu na wprowadzeniu zmian.

Działania bezpośrednie i protesty są bardzo ważne, ale jest zupełnie zrozumiałe, że nie każdy odnajduje się w takich działaniach, szczególnie jeśli wiążą się one z bezpośrednią konfrontacją z przemocą policyjną. Jest bardzo duże pole do działania dla osób, które mogą pracować z młodzieżą politykami, jeśli czują się kompetentne. Bycie aktywistą czy aktywistką, którzy biorą na siebie cały ciężar sprawy, może prowadzić do wypalenia, napięć, frustracji. Ostatnio duże wrażenie zrobiła na mnie książka Rebeki Solnit – „Nadzieja w mroku”. Mówi ona, m.in. o tym, że potrzebujemy różnorodnych działań i nie wiemy do końca, które z nich będą najskuteczniejsze. Może ktoś przeczyta jakiś artykuł w czasopiśmie i to będzie początek zmiany? Mimo niepewności trzeba działać. Róbmy rzeczy, które nie będą nas wyniszczać. Jeśli ktoś nie odnajduje się w działaniach bezpośrednich, może edukować najpierw siebie, a i potem innych. Zwykła rozmowa z rodziną czy udostępnianie postów na FB to już jest coś. Zdobywaj wiedzę, przekazuj ją dalej w prostych słowach, rozmawiaj z ludźmi, a jeśli masz ku temu przestrzeń, rób więcej. Organizujmy się, wspierajmy wzajemnie, ale nie nośmy całego ciężaru sprawy na własnych barkach.

 

 

 

znak-01

Michał Czepkiewicz,

geograf, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Aktualnie postdoc na Uniwersytecie Islandzkim w Reykjaviku. Współpracuje z uniwersytetami w Norwegii, Finlandii i Stanach Zjednoczonych. Jego zainteresowania badawcze dotyczą zależności między urbanistyką, transportem i stylami życia a emisjami gazów cieplarnianych i dobrostanem mieszkańców miast. W kilku projektach rozwijał zastosowanie systemów informacji geograficznej i narzędzi internetowych do wspierania partycypacji społecznej w planowaniu przestrzennym. Doświadczenia te wykorzystuje we współpracy z samorządami. Zaangażowany w działalność społeczną na poznańskich Jeżycach, ruch na rzecz ochrony klimatu i kolektywną uprawę ogródków działkowych.

]]> the art of doing the right thing https://lesma.org/the-art-of-doing-the-right-thing/ Mon, 16 Nov 2020 17:35:17 +0000 http://lesma.org/?p=1228 Co może nas uchronić przed porażką? Jak przeciwdziałać? Od czego zacząć? Co możemy zrobić? Czy jest jakiś sposób? W ostatnich miesiącach, niezależnie od tego, czy rozmawialiśmy z naszymi gośćmi o zmianach klimatu, czy o uczestnictwie w kulturze, niemal zawsze padało jedno hasło: edukacja. Remedium na wiele współczesnych bolączek mamy więc zdefiniowane, tylko czy podręcznikowy model nauczania, wciąż dominujący w wielu szkołach, jest w stanie spełnić rolę, którą chcemy mu wyznaczyć? W poszukiwaniu nowego oblicza edukacji razem z Carolyn Trotman-Grabek, metodolog, Liderem Zespołu Angielskiego w Spark Academy w Poznaniu i twórcą Ten Score, innowacyjnej metodologii nauki, sięgnęliśmy po starożytne ideały i spojrzeliśmy trzydzieści lat do przodu.

 

 

Czy rzeczywiście wszystko zaczyna się od edukacji?

Bez wątpienia odpowiedź na to pytanie może budzić kontrowersje. Wszystko sprowadza się do tego, jak zdefiniujesz pojęcie „edukacji”. Patrząc przez pryzmat formalnego przygotowania młodych ludzi do stanowisk, które będą zajmować i funkcji, które będą pełnić jako dorośli w strukturze społecznej swoich wspólnot i narodów, to całkowicie zgadzam się, że od edukacji wszystko się zaczyna. Myślę, że pandemia wypchnęła edukację na czoło ogólnoświatowej walki o powstrzymanie, kontrolę, a nawet, miejmy nadzieję, wyeliminowanie tego wirusa.

 

Uczestniczyłam niedawno w międzynarodowym webinarze i seminarium, w którym udział wzięło ponad 600 nauczycieli i edukatorów z 50 krajów świata. Tematem naszej dyskusji było Reimagining Education, czyli w wolnym tłumaczeniu „Jak na nowo wymyślić edukację”. Teraz, w sytuacji pandemii, ale również po okresie kryzysu: co warto zatrzymać? Czego chcemy się pozbyć, bo nie ma kompletnie sensu? Postawiliśmy sobie tego typu pytania. Wydaje się, że to dobry moment, aby przestać w końcu narzekać na rzeczy, które nam się nie podobają i po prostu skierować energię ku ich zmianie.

 

Jest potrzeba zrównoważonych, skalowalnych projektów, które będziemy mogli prowadzić z różnymi grupami uczniów. Projektów, które będziemy w stanie przeszczepić – przykładowo – z Polski na grunt Ameryki Południowej czy Afryki i vice versa. Potrzebujemy pozytywnych celów edukacyjnych, wykonalnych dla wszystkich, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę z tego, że stworzyliśmy świat bogatych i biednych. Świat opiera się na ogromnej dysproporcji, choć oczywiście nie jest to tylko wina edukacji, która pod pewnymi względami zawiodła. Gospodarka wykreowała sytuację, w której maleńki procent najbogatszych ludzi posiada przytłaczającą większość światowego bogactwa. Myślę, że edukacja ma do odegrania olbrzymią rolę w kreowaniu dróg wyjścia z tego błędnego koła, z tej sytuacji, która tradycyjnie kończy się rozlewem krwi i zbiorową utratą wartości ludzkich, niezależnie od czasów, szerokości geograficznej czy społeczeństwa. Edukacja ma do odegrania ogromną rolę w próbie zrównoważenia tej dysproporcji, ponieważ dostęp do formalnej edukacji szkolnej jest jedyną obiektywną stałą zarówno w krajach rozwiniętych, jak i w znacznej części krajów rozwijających się.

 

W trakcie pandemii wszyscy uciekliśmy do sieci, szukając sposobów na komunikowanie się pomimo izolacji. Edukacja, nieco przymuszona, również przeniosła się do Internetu. Czy ten czas przyniósł jakieś nowe refleksje, spostrzeżenia do wykorzystania w przyszłości?

Z pewnością. Przychodzi mi na myśl aforyzm, że „potrzeba jest matką wynalazków”. Pandemia, w wyniku której zamknięto szkoły i w efekcie przeniesiono nauczanie do sieci, stworzyła wyjątkową okazję do wyniesienia zadań i koncepcji edukacyjnych poza mury naszych szkół i instytucji. Przełomowe doświadczenie edukacyjne, które zaproponowałam moim uczniom w Spark Academy miało swoje korzenie w pomyśle sprzed pandemii. Pomyśle, o którym tak naprawdę w ogóle nie myślałam w kontekście drugiego semestru 2020 roku. Miałam w głowie ideę, prawdopodobnie wdrożyłabym ją za jakiś czas, choć może nigdy, ale ponieważ wszyscy musieliśmy przestawić się na nauczanie zdalne, postanowiłam odłożyć na bok niektóre cele, nad którymi akurat pracowaliśmy w klasie, ponieważ nie miały odpowiedniego przełożenia na medium online. W zamian stworzyłam wzorzec międzynarodowych konferencji uczniowskich. Pierwszym krokiem było nawiązanie współpracy ze szkołą podstawową i liceum (pod nazwą Nowa Szkoła) w Moskwie. Następnie stworzyłam projekt, nad którym rozpoczęliśmy zdalną pracę w Poznaniu w Spark Academy i jednocześnie w Moskwie. Mieliśmy więc uczniów budujących i poszerzających swoją wiedzę w ramach tego samego projektu, przy użyciu dokładnie tych samych narzędzi, ale czerpiąc z własnych, unikalnych, doświadczeń. 

 

Łącznie w projekcie uczestniczyło 270 uczniów. Trwał on 2 miesiące i został zrealizowany na zajęciach z języka angielskiego. Oczywiście omówiliśmy wszystkie te komponenty, które zwykle również przerabia się podczas zajęć z języka angielskiego – uczyliśmy się gramatyki, ćwiczyliśmy umiejętność pisania, dopracowywaliśmy komunikację itp. Wszystko to jednak zostało wbudowane w projekt, komponenty stały się integralną jego częścią. Produktem, powstałym w wyniku tego procesu, była międzynarodowa konferencja z krwi i kości, której motorem napędowym byli sami uczestnicy, czyli uczniowie z Polski i Rosji. Notabene, do czasu konferencji nigdy się ze sobą nie spotkali. Na konferencji zaprezentowali wyniki swojej pracy. To było coś niesamowitego. 

 

Czy formuła online, brak możliwości pracy twarzą w twarz, poznania się, pogadania, nie były dla tych dzieci przeszkodą?

Przez dwa miesiące uczniowie pracowali w małych, wybranych przez siebie grupach, w obrębie których mieli dużą swobodę w ustalaniu harmonogramu realizacji poszczególnych etapów projektu. W trakcie ich realizacji mieliśmy do czynienia z pracą w grupach, w parach i pracą indywidualną. Do tego dochodziły konsultacje z nauczycielem, feedback między grupami itd. Zrealizowanie tego wszystkiego online było z pewnością wyzwaniem. Natomiast najważniejszy wniosek płynący z tego doświadczenia nie był wcale taki, że to wszystko okazało się wykonalne online, ale że można było to zrobić tak dobrze. 

 

Myśląc o samej konferencji, ja i współpracujący ze mną nauczyciele, poświęciliśmy sporo czasu na analizę tego, co robią nasi uczniowie, dzięki czemu mogliśmy dla nich zaprojektować odpowiednią platformę do zaprezentowania ich prac. Byliśmy również mocno zaangażowani w proces uczenia się. Musieliśmy zbudować skuteczne ramy, aby uwzględnić to, co nasi uczniowie uznali z ich punktu widzenia za istotne. Tak jak w przypadku pracy akustyka, naszym zadaniem było stworzenie dla uczniów najlepszych możliwych warunków scenicznych. Musieliśmy to zrobić zdalnie, online, w nowych dla nas wszystkich warunkach.

 

Można by pomyśleć, że dla tych młodych ludzi, 5 godzin rozmów i dyskusji z rówieśnikami oddalonymi o 1500 km na ważne z ich punktu widzenia tematy, online, to zbyt wiele, prawda? Nic bardziej mylnego – oni wręcz prosili o więcej. Nie chcieli, żeby konferencja w ogóle się skończyła. W ramach konferencji przygotowane były wystąpienia w stylu TEDx i prezentacje wideo. Ponadto każdy uczeń otrzymał szansę swobodnej wypowiedzi na tematy poruszane w projekcie, a pozostali mieli możliwość komentowania, ponownie – swobodnego, bez scenariusza. Pamiętaj, że to wszystko odbywało się po angielsku – w języku, który nie jest ich językiem ojczystym. A jednak nie dało się zauważyć żadnych przytłaczających trudności językowych. Uczniowie byli świetnie przygotowani, a naturalność całej tej interakcji była czymś wyjątkowym. Było widać, że ci młodzi ludzie nie tylko mają własne zdanie, ale chcą się nim w sposób rozsądny dzielić. W czasach COVID-19, będąc niejako na pierwszej linii frontu, wraz z moimi koleżankami i kolegami chcieliśmy towarzyszyć naszym uczniom w procesie, który da im wiarę w siebie, pozwoli im odkryć to, co naprawdę czują, czym się interesują, a następnie pomóc im zbudować scenę, na której będą mogli z poszanowaniem dla innych wyrazić to, co w sobie odkryli.

 

Na czym polegała idea projektu?

Projekt zbudowałam wokół kapsuł czasu, którym towarzyszyły nakręcone przez uczniów filmy dokumentalne: „Time Travel in Poland and Russia… in the times of COVID-19”, czyli „Podróże w czasie w Polsce i Rosji… w czasach COVID-19”. Poprosiliśmy uczniów, by wyobrazili sobie, co chcieliby powiedzieć sobie za trzydzieści lat. Nasi najstarsi uczniowie, którzy uczestniczyli w projekcie, w roku 2050 będą mieli 47 lat. Prosiliśmy ich więc o coś całkowicie abstrakcyjnego. Będąc nastolatkiem, trudno sobie wyobrazić siebie w wieku 47 lat. A jednak skłoniło ich to do myślenia, wymusiło na nich spojrzenie w głąb siebie i odpowiedzenie sobie na pytanie, co jest dla nich ważne tu i teraz. Oraz co i dlaczego będzie dla nich – z ich punktu widzenia – ważne w przyszłości. Nie chodziło więc o to, żeby po prostu stwierdzić, że w roku 2050 dojdzie do apokalipsy. Dobrze, skoro tak myślisz, to dlaczego? Jaka jest podstawa twoich subiektywnych odczuć? Uzasadnienie. Odpowiedzialność. Współzależność. Musieli być bardzo konkretni. Co ciekawe, wielu uczniów wyobrażało sobie przyszłość w ciemnych barwach, jako swego rodzaju dystopię. Jednak, kiedy zaczęli zgłębiać i analizować własne wizje, pod koniec tego procesu nierzadko zmieniali zdanie. Co najważniejsze, byli w stanie podać konkretne argumenty i zabrać słuchacza – publiczność – w swoją osobistą podróż. 

 

Zatem głębszy wgląd w samego siebie pozwolił im wyobrazić sobie inny, jaśniejszy wariant przyszłości?

Dokładnie tak. I własną odpowiedzialność za przyszłość. Ponieważ przyszłość zależy od naszych działań w teraźniejszości. Naszych, czyli również ich. Na samym początku tego procesu można było zaobserwować wśród młodzieży tendencję do wygłaszania stwierdzeń o „tych innych” – tzn. innych ludziach, politykach czy korporacjach. „To oni psują świat”. To oni zamierzają stworzyć dystopijną przyszłość dla nas wszystkich”. Jednak pod koniec projektu można było zauważyć, że nastąpiła introspekcja, że faktycznie ci młodzi ludzie zaczęli zastanawiać się, jak oni sami mogą wpłynąć na to, co stanie się w przyszłości. Ich narracja zmieniła się: „No tak! Przecież możemy coś zrobić. Nie wiemy, czy to zadziała. Nie wiemy, jaką siłę rażenia będą miały nasze działania. Ale na pewno są rzeczy, które możemy zrobić, aby spróbować wpłynąć na przyszłość”. Przyszłość bardziej inkluzyjną. Lepszą przyszłość dla większej grupy ludzi. 

 

Ten projekt pokazuje, że jeśli włożymy nieco wysiłku, aby uruchomić wyobraźnię i wyrwać się z apokaliptycznego schematu myślenia, rezultat może nas zaskoczyć. Rebecca Solnit w swojej książce „Nadzieja w mroku” bardzo zachęca do przyjmowania aktywnych, wręcz antyapokaliptycznych postaw: „Nikt nie może znać wszystkich konsekwencji swoich działań, a historia pełna jest drobnych czynów, które zmieniły świat w nieoczekiwany sposób”. 

Masz rację. I musimy na nowo wymyślić edukację i ponownie odkryć moc, jaką posiada. Właśnie to jest celem mojego autorskiego programu nauczania Ten Score. Ta często pomijana siła, którą zyskujemy, gdy budujemy coś od zera, gdy zyskujemy wgląd i doświadczenie z bycia integralną częścią tej podróży, uczenia się poprzez działanie. 

 

Zgadza się! Bez wątpienia istnieje wiele dowodów na to, jak mroczna może być nasza wspólna egzystencja. Ale wiemy też, że w tym mroku są promyki światła. Myślę, że właśnie tutaj edukacja może wnieść swój najcenniejszy wkład. Być może zabrzmię zarozumiale lub nadmiernie optymistycznie, ale według mnie, to właśnie do mnie jako nauczyciela należy nie tylko tworzenie tych promyków światła, ale również rozszczepianie ich. Być może w ten sposób uda się odepchnąć, rozwiać, a nawet przekształcić ten mrok. 

 

Obecnie rozpoczynam pracę nad drugą edycją projektu międzynarodowych konferencji na rok 2021. Zapraszam szkoły z całego świata do udziału w nowym projekcie o nazwie „Fresh Eyes: Our Problems – Your Solutions”, czyli „Świeże spojrzenie: Nasze problemy – Twoje rozwiązanie”. Projekt ma swoje źródło w aktywizmie lokalnej społeczności i przeszczepianiu dobrych praktyk. Tym razem chcę wyjść poza granice Europy i znaleźć partnerskie szkoły w Ameryce Południowej i w Azji. 

 

Mówiąc o „drobnych czynach, które zmieniły świat w nieoczekiwany sposób”, bardzo bliskie jest mi pojęcie, że każda całość składa się z wielu małych cząsteczek — tak często traktujemy to jako truizm i nie dostrzegamy ani nie doceniamy wartościowej lekcji, jaka z tego płynie. Drobne czyny, krople, w końcu powodują zmianę. W tym duchu jeszcze jedna rzecz — taka wisienka na torcie — którą zrobimy w ramach tego projektu, to wymiana fizycznych kapsuł czasu. W kapsułach znajdą się cząstki teraźniejszości, które według uczestników projektu są ważne dla przyszłości i które odzwierciedlają to, co młodzi ludzie dzisiaj chcą przekazać ludzkości z roku 2050. Z technicznego punktu widzenia będzie to wyglądać tak, że młodzi ludzie, którzy obecnie uczęszczają do liceum Spark Academy, znajdą bezpieczne miejsce, wykopią dół i zakopią na polskiej ziemi symboliczne kapsuły pełne marzeń, aspiracji, przepowiedni i rzeczy osobistych swoich rosyjskich koleżanek i kolegów. Młodzi Rosjanie z Nowej Szkoły zrobią to samo na terenie Moskwy. Myślę, że to jest coś cudownego. Jak inaczej nazwać to, jak nie praktyczną lekcją optymizmu ku lepszej, świetlanej przyszłości?

 

Czy stworzona przez Ciebie metodologia Ten Score to efekt wyobrażania sobie lepszej przyszłości? 

To jest bardzo dobre pytanie! Nigdy tak naprawdę nie myślałam o tym w ten sposób. Ale tak, sądzę, że tak jest. Rozwijam tę metodologię od czterech lat. Ten Score to metoda oparta na trzech filarach. Jednym z nich jest Character Education (kształcenie charakteru), drugim – Design Thinking (myślenie projektowe), trzecim – Participatory Deliberation (dyskusja partycypacyjna). Zaczęłam tworzyć tę metodologię, ponieważ chciałam odnieść się do konkretnego braku, jaki wciąż napotykałam w swojej praktyce nauczania, a ostatecznie dlatego, że nie chciałam ciągle na ten brak narzekać, tylko w końcu przekuć go w coś pozytywnego.

 

Już same podstawy metodologii Ten Score robią wrażenie. Co skłoniło Cię do stworzenia tak kompleksowego narzędzia?

 

To nie jest jedno narzędzie, a raczej ich zestaw. Nie chcę demonizować systemu edukacyjnego, który mamy obecnie. Wcale nie jestem przeciwniczką podręczników. Natomiast podręczniki do nauki języków obcych, które obecnie stosujemy, zaczęto rozwijać w latach 80. ubiegłego wieku. Pod koniec lat 80., metodą, która na dobrze weszła w życie, była metoda komunikatywna. Według założeń tej metody, języka powinniśmy uczyć się po to, aby móc się komunikować z innymi. Myślę, że nawet dziś jest to bardzo solidny fundament. Nie chcę wylewać dziecka z kąpielą, jestem w tej kwestii naprawdę ostrożna. Jednak w naszej nowej rzeczywistości ta metoda ma swoje ograniczenia. Powinniśmy ją poszerzyć, uwolnić i dodać więcej od siebie. Na tym właśnie polega Ten Score. 

 

Podręczniki zrobiły wiele złego dla społeczności nauczycieli języka angielskiego. Rozleniwiły ich, odbierając im poczucie bycia ekspertem w ich dziedzinie. Po prostu przestali nimi być – biorą książkę i przerabiają ją z uczniami od A do Z, jakby to była jakaś wyrocznia. „Po skończeniu rozdziału 7 musimy zrobić z niego test”. Ale czy uczniowie potrzebują testu z rozdziału 7? Sprawdziłeś, czy w ogóle potrzebują rozdziału 7? Gdzie twoja ekspertyza w tym zakresie? Gdzie Twoja profesjonalna ocena potrzeb Twoich uczniów? Chcesz mi powiedzieć, że autor książki w jakiś magiczny sposób intuicyjnie zaprojektował materiały specjalnie pod twoją konkretną klasę? Nie czujesz potrzeby zapoznania się z podręcznikiem, aby zdecydować, czy na przykład nie warto rozpocząć nauki – zamiast od rozdziału 1 – od rozdziału 9? 

 

Łapię się na tym, że zbyt często muszę zadawać nauczycielom właśnie te pytania. Moim założeniem jest zachęcenie nauczycieli, z którymi współpracuję, do tworzenia dobrze zaprojektowanych zadań z przemyślanymi celami, a także do używania różnych narzędzi z zestawu Ten Score, aby założone cele osiągnąć. 

 

Czy nie masz wrażenia, że czasem problem tkwi właśnie w braku jasnego celu, innego niż zdanie testu i dopasowanie się do klucza odpowiedzi?

Zgadzam się i nie do końca rozumiem, jak do tego doszło, choć mam swoją teorię na ten temat. Przyjechałam do Polski na początku lat 90. ubiegłego wieku. To właśnie wtedy zaczęły pojawiać się na rynku nauczycielskie kolegia języków obcych. Były to instytucje, które dbały o wszechstronny i praktyczny rozwój wykwalifikowanych i dobrze wykształconych nauczycieli. Stawiano w nich szczególny nacisk na praktykę nauczania. Opierały się głównie na 3-letnich praktykach zawodowych. Po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej wiele z tych szkół zostało jednak stopniowo zlikwidowanych, niektóre z nich wchłonęły inne wydziały uniwersytetów. W następstwie tych zmian na rynku zaczęły pojawiać się osoby, które wykonywały zawód nauczyciela, posiadając bardzo niewielkie praktyczne doświadczenie w nauczaniu. Oczywiście to były wykształcone osoby, świetnie znające swój przedmiot, ale tutaj chodzi o przekazywanie wiedzy. Z tą umiejętnością człowiek albo się rodzi, albo musi ją w sobie odpowiednio wykształcić. Tak czy inaczej, jest to coś, co należy dopracować, zanim dany nauczyciel stanie sam na sam z uczniami w klasie. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że dla wielu nauczycieli, którzy nie byli odpowiednio przygotowani, nauczanie okazało się trudnym wyzwaniem. Podskórnie czuję też, że do tej sytuacji nie doszło wyłącznie z ich winy. W tym samym czasie nastał boom na profesjonalne, agresywnie reklamowane, serie podręczników.

 

Zadziałały jak siatka bezpieczeństwa.

Dokładnie tak. Nie masz doświadczenia? Masz niewielkie lub niewystarczające umiejętności praktyczne? Nie masz wrodzonego talentu ani powołania? Nie martw się, po prostu postępuj zgodnie z instrukcją, a wszystko będzie dobrze. 

 

Może nadszedł już właściwy czas, żeby pozbyć się tej asekuracji?

„Nie ma lepszej chwili niż teraz!” to kolejny aforyzm, który zbyt często mylony jest z truizmem. Oczywiście zrobić coś nigdy nie jest tak łatwe jak samo stwierdzenie, że coś trzeba zrobić. Wymaga to długotrwałego wysiłku i trwałego zaangażowania. Jestem przekonana, że aby lepiej kształcić naszych młodych ludzi, zapewnić im lepsze doświadczenia edukacyjne, wieloaspektowe, bardziej atrakcyjne i adekwatne dla uczniów w XXI wieku, nauczanie mające w dłuższej perspektywie większe szanse przełożenia na bardziej inkluzyjną i sprawiedliwą przyszłość dla większej liczby ludzi, musimy zacząć od rzeczywistego zaangażowania w proces edukacyjny samych uczniów, jako współpartnerów. Jako budowniczych własnej przyszłości. Musimy budować – wspólnie – systemy nauczania, które będą elastyczne, dynamiczne i na czasie. 

 

Nadszedł czas, aby zacząć używać podręczników jako potencjalnie użytecznych zasobów, ale nadszedł również czas, aby ponownie kształcić naszych nauczycieli do roli moderatorów i mentorów, fachowo przeszkolonych w korzystaniu z różnorodnych wielofunkcyjnych narzędzi do poruszania się w nowej erze edukacji.

]]>
Co straszy pod wodą https://lesma.org/co-straszy-pod-woda/ Mon, 28 Sep 2020 18:19:13 +0000 http://lesma.org/?p=1209 Bogactwo słodkich i słonych wód to jeden z najpiękniejszych darów, jakie otrzymaliśmy od natury. Czy potrafimy z rozwagą się nim cieszyć? Każdego roku ponad 650 000 zwierząt morskich, w tym: delfinów, wielorybów, fok i żółwi, ginie uwięzionych w sieciach rybackich, które zahaczone o rafę lub wrak, zostają wyrzucone z kutra. Te sieci widmo, a także sznury haczykowe i inne urządzenia przeznaczone do połowu ryb lub innych organizmów morskich, łowią – nawet gdy nie są nadzorowane. Poprawa tej sytuacji nie leży w interesie dużych firm zajmujących się połowem ryb. Na szczęście interesami nie kierują się nurkowie z międzynarodowej organizacji Ghost Diving, którzy działają, aby położyć kres wyniszczaniu środowiska wodnego. O tym niezwykłym podwodnym ruchu opowiedzieli nam Wojtek A. Filip i Bartek Trzciński z ośrodka szkoleniowego dla techników sprzętu nurkowego – Tecline Academy.

 

Wojtek: Spędzanie czasu pod wodą to wspaniała sprawa, ale dla mnie przede wszystkim liczy się możliwość wykorzystania tej umiejętności. Nurkowanie staram się pokazywać jako narzędzie. Przez prawie 30 lat „mieszkałem” pod wodą, a przez 20 uczyłem, jak to robić. Zajmowałem się też kartografowaniem jaskiń zalanych wodą. Jestem przekonany, że aby móc podziwiać, pomagać i wspierać, nurek musi być odpowiednio przygotowany. Nie może stanowić zagrożenia dla samego siebie, ani dla otaczającego go środowiska. Żeby bezpiecznie wydobyć coś spod wody, bez naruszenia np. rafy koralowej, konieczna jest techniczna biegłość.

 

I tu pojawia się kluczowy problem. Chcemy wszystkiego szybko, najlepiej natychmiast. „Mam tylko w sobotę czas, nauczysz mnie?” – odpowiedź na tak postawione pytanie powinna brzmieć „nie”. Nie da się pewnych zagadnień poznać i przyswoić w weekend. Postawa „byle sprzedać” nie prowadzi do niczego dobrego.

 

Bartek: W momencie, gdy Wojtek projektował sprzęt, ja dopiero zaczynałem nurkować. Już po pierwszym zanurzeniu w basenie wiedziałem, że swoją przyszłość, zawodową i prywatną, chcę związać z tą aktywnością. Długo szukałem swojego miejsca w świecie nurkowym, bo mimo że to nisza, jest w niej jeszcze wiele do zrobienia. Chciałem zostać instruktorem i nauczać w sposób, w jaki ja nigdy nie byłem nauczany. Traktować nurkowanie jako narzędzie do robienia czegoś więcej niż tylko obserwowanie ryb. Jako stażysta podjąłem współpracę z Tecline. Poznałem Wojtka i dzięki niemu zacząłem zupełnie inny trening nurkowy, według standardów Global Underwater Explorers. Wiedza i umiejętności, jakie od niego otrzymałem, razem z rozwiązaniami sprzętowymi, otworzyły mi na nowo oczy na nurkowanie. Kolejnym krokiem było pytanie, co teraz z tą wiedzą można zrobić.

 

Wojtek: Osiem lat temu jeden z moich znajomych nurków – Pascal van Erp – wpadł na pomysł, by w gronie nurkowym rozpowszechnić ideę oczyszczania środowiska podwodnego. Miał na to jednak nieco inny pogląd. Kutry, które ciągną za sobą sieci, zahaczają nimi o rafy. Nie mogąc ich wydostać, po prostu je odcinają i zostawiają pod wodą. W ten sposób setki tysięcy ton sieci są pozostawione na całym świecie – i ciągle łowią. W odpowiedzi na to zjawisko powstała idea Ghost Fishing, choć od niedawna ruch zmienił nazwę na Ghost Diving, aby uniknąć mylnego skojarzenia, że nasza działalność polega na łowieniu ryb. Kiedy wydobywamy sieci, staramy się ratować wszystko, co jeszcze w nich żyje. Zaplątane są nie tylko ryby, ale też delfiny, foki, a nawet wieloryby. Idea Ghost Divingu w Polsce jest dosyć młoda, a rozpowszechnił ją Bartek.

 

Bartek: Jeszcze podczas studiów, pisząc pracę o działaniach CSR, trafiłem na projekt, w którym producent suchych skafandrów do produkcji wykorzystywał domieszkę materiału z recyklingu. Zainteresowało mnie pochodzenie tego surowca – wytwarzano go z sieci wydobytych przez ekipę Ghost Diving. Ziarno zostało zasiane i wiedziałem, że w przyszłości chcę się zajmować właśnie tym. Później, pracując już w Tecline, dzięki Wojtkowi poznałem Pascala, założyciela organizacji Ghost Diving. Spełniło się moje marzenie – praca dla firmy zajmującej się sprzętem nurkowym i jednocześnie aktywnie wspierającej inicjatywy, w którą wierzę.

 

Jako nurkowie codziennie myślimy o tym, co dzieje się ze środowiskiem naturalnym, a szczególnie wodnym, bo zmiany widzimy na własne oczy. Pod powierzchnią króluje wszechobecny plastik. Trzeba wiedzieć, że szacunkowo ok. 46% całego plastiku zalegającego i rozpuszczającego się w wodzie pochodzi z sieci. Na pierwszy rzut oka te sieci są niewidoczne, bo kryją się głęboko pod wodą, ale nie łudźmy się, że problemu nie ma. Sieci widmo potrafią mieć pół kilometra długości. Poruszając się, tworzą coś na kształt ducha i zabijają wszystko, co żyje pod wodą. Dodatkowo, ulegając procesowi rozkładu, zmieniają się w mikroplastik, który z kolei zjadają organizmy morskie. Dziś właściwie trudno spotkać morskie zwierzę bez domieszki plastiku. Warto o tym pamiętać, jeśli w naszym jadłospisie znajdują się owoce morza.

 

Wojtek: Woda wciąż jeszcze akceptuje nasz egoizm. Wydaje się, że ma zdolność rozpuszczania go. Wielu ludzi wyrzuca śmieci do wody, bo sądzą, że tam znikają z powierzchni i po problemie. Ale woda to nie jest czarna dziura, która wszystko pochłonie i ze wszystkim da sobie radę. Nauka szacunku dla podwodnego środowiska to trudny proces, nawet wśród osób zainteresowanych nurkowaniem. W wielu przypadkach wciąż najważniejszym celem jest „chcę zobaczyć”, „chcę dotknąć tego żółwia” – najpierw moje potrzeby, a dopiero potem potrzeby miejsca, w którym jestem.

 

Bartek: Staramy się w różny sposób angażować ludzi w dbanie o najbliższą okolicę. Zorganizowaliśmy m.in. akcję, podczas której nurkowie wydobywali ze swoich codziennych zanurzeń jak najwięcej śmieci. Każdy wykonywał zdjęcie tego, co wydobył i wysyłał je jako potwierdzenie. Akcja ta wciąż trwa i ma wymiar międzynarodowy. W tym roku zwycięzcą został nurek z Giżycka, któremu z wielką satysfakcją wręczyliśmy nagrodę główną ufundowaną przez Tecline.

 

Wojtek: Mniej cieszy fakt, że w naszych polskich jeziorach jest tyle śmieci. Kiedy zaczynałem nurkować, akweny te miały doskonałą widoczność. Obecnie bardzo trudno o miejsce, w którym można po prostu wskoczyć do wody i nie obawiać się wejścia bez butów. Akcje wydobywania śmieci spod wody są bardzo potrzebne, bo, niestety, w wielu wypadkach obserwujemy próbę odwrócenia się od problemu. Nurkowie lubią nurkować, ale mniej chętnie mówią, o tym, że miejsca, w których nurkujemy są coraz ciaśniejsze. Pod wodą pojawia się coraz więcej rzeczy, których nie powinno tam być. Dokąd więc pojechać? Wszędzie wszystko zatrute. Trzeba wybiegać myślami naprzód i zastanawiać się nad konsekwencjami naszego postępowania w dłuższej perspektywie czasowej. Fakt, że dziś wydobędziemy z wody kilogramy plastiku oczywiście jest ważny, ale kluczowe dla przyszłości jest to, kto wrzuca go do wody i dlaczego to robi.

 

Bartek: W ruchu Ghost Diving oczywiście liczy się entuzjazm, ale nie chodzi wyłącznie o to, żeby na hura wyciągać jakąkolwiek sieć i przy okazji narażać życie i zdrowie. Chcemy działać bezpiecznie i w taki sposób, by np. jak najmniej uszkodzić wrak, z którego pochodzi sieć i wyłowić ją całą, a nie tylko fragment. Niestety, sieci widmo są praktycznie niewidoczne nie tylko dla zwierząt, ale także dla nurków. Właśnie dlatego nurkowie Ghost Diving nigdy nie działają w pojedynkę.

 

Kiedy jesteśmy pod wodą, bazujemy na prawach fizyki – każdy kojarzy widok butelki wypełnionej powietrzem i unoszącej się na wodzie. Tak samo balon – jeśli napompujemy go pod wodą, wypłynie na powierzchnię. Żeby wydobywać cięższe przedmioty z dna, używamy specjalnych worków wypornościowych działających właśnie na takiej zasadzie. Pojedyncza akcja może trwać nawet tydzień, po 6-7 godzin dziennie. Dlatego potrzebnych jest kilka zespołów podwodnych, które się zmieniają, a także zespół powierzchniowy, który wyciąga sieć i szuka zaplątanych żywych zwierząt.

 

Wojtek: Wyspecjalizowaliśmy się w wydobywaniu sieci z dużych głębokości, między 40 a 60 m. Tam gaz, którym oddychamy zużywa się niezwykle szybko, a każde zanurzenie zespołu nurków to koszt od kilku do kilkunastu tysięcy euro. Do niedawna bazowaliśmy na samodzielnie zebranych pieniądzach na każdą akcję. Od pewnego czasu udaje się znajdować sponsorów. O tym, jak ważne dla nas jest ratowanie życia podwodnych zwierząt może świadczyć fakt, że potrafiliśmy w kilkanaście osób uwalniać maleńkiego kraba, który zaplątał się w sieć. Uparliśmy się, że go wyswobodzimy i w końcu się udało. To był pewnie najdrożej uwalniany krab na świecie. W Ghost Divingu spotykają się ludzie, którzy nie chcą jedynie wskoczyć do wody, ale dostrzegają w nurkowaniu coś więcej.

 

Bartek: W zależności od tego, co robimy pod wodą i jak uczymy nurkowania, tak będzie wyglądała przyszłość. Jest różnica między osobą, która schodzi pod powierzchnię tylko po to, żeby złapać rybę za ogon albo złowić ją bez zastanowienia nad konsekwencjami, a człowiekiem, który bada dno morskie i zdobytą wiedzę wynosi na powierzchnię dla osób, które nie nurkują.

 

I kiedy wydawałoby się, że podwodny problem jest zdiagnozowany, więc wystarczy konsekwentnie działać, ruch Ghost Divingu w Polsce musi się mierzyć z masą prawnych utrudnień. Zgodnie z aktualnymi przepisami w naszym kraju, przy każdej akcji wydobycia sieci konieczne są zezwolenia urzędów na wykonywanie prac podwodnych. Mocno zmotywowana grupa prawników wciąż walczy, aby ułatwić nurkom działania w Polsce. Jeśli chcesz wesprzeć inicjatywę Ghost Diving, skontaktuj się z Ghost Diving Poland.

 

 

___

tekst: Julita Mańczak

foto: Giorgos Kolikis | Ghost Diving

]]>