bierzemy oddech – TUU https://lesma.org TUU jest magazynem skupiającym się na ludziach, miejscach, wydarzeniach związanych z Poznaniem i Wielkopolską. Pokazujemy Wielkopolskę wciąż intrygującą i pełną energii, w której chce się być! Przedstawiamy niezwykłe miejsca, ciekawe wydarzenia, a przede wszystkim inspirujących ludzi związanych z naszym regionem. Tych, których mijacie na ulicy nic o nich nie wiedząc, których kojarzycie tylko z widzenia i tych, o których usłyszał już świat. Skracamy dystans, by móc z bliska przyjrzeć się temu jak żyją i co robią. Opowiadamy historie, które nas ujmują oraz intrygują, bo codzienność może być zachwycająca. Wystarczy się jej przyjrzeć — TUU i teraz. Tue, 09 Apr 2024 15:59:38 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.5.7 https://lesma.org/wp-content/uploads/2016/08/cropped-tuu-krzyzyk-www-01-32x32.png bierzemy oddech – TUU https://lesma.org 32 32 nayczycielka https://lesma.org/nayczycielka/ Fri, 31 Dec 2021 11:35:01 +0000 http://lesma.org/?p=1428 Na ścianie wiszą trzy tablice, a ja stoję już przy środkowej. Zaczynałem oczywiście od lewej, najpierw wypisując kredą to, co wiem, żeby z tego wszystkiego ułożyć to, co wiedzieć powinienem. Nauczycielka matematyki w klasie matematyczno-fizycznej, licealna pani profesor, zawsze powtarzała nam, że nie musimy znać na pamięć wszystkich wzorów, wystarczy, że będziemy umieli je wyprowadzić. Teraz siedzi spokojnie przy swoim biurku, patrzy na mnie i czeka. W jej oczach nie widzę zniecierpliwienia, nie widzę też politowania nad moim nieudolnym wysiłkiem. Widzę tylko nadzieję. 

 

Po latach chciałbym powiedzieć, że mi się wtedy udało, a może nawet dodać z nutką przechwałki, że to nie było nic trudnego. Że przecież celowo nie uczyłem się wzorów, żeby brylować przy tablicy, albo wyprowadzać je nonszalancko na marginesach sprawdzianów pisanych na papierze kancelaryjnym w ciemną kratkę. 

 

To jednak byłyby popisy nie mające nic wspólnego z rzeczywistością i tak naprawdę nie pamiętam nawet, czy historia spod tablicy skończyła się moją chwałą, czy niedostatecznym, który nie mieścił się już w przewidzianych rubrykach dziennika i musiał spocząć na doklejonej przy moim nazwisku karteczce. Pamiętam natomiast bardzo dobrze, a z każdym dniem jakby nawet lepiej, jak bardzo nie doceniałem matematyczki i tego, co chciała nam między gęstwiną liczb pokazać. Wiedziała bowiem dobrze, że siedem matematyk w tygodniu ułoży świat na zawsze.

 

Po tych lekcjach, już na studiach biologicznychi najtrudniejsza była dla mnie systematyka i zapamiętywanie nazw. Znacznej ich części nie umiałem sobie logicznie wytłumaczyć, a dodatkowo w liceum nie miałem łaciny. Wprawdzie z niektórymi było łatwiej, bowiem wpadały w ucho od razu i nawet z niejaką wesołością, tak jak śmiałek pogięty (Deschampsia flexuosa), sromotnik bezwstydny (Phallus impudicus) czy nawet zahaczający o złośliwość prusak (Blattella germanica), to jednak przy kolejnych trzeba było wspierać się historią odkryć, jak na przykład przy głębiogłowaczu Godlewskiego (Abyssocottus godlewskii), albo nawet mitologią – bo o ile zmierzchnicę trupią główkę łatwo byłoby skojarzyć z wyglądu, to przecież ta sama Acherontia atropos wymagała już znajomości rzek Hadesu i poznania Atropos, najstarszej z Moir, przecinającej nić życia. Jeszcze inne były zwodnicze, choćby zimorodek (Alcedo attis), który wcale nie rodzi się zimą, tylko przychodzi na świat wiosną, w ziemi, w wykopanych przez rodziców norach. Na szczęście wspomnienie zimowego Morza Egejskiego pozwalało zorientować się, dlaczego zamieniona w kolorowego ptaka gniewem Hery i Zeusa księżniczka Alkione mogła tylko w wolnym od wichur styczniu bezpiecznie założyć gniazdo i wychować potomstwo, co już zupełnie logicznie wyjaśniało nazwę. Jednak w większości przypadków nie byłem tak dociekliwy i pewnie dlatego nie znajdowałem w nazewnictwie logiki, wolałem po prostu i bez zbędnych ceregieli nazwy wykuć i zdać zbliżający się egzamin. A może jeszcze wtedy nie widziałem tego, co kilka lat wcześniej cierpliwie pokazywała nam matematyczka. Dziś wiem, że nie były to tylko liczby. Nie były to tylko wzory. Uczyła nas cierpliwie układać zdania z alfabetu, którego literami może być zupełnie wszystko.

 

Mijam plac Legionów i idę ulicą Królewską. Z oddali, na brzegu parku Żwirki i Wigury w Wieluniu, majaczy pomnik. Oparta na cokole twarz patrzy do góry, ale z mojej perspektywy trudno jest powiedzieć dokładnie na co, chyba na jakieś wielkie naczynie, może na chmurę, a może na zupełnie coś innego. Pies ciągnie mnie w przeciwną stronę, przecież są rzeczy ważniejsze, a pomnik już widziałem, po co więcej, możemy iść dalej, pomniki nie są ciekawe. Ale wtedy spoglądam na ławkę i wydaje mi się zupełnie wyraźnie, że siedzi na niej nauczycielka. Pani profesor. I tak jak przed laty patrzy na mnie nie z politowaniem, nie ze zniecierpliwieniem, tylko z tą samą nadzieją, z którą patrzyła, kiedy byłem przy tablicy. A ja wiem, że chociaż nie dostanę już żadnej oceny, nie mogę tak po prostu pójść. Pójść, nie próbując napisać czegoś na trzeciej tablicy.

 

Podchodzę do pomnika, pomału go okrążam, a wtedy rzeźba się zmienia. Nie ma już na cokole jednej twarzy, tylko wpatrzone w siebie dwie. Ta wyżej jest jakby ulotna, może czekająca już po jakiejś drugiej stronie, ta niżej oparta, przytwierdzona jeszcze, ale już prawie oderwana, w pół drogi jak gdyby za pierwszą. Nie widzą poza sobą niczego. Na głowach, czy to kapelusze jakieś? Czy może coś innego? 

 

Podchodzę do trzeciej tablicy i kończę wywód symbolem nieskończoności. Rysuję lemniskatę, która sama przecież zamknięta łączy te zapatrzone w siebie twarze nie na skończone życie, tylko na wieczne zawsze.

 

Nauczycielka uśmiecha się, wstaje i odchodzi. Dlaczego przyszła właśnie tutaj? Dla matematyki? Pewnie tak, a dla czegóż by więcej.

 

___
tekst & foto: Jędrzej Tęczyński

]]>
wędrowcy https://lesma.org/wedrowcy/ Wed, 15 Dec 2021 16:47:48 +0000 http://lesma.org/?p=1408 Wszystkiego mam dwie małe marchewki, cebulę, pietruszkę i ziemniak. Resztę plecakowych zapasów, o ile kiedykolwiek można było to nazwać zapasami, zjadłem rano. Cały dzień słońce prażyło niemiłosiernie, a powietrze stawało się coraz gęstsze i już od południa można było odnieść wrażenie, że na coś się zbiera. Po drodze wypiłem całą wodę, chociaż i tej z racji upału wydawało się niewiele, dlatego na noc zatrzymuję się nad rzeką. I właśnie tam, nad rzeką, nieuchronnie materializuje się nadmiar dnia, coraz wyraźniej mrucząc burzą z ciemnych chmur nad wschodnim horyzontem.

 

Byłoby najłatwiej gdybym zjadł marchewki, cebulę i pietruszkę na zimno, pozostawiając roztropnie jedynie ziemniak. Jednak pomruki burzy, zapowiadające nocne zbieranie wody z podłogi cieknącego jak sito namiotu, każą mi zrobić posiłek ciepły. Dlatego wyciągam breżniewkę, benzynową kuchenkę cudem zdobytą spod lady, i nalewam do aluminiowego garnka rzecznej wody. Kroję cenne warzywa, wrzucam do naczynia i podpalam benzynę. I czekam.

 

Moje breżniewka, a pewnie i każda inna, ma tę przypadłość, że rozgrzana nadmiernie otwiera zawór bezpieczeństwa i uwalnia zgnieciony ciśnieniem nadmiar benzyny, który potrafi zapalić się w metrową, ognistą pochodnię. Tak też dzieje się i tym razem, trochę z mojej nieuwagi, a trochę ze zbyt dużego pośpiechu w gotowaniu. Na niespodziewany ogień patrzę przez chwilę zauroczony, a potem gaszę płomienie i zaglądam do garnka.

 

Wygląda na to, że jednak uda mi się coś ciepłego zjeść, chociaż zupa, którą mam przed sobą, nie powstała według żadnego przepisu i nie ma w sobie żadnej kucharskiej intencji, a jedynie znalezione warzywa, wodę płynącą akurat w rzece i szczyptę pośpiechu, która ognistą pochodnią dała znak, że posiłek jest gotowy. A nawet jeśli gotowy nie jest, to inny już nie będzie.

 

Obejmuję ciepły garnek i widzę zawieszoną w wodzie kostkę marchewki i opadający pomału na dno kawałek cebuli. Ten posiłek jest teraz dla mnie całym światem. Z jednej strony straszy niedostatkiem, z drugiej jednak jest jedynym ukojeniem przed nadchodzącymi godzinami niespokojnej nocy. Czy tak właśnie czuł się trzynaście miliardów lat temu Wielki Ktoś patrzący na maleńką Osobliwość, którą z powodu jakiegoś Wielkiego Nadmiaru musiał uwolnić i pozwolić jej żyć swoim własnym życiem? A ona zachłysnęła się daną wolnością, a zachłysnęła tak mocno, że w ułamku sekundy z drobiny stała się Wszechświatem. I czy oprócz czasu, światła i materii narodził się wtedy przypadek? A może właśnie ów przypadek, jako rzecz jedyna, był już w Osobliwości i nie trzeba było Nikogo, aby Osobliwość ożywić? Bo może wystarczy czekać, by wyczekać wszystko. Bo może wystarczy czekać, by doczekać się życia.

 

Burzowe chmury nie zasłoniły jeszcze całego nieba. Podnoszę głowę i widzę zawieszone w czerni tlące się gwiazdy. Widzę wielkich wędrowców przemierzających samotność, powstałych z drobiny i dążących ostatecznie w nicość. A może dawno już skończyli swą podróż, a ja patrzę jedynie na ich wspomnienie, niczym na pamięć o kimś bliskim zaklętą w zapalonej świeczce.

 

Pierwsze krople deszczu spadają na spragnioną ziemię kiedy chowam plecak do namiotu. Padają rzadko i chaotycznie. Jednak już po chwili jest ich tak dużo, że kroplowy chaos przeradza się w zasadę, która nakazuje mojemu namiotowi podczas deszczu przeciekać, tworząc na jego podłodze błyszczące w świetle błyskawic kałuże. Kałuże dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałem, gotując zupę.

 

I dokładnie takie, jakbym ich sobie nie wyobrażał nigdy.

 

___

tekst & foto: Jędrzej Tęczyński

]]>
Centrum ciała, centrum umysłu https://lesma.org/centrum-ciala-centrum-umyslu/ Sun, 12 Sep 2021 19:52:31 +0000 http://lesma.org/?p=1366 Ta kraina wcale nie jest mitycznym miejscem, do którego dostęp mają tylko wtajemniczeni. Nie musisz okrążać zamku 47 razy po stromym zboczu z narażeniem życia, nawet nie trzeba mieć konia! Wystarczy mieć klucze. Jednym z tych kluczy jest Twoje ciało. Ciało jest zawsze w chwili obecnej.

 

Zastanawiałam się chwilę, co by tu napisać o tej relacji z ciałem. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej dochodziło do mnie, że to całe teoretyzowanie w tym przypadku jest jeszcze większym teoretyzowaniem niż tymże teoretyzowaniem w jakimkolwiek innym przypadku. Bo zamiast pisania ważniejsze jest działanie.

 

No to co? Wejdź na matę, albo po prostu znajdź jakieś szczególnie przyjemne dla Ciebie miejsce, i wspólnie spróbujmy tę relację z ciałem nawiązać. 

 

Wchodzisz (nomen omen) w to? Ja będę z Tobą, jeśli tylko chcesz.

 

Usiądź wygodnie. 

 

Tak. Wygodnie. 

 

Niech to jednak nie będzie siedzenie na krześle, fotelu ani na żadnym innym współczesnym narzędziu tortur. Siedzisz? Jeżeli już siedzisz, sprawdź, jak to robisz. Poczuj, co dla Ciebie znaczy „wygodnie siedzieć”. Sprawdź, jak są ustawione Twoje nogi, kręgosłup, miednica. W jakim ustawieniu jest głowa. Czy nie wychylasz się zbyt do przodu, do tyłu, na boki? A może plecy są zaokrąglone lub… nadmiernie przeprostowane? 

 

Poodczuwaj to przez chwilę. Nie spiesz się. Ale też nie oceniaj, nie wymagaj. Po prostu pobądź przez chwilę w wygodnej pozycji siedzącej. 

 

Już?

 

Nie, nie… to nie jest test 🙂 Nie będziemy teraz sprawdzać ani analizować jak siedzisz, a jak być powinno. Odpuść porównywanie i oczekiwanie. Po prostu bądź. Nawiąż relację ze swoim siedzącym ciałem. 

 

I już. 

 

Proste? 

 

Czasami tak, czasami nie. I tu zaczyna się zabawa. Zaproś do swojego dzisiejszego siadu uważność. To właśnie dzięki uważności nawiążesz bliższy kontakt ze swoim ciałem. Magicznym włącznikiem uważności niech będzie Twój oddech. 

 

Masz go?

 

Zakładam, że jeżeli to czytasz, to pewnie żyjesz, a jeżeli żyjesz, to masz i oddech. Ale czy go zauważasz?

 

Przerwij więc czytanie i pooddychaj świadomie. 

 

Rób to, a zarazem nie rób nic. Takie tao. 

 

Siedzisz i oddychasz. Właśnie tak.

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

 

I jak?

 

Czy coś się zmieniło? Jak się teraz czujesz? Być może odczuwasz spokój, irytację, zdziwienie, a może uwiera Cię coś w biodro? Cokolwiek czujesz, to jest ok. Tylko to zauważ. Masz to? Jesteś w tym? 

 

Wróćmy więc do ciała. Bardziej fizycznie i pragmatycznie.

 

Często o siedzeniu mówimy i myślimy bardzo negatywnie. Demonizujemy pozycję siedzącą, przedstawiając ją jako killera dla bioder i oprawcę dla kręgosłupa. Powstają na ten temat książki, specjalne programy ćwiczeń przeciwdziałające skutkom siedzenia itd. Wszystko to prawda i nie trzeba się nad tym więcej rozwodzić. Ale fakty są takie, że większość czasu siedzimy. I oczywiście namawiam Cię do wstania co 45 minut, porozciągania ciała i zrobienia kilku niewymagających szczególnych warunków ćwiczeń. Jednak pomijając te oczywistości, jako osoba szukająca pozytywów we wszystkim, co mnie spotyka, chciałabym wskazać w pozycji siedzącej również jakieś plusy. Nie, absolutnie nie promuję tutaj siedzenia, żeby było jasne. Jednak skoro i tak siedzimy lwią część dnia, to może zadbajmy o to, żeby siedzieć właściwie i zauważyć to, ile dobrego daje nam ta pozycja? Po co się dodatkowo frustrować.

 

Co nam dają siady? Masz jakiś pomysł? 

 

Jako joginka odniosę się do praktyki jogi, jakżeby inaczej. Siady to wspaniały rodzaj asan, punkt wyjścia do wszystkich ruchów kręgosłupa – skrętów, wydłużenia w przód, wygięcia w tył, skłonów w bok. Poza tym wszelkie siady (przypominam, że nie mówimy o krześle) uelastyczniają biodra, pogłębiają pachwiny, przynosząc wiele korzyści organom w dole brzucha. Mentalnie siady przede wszystkim ściągają nas do centrum – zarówno ciała, jak i umysłu. Wszak tradycyjnie właśnie w tych pozycjach praktykowano medytację. Warto je zatem świadomie wykonywać, dla uważnego poczucia siebie i swojego aktualnego miejsca w życiu. Praktykujcie zatem pozycje siedzące – można to robić bez zbędnych wstępów. Nawet przy okazji robienia czegoś innego. 

 

Tyle już napisałam, a dopiero jesteśmy przy pozycji siedzącej. Nieźle, prawda? Za daleko dzisiaj nie pójdziemy, ale za to jak głęboko! I o to właśnie chodzi. 

 

No dobrze, jedziemy dalej. 

 

Mamy więc umysł, mamy ciało, a mostem pomiędzy nimi niech będzie oddech (niezła rzeka, a nawet ocean – popłyniemy tam przy kolejnej okazji).

 

Umysł, jak wiesz, może być wszędzie. Błąkać się po przeszłości, intensywnie planować przyszłość, a Ty z całą pewnością doświadczasz czasami (oby tylko czasami) poczucia bycia nieobecnym w teraźniejszości, działania na autopilocie. 

 

Po drugiej stronie (czy na pewno po drugiej?) – ciało. 

 

Ciało jest zawsze jest w chwili obecnej (przyznasz mi rację?). 

 

Czyż nie jest to wspaniała wiadomość dla wszystkich, którzy szukają możliwości bycia w tej osławionej krainie „tu i teraz”? Co więcej – ona (ta kraina) wcale nie jest mitycznym miejscem, do którego dostęp mają tylko wtajemniczeni. Nie musisz okrążać zamku 47 razy po stromym zboczu z narażeniem życia, nawet nie trzeba mieć konia! Wystarczy mieć klucze. Jednym z tych kluczy jest Twoje ciało. Jeszcze raz – ciało jest zawsze w chwili obecnej. Zakotwiczenie się w (na) ciele pozwoli Ci wrócić do danej chwili. Pozwoli Ci być świadomym wszelkich doznań, które z ciała płyną. Ta droga –
z głowy do ciała i z ciała do głowy – to jedna z ciekawszych dróg. 

 

Jak Ci się siedzi? Może chcesz zmienić pozycję? Położyć się, wstać, pochodzić? Co mówi Twoje ciało? Gdybyś miał teraz wykonać jakiś ruch, którego ciało potrzebuje, co by to było? Zapytaj ciało, poczekaj na odpowiedź. I zrób to, czego właśnie teraz potrzebuje Twoje ciało. 

 

Lubię posługiwać się porównaniem pracy z ciałem do rozmowy. Rozmowy są różne: towarzyskie, powierzchowne, luźne, niezobowiązujące, nudne, ale też mogą być głębokie, poruszające, piękne, zmieniające punkt widzenia. Tak samo jest w pracy z ciałem. Z jedną różnicą. W odróżnieniu od rozmów – ciało nie kłamie.

 

Język ciała to nie tylko gesty czy wyraz twarzy, jak powszechnie myślimy. Nasze ciało wyraża się również niewerbalnie, poprzez szereg różnych doznań płynących z niego nieustannie. Poprzez fizyczny ból, często chorobę, wygodę i niewygodę. Podobno 93% komunikacji jest niewerbalnej. Ludzie, którzy rozwinęli świadomość ciała, są świadomi nie tylko tego, jak siedzą i stoją, ale też tego, jakie są ich twarze. Tak… bo twarz to też ciało! Swoją drogą, czy wiesz, że mamy około 70 mięśni twarzy? I je również należy ćwiczyć? Ćwiczysz? Masz świadomość wyrazu Twojej twarzy? Może spójrz w lustro i spróbuj poczytać swoją twarz. Miła lektura? Czy wręcz przeciwnie? 

 

Ciało i wygląd. Przywiązujemy ogromną wagę do wyglądu. Czasami wręcz obsesyjną. Fizyczność wydaje się najważniejsza. Czy wygląd to wszystko? Jon Kabat-Zinn w swojej książce „Życie, piękna katastrofa” pisze: „Zaskakuje mnie to, że potrafimy być tak bardzo zaaferowani wyglądem naszego ciała, a zarazem całkowicie nie mieć z nim kontaktu. (…) Jako społeczeństwo przywiązujemy ogromną wagę do wyglądu, a do wyglądu naszych ciał w szczególności. (…) W pewnym momencie życia wielu ludzi uznaje wygląd ciała za sprawę najważniejszą w hierarchii społecznych potrzeb, czują się z jakiegoś powodu niepełnowartościowi i zmartwieni swoim wyglądem…”.

 

Co Ci przychodzi do głowy, kiedy myślisz o swojej relacji z ciałem? 

 

Weź spokojny wdech i zrób spokojny długi wydech. Zadaj sobie pytanie: W jaki sposób myślę o swoim ciele? Czy mi się podoba? Czy mam do niego zaufanie? Czy mam ochotę je wymienić albo coś w nim zmienić? Jak się nim opiekuję? Czy pozwalam mu odpocząć? Czy raczej je poganiam i wymagam niewykonalnych rzeczy? 

 

Niektórzy nie lubią lub wręcz nienawidzą swojego ciała. Bo boli albo jest grube, słabe, nie wygląda i nie zachowuje się tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Kiedy nie lubimy swojego ciała, zaczynamy coraz bardziej na nie obojętnieć, coraz mniej je zauważać. Przestajemy słuchać komunikatów, jakie nam wysyła. A wysyła je ciągle, bo niezależnie od tego, jak długo już żyjesz na tym świecie, Twoje ciało zdążyło zgromadzić całkiem pokaźny bagaż doświadczeń. I co ciekawe – wszystkie te doświadczenia pamięta. Ciało to taka kronika, w której mamy zapisane, jak byliśmy traktowani. To album niewyrażonych emocji. Nasze ciała mówią. Nie tylko do nas, ale i o nas. Mówią o tym, jakie uczucia uderzały w nas najczęściej, na jakie z nich nie mieliśmy przyzwolenia.

 

Są też tacy, którzy lubią swoje ciało tylko wtedy, kiedy jest sprawne i pozwala na robienie różnych rzeczy. Zdarza się, że eksploatują je wówczas do granic możliwości, mając przeświadczenie o swojej nieśmiertelności i niezawodności. Ciało ma po prostu służyć i działać. Jak potężnej mocy maszyna. Wtedy też nie bardzo wsłuchujemy się w sygnały i doznania, jakie z niego płyną. 

 

Emocje płynące z ciała. 

 

Jeśli nie czujesz swojego ciała, nie jesteś w stanie rozpoznać emocji z niego płynących. A kiedy nie rozpoznajesz emocji, nie wiesz, jakie masz potrzeby. Nie rozpoznajesz, kiedy potrzebujesz snu, a kiedy ruchu i aktywności. Kiedy chcesz jeść, a kiedy po prostu się nudzisz. Mylisz doznania i często robisz coś przypadkowego, tylko po to, żeby zagłuszyć sygnały wysyłane przez ciało, zamiast rozpoznać jego potrzeby. 

 

Wstańmy na chwilę i przyjrzyjmy się sobie w postawie stojącej. Jak czujesz swoje nogi? Jaki jest kontakt stóp z podłożem? Jak ustawiona jest Twoja miednica, klatka piersiowa, barki, głowa? Jak zmienił się oddech, kiedy stoisz? Jak się czujesz?

 

Emocje wpływają na ciało?

 

Wstyd to kurczenie się ciała, zgarbienie i zapadnięcie. Poczucie winy to w ogóle brak odczuwania czegokolwiek w ciele. Apatia to odrętwienie, a strach paraliżuje. Smutek i żal, stłumiony płacz rujnują narządy wewnętrzne, zwłaszcza jelita i płuca. Złość i gniew, szczególnie te stłumione, powodują napięcie karku i barków. A miłość i radość naładowują ciało energią, wigorem, gracją i elastycznością. 

 

Przejdź się. Pospaceruj i poprzyglądaj się sobie. W ruchu. Ciało potrzebuje ruchu. Czy Twoje ciało jest żywotne, energiczne, witalne i szczęśliwe? Po prostu się przyjrzyj. 

 

Są tacy ludzie, którzy potrafią się z ciałem dogadać. Prowadzą z nim pełnowartościowy dialog. Potrafią słuchać i mówić. Dają ciału to, co jest mu potrzebne, bo słuchają. Czują. Akceptują. Ich ruchy, gesty i mimika są przepełnione pozytywnymi emocjami, a oni sami płyną na falach życia, a kiedy nie płyną tylko idą, to unoszą się niemalże nad ziemią. 

 

I takiej relacji z ciałem Ci życzę. Czuj, kochaj, żyj.

 

Cdn.

 

___

tekst: Basia Libako
ilustracja: Jerzy Sadowski

]]>
przywracanie ustawień fabrycznych https://lesma.org/przywracanie-ustawien-fabrycznych/ Tue, 10 Aug 2021 10:22:56 +0000 http://lesma.org/?p=1361 Przywracanie ustawień fabrycznych to nawiązanie do technologii, obecnie naszej ulubionej, z konieczności, dziedziny, która dodatkowo z powodu pracy, edukacji, ograniczenia podróży i swobodnego przemieszczania, stała się codziennością. Jesteśmy zanurzeni w technologii po uszy, a dzięki temu obrazowemu porównaniu łatwiej wyrazić sens, a nawet cel, metody pomocnej w różnego rodzaju terapiach. 

 

To żartobliwe określenie przybliża jej sens z dużą trafnością, bo ćwiczenia polegające na wprawieniu się w samoistne drgania mogą wyzwalać nas z traum, sytuacji stresowych oraz napięć − obecnie jest to często stosowany element wielu praktyk terapeutycznych, aby dotrzeć do przyczyny naszych osobistych problemów. 

 

Poszukiwania nowych narzędzi nie ustają, a specjaliści z wielu z nich korzystają w gabinetach. Sposobów dotarcia do siebie samego, czy też do swoich bliskich, dostosowanych do zmieniającej się rzeczywistości jest sporo. Trudno czasem o mobilizację i samodzielne rozpoznanie, co jest najwłaściwsze, dlatego poszukiwania nowych dróg to nieustająca praca. Może to wręcz stanowić pewną przyjemność − odkrywanie ich na własny użytek. Ćwiczenia fizyczne, nowy sport, taniec, medytacja, joga w wielu systemach, techniki relaksacyjne, nauka czegoś zupełnie nowego. Wiele z tych dziedzin zawiera element wibracji, która jest w oddechu, w rytmie powtarzania i wreszcie w zmęczeniu.

 

To jak dalszy ciąg opowieści o emocjach wbudowanych w głos i znaczeniu wibracji z z artykułu „Emocje są w ciele” z ostatniego numeru Tuu, w której Julita Mańczak, w rozmowie przeprowadzonej z trenerką głosu, producentką wokalną i wokalistką Katarzyną Rościńską, odkrywa przed nami to, co sami czasem trochę przeczuwamy. Wydaje się jednak, że nasz wpływ na samodzielne wejście w taki stan terapeutyczny jest trudny lub niebezpieczny. A jednak szybko w praktyce przekonujemy się o tym, że jest sposób na wibracje, na ich doświadczanie, uwalniające odczuwanie, nawet jeśli nie śpiewamy w chórze i nie zajmujemy się głosem zawodowo.

 

Każdy ma możliwość kontaktu z samym sobą. Po pierwsze ważna będzie tu uważność w odczytywaniu sygnałów płynących z ciała. Oddech może być pomocnym narzędziem, jednak zanim do tego dojdzie, zanim samodzielnie podejmiemy takie próby, warto choćby dwu-, trzykrotnie spotkać się z metodą TRE w gabinecie providera lub na sali ćwiczeń z fizjoterapeutą. 

 

Zachować siłę, być twardym, ale nie tracić też miękkości, pracować nad elastycznością, a przede wszystkim zachować wrażliwość − to najważniejsza nauka płynąca z odkrycia na mój własny użytek techniki TRE na wyjazdowych warsztatach jogi, które odbyłam jakiś czas temu. Uwzględniać harmonię tego połączenia w codziennym życiu, wymagania wobec siebie połączyć w równym stopniu z odpuszczeniem, to ćwiczenia na każdy dzień, na świadome życie, na dawanie sobie prawa do wszystkich stanów i dostrzeganie tej zasady wszędzie wokół.

 

To właśnie podczas pandemii, długotrwałej izolacji społecznej, kwarantanny, a także zwykłego stosowania się do zasad dla dobra ogólnego, powstała u wielu z nas taka luka, ewentualność, możliwość odpuszczenia, uznania swojej kruchości, przyznania się do delikatności, słabości. I choć nazwa TRE może kojarzyć się z włoskim pochodzeniem (liczebnikiem) a także z włoskim nazwiskiem twórcy tej metody Davidem Bercellim, to w rzeczywistości skrót od Tension & Trauma Releasing Exercises. Słowo trauma nie jest tu zobowiązujące, choć metoda ze światowym powodzeniem stosowana jest wszędzie tam, gdzie do traumy doszło podczas wojen, konfliktów i innych wydarzeń wymagających wsparcia psychologicznego mieszkańców. Technika ta stosowana jest obecnie podczas sesji grupowych i indywidualnych, a pandemia na całym świecie zostawia dotkliwy ślad.

 

O niesamowitym przebiegu takiej sesji i wrażeniach pragniemy podzielić się jak najszybciej, by każdy, kto jeszcze o tym nie słyszał, mógł się dowiedzieć o korzyściach tej metody u źródła, czyli u praktyka stosującego w codziennej pracy metodę TRE – psychoterapeuty Pawła Walczaka.

 

Istotą tego zabiegu jest drżenie i inne oparte na wibracjach ruchy, których celem jest całkowite uwolnienie od napięć, przede wszystkim tych ukrytych głęboko i zapomnianych lub wypartych. Paweł Walczak podczas naszego spotkania przytacza opowieści o historycznych śladach w dziejach człowieka, gdzie we wszystkich cywilizacjach na wszystkich kontynentach ludzie stosowali zróżnicowane metody oparte na wibracjach po to, by uwalniać ciężkie przeżycia, których doświadczali podczas wojen, klęsk życiowych i różnego rodzaju kataklizmów. Często w nie do końca uświadomiony sposób stosowano zbliżone do siebie metody, choćby rytualne tańce i obrzędy, podczas których uwalniano najtrudniejsze blokady emocjonalne. Choćby starożytni Celtowie, którzy po stoczonych wojnach nie mogli wchodzić z marszu do swoich miast i wsi, odbywali coś na kształt kwarantanny, a mieszkańcy odprawiali przez kilka tygodni wiele zróżnicowanych obrzędów, które miały oczyścić wojów z ich traumatycznych przeżyć. Dopiero po tym czasie życie mogło powrócić na swoje zwykle tory. Zwierzęta − przede wszystkim ssaki, które możemy najczęściej obserwować − psy, koty, w ten sposób „otrzepują” z siebie stres, dosłownie otrząsają się nawet kilka razy w ciągu dnia. Ssaki wpadają w dygot, który jest reakcją kończącą traumę (jak uciekająca w lesie sarna), a wynika on fizjologii. Ponieważ my, tak jak wszystkie ssaki, działamy w ramach trzech ustawień podczas doświadczania stresowej sytuacji: walka, ucieczka, zamrożenie. 

 

TRE jest wciąż nową metodą, w najprostszym opisie to po prostu doprowadzenie poprzez system sprawdzonych i nieskomplikowanych ćwiczeń do stanu, w którym niektóre partie ciała zaczynają drżeć w sposób niekontrolowany. W tym momencie u większości z nas włącza się mechanizm samokontroli, lekkiego niepokoju. Ważne jest wówczas zaufanie do osoby prowadzącej taką sesję, odpuszczenie kontroli. Prowadzenie przez terapeutę pomaga w uwolnieniu się od wszelkich wątpliwości − można to stwierdzić już po takim spotkaniu, ponieważ dopiero po przeprowadzonej umiejętnie sesji uczucie błogości i ulgi jest tak wszechogarniające, że właśnie dla niego warto doświadczyć tego zabiegu, tej techniki. Zaskakujące jest to, że każda sesja może przebiegać zupełnie inaczej, wnosić nowe doświadczenia, może powodować uwalniający płacz lub ataki śmiechu i na to wszystko powinniśmy dać sobie przyzwolenie. Co nie jest wcale łatwe i nie dzieje się automatycznie. Provider kontroluje czas i przebieg takiego spotkania, więc można mieć pewność, że zostaniemy z takiego stanu w sposób spokojny i bezpieczny wyprowadzeni.

 

Obecne czasy nie sprzyjają innym sytuacjom wykorzystującym naturalne wibracje, chociażby imprezom tanecznym, uczestnictwu w koncertach muzycznych, które w naturalny sposób wprawiają nasze ciała w ruch i kojarzą się z bardzo przyjemnymi doznaniami. Po roku pandemii i przejściu wielu nowych, lękowych sytuacji związanych z naszą egzystencją już wiemy, że ta organiczna potrzeba została wyciszona, ale unieruchomienie naszych ciał to nie tylko pogorszenie ogólnej kondycji fizycznej, a praca nad tym zagadnieniem stała się wręcz higieniczną potrzebą. Uprawianie sportów także uległo ograniczeniom, więc będziemy poszukiwać dróg dotarcia do naszej naturalne, ba − wrodzonej potrzeby ruchu i rytmu, ponieważ właśnie to działa uwalniająco i rozluźniająco zarówno dla ciała, jak i umysłu.

 

Poddanie się sesji TRE w gabinecie specjalisty, pod całkowitą kontrolą, jest absolutnie bezpiecznym doświadczeniem, dlatego w tej chwili oprócz terapeutów, którzy posługują się tą metodą, można spotkać też elementy TRE podczas sesji jogi lub sesji psychoterapeutycznych. Także fizjoterapeuci i osteopaci korzystają z tej techniki uwalniania napięć. Są jednak pewne przeciwwskazania w jej stosowaniu (m.in. okres ciąży, ostre stany psychotyczne, rehabilitacje, cukrzyca).

 

W obecnej rzeczywistości najważniejsze to zachować zdrowie. Rozsądek też miło by ocalić, zatem kompetencje polegające na rozluźnianiu to warunek konieczny do uzyskania równowagi, poczucia harmonii, jak się okazuje w rozmowie z Pawłem Walczakiem. A TRE uczy samoregulacji − jak pracować z emocjami, zwracać uwagę na swoje granice, czy to, co się dzieje, mieści się w ramach naszego poczucia komfortu.

 

 

___

tekst: Światosława Sadowska

ilustracja: Jerzy Sadowski

]]>
Marzenia Sienne https://lesma.org/marzenia-sienne/ Sun, 29 Nov 2020 18:34:32 +0000 http://lesma.org/?p=1276 Z okien mego pokoju w hoteliku Pod Trzema Dziewuszkami (Tre Donzelle) widok na Sienę ogranicza się do ciemnych oficyn, kota na parapecie i świeżo wywieszonej galerii bielizny”. Z „Barbarzyńcą w ogrodzie” w plecaku przyjeżdżamy do Sieny, by zobaczyć i przeżyć to, czego doświadczał Zbigniew Herbert w czerwcu 1959 roku.

 

Dokładnie 60 lat później, pod koniec marca, meldujemy się w obskurnym hoteliku Pod Trzema Dziewuszkami. Widok z okna naszego pokoju również ogranicza się do ciemnych oficyn, ale sznury do bielizny są puste. Pustką straszą też porzucone donice i skrzynki, ale najbardziej martwi nas brak kota. Cieszy natomiast obecność zielonych okiennic i tablicy przed wejściem do hotelu, która oznajmia, że w tym gościnnym miejscu przebywał Wielki Polski Poeta.

 

Kilka lat wcześniej postanowiłam, że nigdy więcej nie spędzę swoich urodzin w Polsce. Za rok los głośno się ze mnie zaśmieje, a strach przed pandemią zamknie nas wszystkich w domach. Ale jeszcze nie teraz. Teraz, śladami Herberta, ruszamy w miasto. Niespiesznym krokiem mijamy centrum władzy świeckiej, Piazza del Campo, by najpierw zaznać tego, co boskie. Kolebką sieneńskiego sacrum jest Il Duomo. Katedra stoi na najwyżej położonym placu. Jest jak wzniesiony w górę biało-czarny herb miasta i jak śpiew, który wzlatuje i spada kaskadą rzeźb, lazurowych łuków i złotych gwiazd – czytam na głos, gdy siedzimy w słońcu, czekając na otwarcie świątyni i przykatedralnego Museo dell’Opera. Fasada katedry oszałamia nas swoim bogactwem, a wieża swą dostojnością, ale do stanu estetycznej febry doprowadza nas przede wszystkim wnętrze wypełnione lasem biało-czarnych kolumn oraz posadzka wyłożona marmurem w tych samych barwach. Te dwa nie-kolory składają się na herb Sieny, balzanę, i jak twierdzi Herbert, te kolory heraldyczne utrafiły w samo sedno wybuchowego temperamentu sieneńczyków i ich pełnego sprzeczności charakteru. Po odwiedzeniu Biblioteki Piccolominich z freskami Pinturicchia i próbie wchłonięcia w siebie ogromu artystycznych doznań, jakie oferuje nam to miejsce, postanawiamy zrobić sobie przerwę. Udajemy się do pobliskiej kawiarni, by podnieść poziom cukru w organizmie miejscowym panforte i napić się cappuccino, które – według Herberta – wlewa w głowę jasność, a członkom odejmuje zmęczenie. Chwilę później jesteśmy gotowi, by zmierzyć się z dziełami wypełniającymi katedralne muzeum. Gwiazdą jest tu Maestà Duccia, której Poeta nie widział, gdyż w czasie jego pobytu w Sienie poddawana była konserwacji. Skoro już postanowiłam być barbarzynką w ogrodzie, nie skupiam się na centralnej części poliptyku, ale wraz z Herbertem pochylam się nad niewielkimi obrazami z jego rewersu, ukazującymi sceny z życia Jezusa. Przyglądając się Zdradzie Judasza, czuję gniew świętego Piotra, który naciera na jednego ze strażników i wzdrygam się na widok nieprawości Iskarioty. Wzrusza mnie Chrystus, stojący nieruchomo, niczym porażony, jakby z jednej strony wiedział, że właśnie dopełnia się jego przeznaczenie, a z drugiej nie mogąc uwierzyć w zdradę swego ucznia. Mój wzrok przenosi się do ulubionego z całej serii obrazu Herberta – Mycia nóg. Bawią mnie trzy czarne sandały, które niczym rozbiegane mrówki są najbardziej ożywionym punktem obrazu – szczegół, na który Artysta zwraca uwagę z wielkim upodobaniem. Nikt nigdy nie uczył mnie patrzeć na obrazy z taką czułością, dlatego ufam Herbertowi, gdy mówi: Po Ducciu nie należy oglądać niczego więcej, aby zachować jak najdłużej w oczach blask tego arcydzieła. A więc basta! Idziemy przewietrzyć głowy na il Facciatone – fragment katedry, który był częścią planowanej rozbudowy świątyni. Z powodu Czarnej Śmierci, która przeszła przez Europę w 1348 roku i odebrała Sienie trzy czwarte jej ludności, nigdy nie został ukończony. Dziś stanowi doskonały punkt widokowy, z którego rozpościera się panorama na miasto i jego okolice. Wieje tak, że urywa nam głowy, ale czujemy się, jakbyśmy stali na dachu świata. Siena palona – patrząc na dachówki i zabudowania miasta pojmuje się pochodzenie nazwy tego pigmentu. Z góry widać nasz kolejny cel – Palazzo Pubblico wraz z wysoką wieżą i dzwonnicą nazywaną czule od imienia jej średniowiecznego dzwonnika il Mangia.

 

Wąskimi uliczkami docieramy do ratusza i wchodzimy do środka. Wspinamy się na pierwsze piętro, głównie po to, by w dwóch salach – del Mappamondo (Sali Globu) i dei Nove (Sali Dziewięciu, zwanej też Sala della Pace – Salą Pokoju) zobaczyć najpiękniejsze sieneńskie freski. Te, które znajdują się w pierwszym pomieszczeniu, stworzył Simone Martini. Herbert prowadzi nas najpierw na lewo od wejścia, do jednego z najważniejszych dokonań włoskiego trecenta i jednego z najbardziej znaczących dzieł sieneńskiego artysty, zatytułowanego Maestà. Po roku próbuję przypomnieć sobie jakieś szczegóły, ale pamięć mnie zawodzi. Sięgam więc do zdjęć, choć Herbert w swoim dziele pogardliwie pisze o takich jak ja: Spoceni farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę, dotykając kamieni sprzed kilku wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem kopii. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt już nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia. Herbert miał rację. Moje zdjęcie zupełnie nie odpowiada widzianej rok wcześniej rzeczywistości. Okazuje się, że oświetlenie sali i użyte na fresku złoto stworzyły jasną poświatę, która uniemożliwia zobaczenie jakichkolwiek szczegółów dzieła Martiniego. Mimo wszystko właśnie tak chcę zapamiętać ten fresk – jakbym w siedzibie władz miejskich Sieny doznała objawienia maryjnego, jakby blask tronującej Madonny oślepił nie tylko mnie, ale też pozostałe postacie zebrane na fresku u jej boku, kilkoro przypadkowych turystów i pochmurnego kondotiera Guidoriccio da Fogliano z fresku po przeciwległej stronie sali. Idziemy dalej, by w kolejnym pomieszczeniu zobaczyć Alegorię Dobrych i Złych Rządów Ambrogia Lorenzettiego. Licho nie śpi – z obu przedstawień najbardziej podoba mi się personifikacja tyrana o diabelskim wyglądzie. Cóż, pochodzenia się nie wybiera. Pewnie odzywa się we mnie polskie upodobanie do złych rządów. Na koniec swojego zwiedzania Palazzo Pubblico Herbert pisze: Czym prędzej na powietrze. Patrzymy na siebie błagalnym wzrokiem: na powietrze!

 

Postanawiamy posnuć się po Sienie bez celu. Herbert przytakuje: Tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić. Zachęca nas też kolejnym fragmentem: Jeśli kogoś bogowie uchronili od wycieczek, jeśli ma za mało pieniędzy lub za dużo charakteru, aby wynająć się przewodnikom, pierwsze godziny w nowym mieście należy poświęcić na łażenie według zasady: prosto, potem trzecia na lewo, znów prosto i trzecia w prawo. Systemów jest wiele i wszystkie dobre. Stosujemy się do tych zaleceń, gdy nagle zza rogu atakuje nas pantera. Na szczęście dzika bestia wykonana jest z kamienia. Przez chwilę jednak czuję się jak Dante u początków swej podróży opisanej w „Boskiej Komedii”:

Wtem tam, gdzie ścieżka strzelała ku górze, 

Znienagła mi się zjawiła u stoku 

Zwinna Pantera o plamistej skórze. 

Ta z mej osoby nie spuszczała wzroku 

I tak męczyła w moim wstępowaniu, 

Że kilka razy chciałem wracać kroku.

Błądząc, natykamy się na kolejne zwierzęta – ślimaka pełznącego po witrynie ogłoszeniowej czy żółwia chronionego przez trzepot żółto-błękitnych chorągwi. Jesteśmy w Sienie i co rusz przekraczamy oczywiste dla mieszkańców granice jej dzielnic. Każda z nich – nazywana contradą – ma swoją nazwę i symbol, herb, kolory, chorągwie, motto, hymn, muzeum i kościół pod wezwaniem swojego świętego patrona, a także fontannę i stajnię. Ta ostatnia jest niezwykle istotna podczas największego święta odbywającego się w Sienie – Palio, kilkudniowego festynu, którego apogeum jest wyścig konny na Piazza del Campo. Herbert pisze o nim tak: Dwa razy w roku – ale to całkiem na serio – nie tylko dla turystów, rozpalają się namiętności, idą wysokie zakłady, rozpętują się skomplikowane intrygi wokół prawdopodobnego zwycięzcy. Uroczystość jest barwna, pełna szumu, koni i zamętu.

 


Palio, które zazwyczaj odbywa się 2 lipca nazywane jest Palio di Provenzano i odbywa się ku czci Madonny z kościoła Santa Maria in Provenzano w Sienie, której ikonie przypisuje się cudowne właściwości. Od 1701 roku, 16 sierpnia, odbywa się także Palio dell’Assunta, świętujące Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. I choć oba wydarzenia mają miejsce latem, a my przyjechaliśmy tu w marcu, to nie ma to znaczenia. W Sienie mawia się: Il Palio si corre tutto l’annoPalio przebiega cały rok. Palio to kulminacja wiecznej rywalizacji między siedemnastoma contradami: Orła, Gąsienicy, Ślimaka, Sowy, Smoka, Żyrafy, Jeżozwierza, Jednorożca, Wilczycy, Muszli, Gęsi, Fali, Pantery, Lasu, Żółwia, Wieży i Barana. Przynależność do danej contrady jest rozstrzygana trzema prawami. Pierwszym jest ius soli – prawo ziemi – należysz do contrady, na której terytorium się urodziłeś. Drugim jest ius sanguinis – prawo krwi – przynależność do contrady zależy od pochodzenia; dziedziczysz ją po rodzicach. Jeśli matka i ojciec pochodzą z dwóch różnych contrad (czyli poślubili mniejszego lub większego, ale zawsze wroga), przynależność dziecka jest negocjowana. Pod uwagę bierze się wtedy znaczenie contrady w życiu każdego z rodziców, starając się, by podczas ustaleń nie doszło do rozwodu. Trzecim rozwiązaniem jest prawo serca – tu ważne jest, która contrada jest ci najbliższa, w której utrzymujesz najsilniejsze więzi społeczne. Dzięki temu nawet osoby spoza miasta i spoza Italii mogą stać się częścią wybranej społeczności. Wierność contradzie jest tak duża, że większość Sieneńczyków jest chrzczona dwukrotnie – raz w kościele i ponownie w fontannie contrady. Nasze Trzy Dziewuszki leżą w granicach contrady Sowy – lojalność wymagałaby więc od nas chęci przynależenia właśnie do niej. Jednak silne wrażenie, jakie zrobiło na mnie pierwsze spotkanie z panterą, jej dzikość i pstrokatość, kierują moje serce właśnie ku niej, mimo że badacze „Boskiej Komedii” przypisują jej symbolikę rozwiązłości i braku umiaru. Ponoć sam Dante uznał tę wadę – wraz z lwią pychą – za najsilniejszą pokusę dla siebie samego.

 

W każdym z organizowanych wyścigów bierze udział dziesięć contrad – siedem nieobecnych w poprzednich zawodach i trzy dodatkowe, wybierane losowo na miesiąc przed wydarzeniem. Chorągwie trzech szczęśliwców wywiesza się w oknach Palazzo Pubblico. Podległy losowi jest też wybór koni, dzięki czemu szanse poszczególnych contrad nigdy nie były zależne od ich poziomu zamożności. Widowisko Palio rozpisane jest na cztery dni. Już pierwszego dnia contrady spośród dziesięciu dostępnych koni losują swojego reprezentanta, zwanego Barbero. Towarzyszą temu ogromne emocje, bo wszyscy znają możliwości poszczególnych koni, listę ich zwycięstw w innych wyścigach i we wcześniejszych Palio. Zawsze są to konie rasy mieszanej; te czystej krwi nie są dozwolone. Wyniki losowania przyjmowane są wybuchami radości lub jękami zawodu. To sprawa najwyższej wagi, bo to koń, a nie dosiadający go jeździec, wygrywa wyścig. Jeśli dżokej w trakcie wykonywanych okrążeń spadnie, koń może sam galopować do mety i wygrać „klepnięciem”. Historia sieneńskich wyścigów, której lista zwycięstw obejmuje Palia od 1644 roku, zna wiele takich przypadków. Nie dziwią więc ogromne emocje, wzmacniane przyjmowanymi przed wyścigiem licznymi zakładami, często o bardzo wysokie stawki. By zwiększyć swoją szansę na wygraną, już kilka miesięcy wcześniej kapitan każdej contrady podejmuje negocjacje z wybranym dżokejem. Ich stawki owiane są tajemnicą, ale wiadomo, że nie są to małe sumy. Rodzą się liczne intrygi, przekupstwa są na porządku dziennym. Dżokeje, czyli fantini, to najemnicy zatrudniani przez contrady. Niewiele osób z miasta zaryzykowałoby całoroczną hańbę i pogardę współmieszkańców po ewentualnej przegranej. Dżokej musi być dobrym jeźdźcem, gdyż w czasie wyścigu dosiada konia na oklep – sztuka niełatwa, zwłaszcza gdy robi się trzy okrążenia z niebezpiecznymi zakrętami po wąskim torze wokół placu, a podczas jazdy pejczem chłostane są nie tylko konie, ale i konkurujący ze sobą jeźdźcy. Wolno też przeszkadzać przeciwnikom, spychając ich w kierunku barierek. Wszystkie chwyty są dozwolone, również przed samym wyścigiem, dlatego też od momentu wylosowania konia pilnuje się go jak oka w głowie, by nie został porwany lub osłabiony przez konkurencję. Dba się również o dżokeja i w wigilię Palio każda ze startujących contrad – na dobrą wróżbę dla jeźdźców – wydaje kolację pod gołym niebem. Wszyscy wiedzą, że tak ważnych spraw nie należy pozostawiać jedynie w rękach ludzi. Tu zadziałać muszą siły wyższe. Dlatego przed wyścigiem jeździec i koń wchodzą do kościoła reprezentowanej przez siebie dzielnicy i otrzymują od księdza błogosławieństwo: Idź i zwyciężaj! Tłumy mieszkańców i turystów już od kilku godzin czekają na Piazza del Campo. Każdy chce zająć jak najlepsze miejsce, by zobaczyć rozgrywający się spektakl, w którym po trzech okrążeniach trwających zaledwie 80-90 sekund, wyłoni się zwycięzca. Największymi szczęściarzami są właściciele budynków, których okna wychodzą na plac. Taki widok wart jest nawet kilkaset euro. Tor wyścigu wokół organicznego w swym kształcie placu (jak pisze Herbert: przypomina wklęsłą stronę muszli) jest już gotowy. Pokrywa się go piachem, gliną i tufem, stawia solidne barierki i montuje dodatkowe zabezpieczenia na zakrętach. Wyścig poprzedza widowiskowe przejście orszaku – około 600 postaci w historycznych strojach defiluje przy dźwiękach bębnów i trąbek, a wybrańcy popisują się sztuką żonglowania wielkimi jedwabnymi chorągwiami w barwach uczestniczących w wyścigu contrad. Emocje sięgają zenitu, tłum napiera na barierki. Na starcie pojawiają się konie i dosiadający ich dżokeje, również w historycznych strojach. Start formalnie ogłasza wyznaczony sędzia, choć w praktyce decyduje contrada, której przypadło ostatnie miejsce w szyku. Ma ona prawo startu z rozbiegu, wobec którego sędzia może jednak zgłosić weto, oznajmiając falstart. Zdarza się to bardzo często, gdyż sukces w wyścigu jest ważny, ale równie ważne jest zapobiegnięcie zwycięstwa wrogich dzielnic. Dlatego też jeszcze przed startem dżokeje zmówionych ze sobą contrad próbują zablokować swoich największych rywali, a jeździec startujący z rozbiegu chce wykorzystać moment, w którym znienawidzona contrada jest w najgorszym ustawieniu. Ruszają! Pierwsze okrążenie – niektórzy jeźdźcy spadają z koni, zwierzęta się przewracają, drugie okrążenie – część koni galopuje sama, dżokeje, którzy utrzymali się na grzbiecie poganiają zwierzęta batem, nie żałując go także na przeciwników, ostatnie okrążenie i meta – rozgorączkowany tłum wybiega na tor. Wygrana contrada wydaje dzikie dźwięki radości, na rękach niesie dżokeja, który od tej chwili staje się półbogiem, przegrane contrady ryczą natomiast z wściekłości, dorośli mężczyźni płaczą jak dzieci, niektórzy wyładowują swoją złość, uciekając się do przemocy wobec członków najbardziej wrogiej contrady lub dopadając przegranego dżokeja. O ile ten nie zdąży uciec z placu, co nie jest łatwe przy zaledwie kilku wąskich bramach, które do niego prowadzą, może skończyć z pogruchotanymi kośćmi i niejednym siniakiem. Niebotyczne sumy za udział w Palio stają się zrozumiałe. Za najbardziej przegraną uważa się nie contradę, której koń dobiegł do mety ostatni, ale contradę, której koń był drugi. To jak czwarte miejsce na Olimpiadzie, tuż za podium. Zawsze jednak największą porażką jest noszenie miana Nonny – Babci – tak nazywa się contrada, która od najdłuższego czasu nie zaznała zwycięstwa. W długiej historii Palio tylko dwie dzielnice nigdy nie były Babciami – contrada Żółwia i Gęsi. Ta ostatnia dodatkowo ma na swoim koncie najwięcej zwycięstw, 65, ale nigdy nie zdobyła cappotto, czyli podwójnego zwycięstwa w jednym roku, tak jak udało się to jedenastu innym contradom (Żółw w 1933 i Wilczyca w 2016 są jedynymi, które uczyniły to z tym samym koniem i dżokejem). Miano nieszczęśliwej Nonny nosi od 2016 roku contrada Orła, która ostatnie zwycięstwo odniosła w lipcu 1992 roku. W sierpniu 1957 roku contrada ta zapisała się jednak w historii Palio jako jedyna, która wystawiła kobietę dżokeja. Była to młoda contradaiola dzielnicy, Rosanna Bonelli, Diavola – Diaboliczna, choć lepiej znana jako Rompicollo – Ryzykant. Bonelli była uznaną dżokejką. Zwróciła na siebie uwagę podczas kręcenia filmu La ragazza del Palio w reżyserii Luigi’ego Zampy, w której Rosanna była dublerką. W związku z promocją filmu producenci pomogli znaleźć jej wierzchowca i przekonali kapitana contrady Orła do jej wystawienia. Ten zaryzykował, biorąc pod uwagę słabość wylosowanego konia, Percina, który i tak nie dawał wielkich szans na wygraną. Decyzję ułatwiło też zwycięstwo Orłów rok wcześniej. Wyścig nie był dla dziewczyny szczęśliwy. Rosanna spadła z konia przy drugim okrążeniu, przeszła jednak do historii Palio, a od swojej dzielnicy otrzymała tytuł honorowego dżokeja.

 

Zwycięzca wyścigu otrzymuje sztandar wykonany z malowanego jedwabiu, który nazywany jest il drappellone lub po prostu Palio, a sami sieneńczycy mówią o nim czule il cencio, czyli szmata. Przed każdym Palio wybiera się artystę – w lipcu lokalnego, a w sierpniu o sławie światowej – który ręcznie maluje jedwab. Wśród w większości włoskich artystów jest jeden Polak, który dostąpił tego zaszczytu. Na Palio, które odbyło się 16 sierpnia 2004 roku szmatę stworzył Igor Mitoraj. Do swojego kościoła zabrała ją wtedy zwycięska contrada Żółwia.

 

W 2020 roku, w wyniku pandemii, Palio – zarówno lipcowe, jak i sierpniowe – zostało odwołane. Żarty się skończyły. Ostatni raz zdarzyło się to 76 lat temu, gdy w latach 1940-1944 Palio zostało wstrzymane z powodu II wojny światowej. Oczywiście takie wstrząsy zdarzały się już wcześniej. W 1670 roku wyścigi odwołano z powody śmierci wielkiego księcia Toskanii, Ferdynanda II Medyceusza (tak, tak, to właśnie bez niego nie moglibyśmy odbywać pogaduszek o pogodzie, bo to on – na podstawie pomysłu Galileusza – skonstruował w 1641 roku pierwszy termometr cieczowy, a w 1654 roku przyczynił się do powstania pierwszej międzynarodowej sieci pomiarowej pogody). W 1798 roku zawody nie odbyły się z uwagi na trzęsienie ziemi, które nawiedziło Sienę. W 1855 roku zatrzymała je epidemia cholery. Zawsze jednak życie powracało. Czasem nawet organizowano dodatkowe wyścigi, upamiętniające nadzwyczajne okazje: w 1969 – lądowanie Apollo 11 na Księżycu, w 2000 – przywitanie nowego milenium, w 2018 – stulecie zakończenia Wielkiej Wojny.


 

Czas pożegnać się z miastem. Wracam do swoich Trzech Dziewuszek, ale przed samą bramą skręcam na Il Campo. Wszystko w porządku. Mury ratusza, ostro wyrysowane w noc, trwają i wieża jest piękna, tak jak wczoraj. Można iść spać. Nad ziemią rosną wybuchy, ale być może zrobimy jeszcze kilka obrotów dookoła słońca z ocalałą katedrą, pałacem, obrazem. Może jeszcze tu wrócimy, odbędzie się kolejne Palio, a my będziemy w nim uczestniczyć. Może zgodnie z mottem contrady, która od lipca 2006 roku czeka na kolejne zwycięstwo, doświadczymy chwili, gdy pantera ryknęła, a lud zadrżał. Może znów zamieszkamy Pod Trzema Dziewuszkami. Może, tak jak Herbert, jeśli nie będziemy bać się tego słowa, powiemy, że byliśmy tu szczęśliwi.

 

Herbert na pożegnanie sięga po wiersze Giuseppe Ungarettiego. Ja z tęsknoty za Sieną szukam pomocy u Jarosława Mikołajewskiego – najbardziej włoskiego z polskich poetów, a może najbardziej polskiego z włoskich; iskry, co roznieca ogień.

 

___

tekst: Aleksandra Podżorska

 

W tekście zostały użyte fragmenty książki „Barbarzyńca w ogrodzie” Zbigniewa Herberta wydanej przez Fundację Zeszytów Literackich w Warszawie w 2004 roku, a także fragment „Boskiej Komedii„ Dantego Alighieri (pieśń I Piekła, wersety 31-36) w przekładzie Edwarda Porębowicza wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy w Warszawie w 1965 roku.

 

 

 

SIENA

 

jak herb zapomnianej

ukraińskiej prababci

 

płomień który spalił

i znów czerwienieje

na nowy pożar świata

i autora

wypuszczając lilię

w środku paleniska

 

jak sen co nie mija

o imieniu pìa

i krótkim westchnieniu

siena mnie zrodziła

maremma zabiła

 

między zaistnieniem

a niezapomnieniem

biele i czerwienie

czernie i kamienie

 

nieletnie olśnienie

późne okamgnienie

 

___

autor: Jarosław Mikołajewski

]]> Remedium https://lesma.org/remedium/ Tue, 07 Jul 2020 18:32:36 +0000 http://lesma.org/?p=1201 Tylko to, jak skok w przeszłość, zatrzymanie. Zanim dotrzemy na Marsa, nasza ziemska, powolna, niecyfrowa perspektywa, podpowiada nam, po zbyt długim zasiedzeniu się w pieleszach, że zwykłe rzeczy – widok trawy, spacer, rozmowa, muzyka, spotkanie – są tym, czego najdotkliwiej brak.

 

Zrobiliśmy sobie więc święto spotkania, zanim technologia na dobre wrośnie w nasze umysły. Kamery są dookoła, jak dyski zewnętrzne, ale to my wygenerowaliśmy tę wizję. Jak „Spaleni słońcem”, trochę czekamy na nie, a trochę jesteśmy słońcami dla siebie nawzajem. Pozostaliśmy analogowi, mimo że nasze telefony (niemal jak immanentne podzespoły) mogą już komunikować się ze sobą bez naszego udziału.

 

Zrobiliśmy tylko to, co już było, a teraz od dłuższego czasu wydawało się prawie niemożliwe. To spotkanie jest Re medium. Niczego wymyślnego tu nie trzeba, wystarczy widzieć i słyszeć drugą osobę w szczerym kontakcie i żywo na nią reagować. Chłonąć i czuć. Nie uruchamiamy żadnych nowych mechanizmów przetrwania kryzysu, tylko nasze zwykłe ludzkie ,,bezpośrednie doświadczenie”.

 

Chcieliśmy mieć z tego zdarzenia piękny obrazek, dlatego obraz filmowy umajony jest przez ogród, który tworzy naturalną, wręcz fizjologiczną ramę dla tej interakcji i wymiany myśli. Sami staliśmy się własną wystawą, bo teraz jest taki czas, że kreacja sprowadza się do opisania nowego świata i tego, co znamy. Wspólnota ludzi sztuki wyraża się w nieustannej eksploracji znanych znaczeń, w stawianiu pytań, szukaniu odpowiedzi, pozostawaniu w ruchu. Refleksja nad problemami płynnie przechodzi we wspólne – to nic , że krótkotrwałe- poczucie ulgi, że istnieje to remedium.

 

Tak jak stwierdza neurolog Oliver Sacks: “Praktykuję medycynę od 40 lat i mogę stwierdzić, że oprócz leków istnieją tylko dwie niezawodne rzeczy o kolosalnym znaczeniu dla pacjentów z przewlekłymi chorobami neurologicznymi: muzyka i ogrody.” Nie cyfrowe konferencje i wykłady – a analogowe, klasyczne posiedzonko w ogrodzie, z akompaniamentem muzyki i hałasującym szumem całej zieleni. Cieniem , słońcem i owiewem wyjątkowo chłodnego w tym roku maja. Zagrzewała nas możliwość bycia ze sobą, rozmów, słuchania, wchodzenia sobie w słowo, nadawania na dwa fronty, przekrzykiwania się, śmiechu i milczenia razem. O wszystkim.

 

___

twórcy i tworzywo: Julita Mańczak, Justyna Krüger, Zofia Flejsierowicz, Światosława Sadowska, Dorota Falkowska, Jerzy Sadowski, Przemysław Jędrowski, Szczepan Falkowski, Yaroslav Shemet

]]>
Tuu mieszkają muzy https://lesma.org/tuumieszkajamuzy/ Mon, 08 Jun 2020 08:21:00 +0000 http://lesma.org/?p=1155 Po raz pierwszy zobaczyłem ten teatr w trakcie wycieczki szkolnej do Odessy. Miałem wtedy 15 lat. Stanąłem przed gmachem, kompletnie oniemiały, i pomyślałem, że może kiedyś, za wiele lat, to by było coś – zadyrygować tamtejszą orkiestrą. Nigdy bym nie przypuszczał, że w wieku 22 lat zadebiutuję w Teatrze Opery i Baletu w Odessie.

 

Każdy muzyk wie, że to jeden z najlepszych teatrów na świecie. Dyrygowali w nim najwięksi kompozytorzy: Piotr Czajkowski, Nikołaj Rimski-Korsakow, Siergiej Rachmaninov. Śpiewali genialni: Fiodor Szalapin, Enrico Caruso czy jedna z najlepszych interpretatorek partii Pucciniego Sołomija Kruszelnyćka. W odeskim teatrze zakończył swoją koncertową działalność Ferenc Liszt. Uwielbiali ten gmach niemal wszyscy – po operze do dziś krąży historia, że Piotr Czajkowski, kiedy przyjechał do Odessy zadyrygować „Dziadka do Orzechów” i dowiedział się, że w teatrze nie ma czelesty, po prostu ją zakupił i podarował operze. Instrument ten wykorzystywany jest do dziś.

 

Odessa była niegdyś częścią Imperium Rosyjskiego, teraz należy do Ukrainy, ale od zawsze funkcjonowała na swoich zasadach, wytwarzając też swoistą kulturę. Jako perła Morza Czarnego musiała więc posiadać teatr godny swojego blasku. Wybudowano go w 1810 roku, a po pożarze 1873 r. odbudowano w stylu neobarokowym, wzorując się na operze drezdeńskiej i kultywując starą tradycję konstrukcji teatrów operowych. Na początku XX wieku miał miejsce kolejny pożar – w tamtych czasach było o nie bardzo łatwo. Wystarczy sobie wyobrazić, jak wyglądało wówczas życie w teatrze. Zamiast żarówek wszędzie używano świec, widownia grała w karty, a w orkiestronie można było palić papierosy. Dopiero kilkadziesiąt lat temu nastąpiły zmiany, które nadały kształt dzisiejszemu życiu opery. 

 

Dla mnie jest to nie tylko jedna z najbardziej niesamowitych sal operowych pod względem akustyki, ale w ogóle jedna z najświetniejszych sal koncertowych. Nawet na ostatnim balkonie słychać szept ze sceny. Dzięki takiej akustyce orkiestra może zbudować idealne piano. Dodatkowo akustyka pomaga wyrównać balans, zamaskować ewentualne niedokładności. W nowych teatrach, jak np. Elbphilharmonie w Hamburgu, akustyka nie ma litości dla muzyków. Każdy grając, czuje się, jakby był nagi. Cały zespół musi być idealnie przygotowany, nie ma mowy o słabym ogniwie. Co ważne, jest to również doskonała sala dla śpiewaków. Orkiestrę można zawsze ściszyć, zgłośnić – jednym słowem, dopasować. Natomiast, jeśli chodzi o wokalistów, liczy się komfort śpiewania. Jest mnóstwo tzw. „suchych” teatrów, w których dźwięk się nie niesie i śpiewacy muszą się naprawdę mocno wysilać. A w Odessie głos brzmi idealnie. Ta opera ma wszystko – i akustykę i architekturę. Na dodatek nad sceną wbudowane są organy. To niezwykle rzadkie w przypadku teatrów operowych.

 

Mając całą tę historię za plecami, można sobie wyobrazić, co czułem, kiedy jechałem do Odessy na pierwsze próby do opery „Carmen”. Po pierwszych kilkunastu taktach, kiedy usłyszałem akustykę, myślałem, że oszaleję. Można było wycisnąć z orkiestry niebywałe piano, a i tak wszystko pozostawało słyszalne. Opera w Odessie to jedna z najlepszych sal koncertowych, w jakiej dyrygowałem. Wchodząc do każdego teatru, czujesz jakąś specyficzną atmosferę, ale w tym konkretnym wiesz bez wątpienia, że mieszkają muzy. Rozmach architektury robi wrażenie nawet bez znajomości historii i wiedzy o wszystkich wielkich muzykach, którzy na tej scenie występowali. Jeśli przez 200 lat w jakiejś przestrzeni stale są wzbudzane silne emocje, to ta energia się kumuluje i jest wyczuwalna od razu. 

 

Często jestem pytany o to, czy dyrygowanie w takim miejscu to większy stres. Na mnie jego niezwykła energia i atmosfera działają bardzo kojąco i motywująco. Nawet jeśli dyrygent jest odwrócony plecami do sali, czuje publiczność – czy jest zadowolona czy nie. A w Odessie ja dodatkowo czuję, jakby ktoś mnie podtrzymywał, kładąc dłoń na moich plecach. Za każdym razem wiem, że wszystko się uda i pójdzie dobrze. Oczywiście zdarzają się też zabawne, nieprzewidziane sytuacje. Jak np. fakt, że pulpit dyrygencki jest przymocowany na stałe i niestety został przewidziany dla nieco niższych osób. „Carmen” musiałem dyrygować niemal z pamięci, bo nie widziałem nut. Bibliotekarz Opery podkładał mi kartonik pod partyturę, żebym lepiej widział. Wiele niezwykłych historii można usłyszeć właśnie od tego niemal dziewięćdziesięcioletniego bibliotekarza teatru. To człowiek, który przechowuje nie tylko nuty wszystkich wystawionych spektakli, ale i wiedzę o nich. Jeśli się wybierzecie do Opery w Odessie, wystarczy podejść do niego i zadać pytanie. Na pewno odkryje przed Wami jakąś tajemnicę tego niezwykłego miejsca.

 

___

tekst: Yaroslav Shemet

foto: Jerzy Sadowski

 

 

znak-01

Yaroslav Shemet,

ukraińsko-polski dyrygent i pedagog, główny dyrygent orkiestry symfonicznej INSO-Lviv Filharmonii Narodowej we Lwowie, główny dyrygent Coloratura Opera Lab i Coloratura Opera Fest, pierwszy gościnny dyrygent Neue Philharmonie Hamburg, wykładowca Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu.

]]>
Odessa https://lesma.org/odessa/ Mon, 08 Jun 2020 07:50:19 +0000 http://lesma.org/?p=1151 Szukam w pamięci pierwszego powodu skąd ta Odessa – jest ulica Odeska w innym mieście, w innym czasie, prawdziwa legenda, niemal obok ulicy Pięknej, przepadłej niesprawiedliwie, zapomnianej, a nawet zaprzepaszczonej do tego stopnia, że nie istniejącej (kamień na kamieniu). Był też placyk, teraz może tylko jako złudzenie pamięci, a dopytać już nikogo. Wyobraźcie sobie miejsca istniejące – choćby ulicę Paderewskiego w Poznaniu – monumentalna, choć raczej myślę o jej przestrzeni, a później dopiero architekturze. Prowadzi do Rynku, reprezentacyjna, piękne fasady, kuszące witryny, spacerujący lub przemykający ludzie, naturalny ruch, szum. Czy można sobie wyobrazić to miejsce jako szkolne boisko lub zaplecze sklepu spożywczego lub nic? To tak, jakby w koszmarnym śnie nagle wszystko przestawić, zmienić bieg rzeki, kierunki i cały sens.

 

Odeska mieści się przy nieużywanym wielowyznaniowym cmentarzu, gdzie przez lata, na pociechę ludu, zmieniano i dodawano kolejne funkcje: zbudowano amfiteatr, potem filharmonię i operę na miarę wielkiej Europy. A to niezwykłe cmentarzysko było, zarastające przez lata, wielkie, zadrzewione wzgórze w centrum miasta, a w potężne mrozy – miejsce szaleństw, zimowych uciech między grobowcami. Pamiętam, że nigdy jako dziecko nie czułam zimna w zimie, jedynie jakąś rozkosz przeszywającą, nawet jeśli po powrocie do domu wiedziałam, że zamarzłam. Odmarzałam.

 

Na tym wzgórzu braliśmy udział w happeningu Jerzego Kaliny. Wtedy nie wiedziałam, że to cmentarz. A my chcieliśmy się wkopać do tego miasta podziemnego. Dopiero dziś, teraz, dociera do mnie ta idea. Rok temu dowiedzieliśmy się, że to miejsce mocy, ogrodzone płotem z dziurą. Przedzieraliśmy się nocą ze starymi przyjaciółmi. Niewysłowione piękno tej legendy, wszystkich ekscytowało. W środku pojawiło się jeszcze jedno ogrodzenie i mała kaplica zamknięta na cztery spusty. Tablica z informacją wydała się nierealna, jak z Harry’ego Pottera o dodatkowym połowicznym peronie. Prawie tam przeszliśmy, wulkan grobów zafalował, aż przestraszyliśmy się własnych spojrzeń czy myśli. Nikt nic nie wypowiedział głośno, poczuliśmy, że niektóre rzeczy powinny zostać niewyjaśnione, bezpieczne w kraterze podziemnej lawy, nietykane. W innym wypadku musielibyśmy porzucić nasze, może troszkę znudzone, ale ukochane życia. A może nawet rozczarować się jeszcze bardziej, jeśliby trzymać się spisów inwentaryzacyjnych archeologów. Odwrót – czyli wybór. Odpuszczamy. Nie dokopiemy się do przyczyny przed końcem nocy, a dzień wyjaśni to, czego wcale nie szukaliśmy.

 

Tak z Odessą. Nie wiedzieć czemu, to miasto od zawsze w naszych głowach owiane było jakąś niewyjaśnioną, starą legendą – o ile legenda może być w ogóle do wyjaśnienia. Nie wiem już, skąd się to wzięło, może jeszcze z jakichś romantycznych opowiadań dziadka o Żydach odeskich i ich niestworzonych biznesach portowych oraz nieziemskich fortunach. A może po prostu z filmów. Jedyny, jaki można przywołać z niedalekiej przeszłości to „Deja vu” Machulskiego – z seansu na seans coraz mniej zabawny, a nawet zrozumiały – tylko tytuł obiecujący. Tak jak to wielkie miasto, które prawie stało się Paryżem dalekich stepów.

 

Z jeszcze starszej części pamięci i pasjami oglądanych starych, czarno-białych filmów, w tym „Pancernika Potiomkina” – wydobywam obrazek odeskich gigantycznych schodów i zapętlony rajd dziecięcego wózka, który toczy się zygzakiem w morską toń. Do tego równo kroczący „białoarmiejcy”, którzy strzelają z długiej broni, kładąc wszystkich pokotem jak koszone łany. Przez wszystko przetacza się koło wojny, rewolucji, a schody, jak skała, pozostają jej niewzruszoną areną, sceną, wystawą.

 

Film Eisensteina z 1925 roku pokazuje ten fenomen architektury od strony dzisiejszego portu, wtedy była tu tylko plaża. Teraz konstrukcja portu powoduje, że schody potiomkinowskie widzimy z dużej wysokości, a nie jak reżyser sprzed niemal stu lat z najniżej położonego stopnia i dalej rozciągającej się plaży. Widok ten, zwieńczony między łukowo zachodzącymi masywami architektury sylwetką Richelieu – twórcy miasta – wprawił nas w oniemienie.

 

Stoimy tu. Wreszcie. Wszędzie, plączemy się po stopniach, szukamy „tej” perspektywy, schodzimy na dół, w prawo, w lewo. Z powrotem na górę, na kolejnych podestach. Schodzimy jak „białoarmiejcy” w rytmie kroków, po skosie, bez broni, patrząc pod nogi, patrząc w horyzont. Co tu się zadziało? Czekamy na słońce, po ciemku też. Ta bryła, jak statek, wchodzi w morze w wyobraźni, blokuje nas Dworzec Morski – wielki język peronu, przy którym cumują jednostki. Obok stoi cerkiew, z ikonami z naszywanych koralików. Szasta wiatr, miota jazgotem mew i rybitw, dodatkowo wzmacniając ich niespodziewanie wielką siłę.

 

Prawdziwie imponujące wrażenie we współczesnym wydaniu wywiera zapierający dech w piersiach widok na gigantyczny port morski. Ogrom i rozmach. Specyficzny industrialny pejzaż pracujących żurawi i rurociągów wpiętych w horyzont wielkiego nabrzeża Morza Czarnego, oglądany z najsłynniejszych schodów świata. Na każdym niemal kroku towarzyszy nam uczucie – znam to, deja vu, na pewno, te pałace, tę przebrzmiałą, a nie w pełni rozkwitłą świetność. Całe ulice, balkony i werandy obwieszone pnączami. Aleje wiekowych platanów. Od razu rodzi się rodzaj nostalgicznej refleksji – co może ludzka myśl, jeśli środki są nieograniczone. 

 

To właśnie ten widok, ten moment, dla którego w ogóle tu przyjechaliśmy. Panorama sprawia wrażenie makiety, zbyt idealnej, by mogła być prawdziwa. A jednak miasto-marzenie carycy Katarzyny, Niemki z urodzenia i kochanicy z temperamentu, to nie tylko scenografia dla wpływających do portu statków setek bander. Jeśli Sagrada Familia w Barcelonie, budowana od stu lat, niczym syzyfowe toczenie głazu pod górę, daje już w pełni wyobrażenie o swoim ostatecznym kształcie, to w Odessie sytuacja z tysiąca i jednego powodu wygląda zgoła inaczej. 

 

Zanim ją na dobre ukończono, zaczęła już podupadać i tracić na znaczeniu. Swoją drogą, czy miasto, żywy organizm, może mieć ten moment ukończenia? Coś się buduje, coś remontuje – miasto nie stoi i nie patrzy. Miasto napędzają pasja i energia pokoleń żyjących w nim ludzi.

 

– To dwumilionowe miasto, jak mówi Władimir, nasz przewodnik i kierowca, w którym żyje 140 nacji. Między innymi Ukraińcy, Rosjanie, Polacy, Francuzi, Niemcy, Turcy, Gruzini, Ormianie, Żydzi, Tatarzy, Włosi, Bułgarzy, Węgrzy, Rumuni, Grecy, Mołdawianie. To najliczniejsze narodowości na przestrzeni lat.

 

Odessa to ciągle wrzący tygiel kultur. Wpływy tych wszystkich nacji spotykamy co krok. Mimo że są już wymieszane, wciąż jeszcze można odczytać poszczególne ślady. Opera, ulice, place, widoki, a nawet zagospodarowane plaże. Może nie wszystko wygląda okazale, ale nie o to chodzi. To miasto można czytać jak książkę, najlepiej z miejscowym przewodnikiem. Od czasów carycy, do czasów słynnych na cały świat złodziejskich gangów i najlepszej ponoć złodziejskiej szkoły, w której mistrzowie swojej profesji, do dziś są opiewani w pieśniach. Specyficzny folklor podziemia łączy się z katakumbami, które nigdy nie były nekropolią, ale raczej wyrobiskiem po wydobyciu budulca dla tego miasta. Kamień tak wytrzymały, że wystarczyło na dwu, trzykondygnacyjne miasto, jednocześnie tak miękki, że piłami do drewna można było kroić bloki na budowę wszystkiego, co niezbędne. Dziś podziemia są również pamiątką po czasach wojennych, kiedy trzy podziemne kondygnacje z wentylacją działającą do dziś, pozwoliły ocalić setki, jeśli nie tysiące osób.

 

A Odessa dziś, nowa ukraińska po radzieckiej, rumuńskiej, mołdawskiej, turecko – osmańskiej, greckiej, czy jeszcze innej, niczym otwarta księga snuje swoją, kolejną historię, zawsze była i jest kurortem z łagodnym klimatem, specyficznym światłem, w dalekim stepie, z plażą Langeron nazwaną na cześć francuskiego generała, na krańcu Europy. Ściągają do niej Ci, co choć raz usłyszeli jej imię.

 

___

tekst: Światosława Sadowska

foto: Jerzy Sadowski

]]>
Znikający punkt https://lesma.org/znikajacy-punkt/ Fri, 20 Dec 2019 18:08:04 +0000 http://lesma.org/?p=1087 Mimo wszechobecnego, zachwycającego piękna Arktyka nie pozostawia złudzeń – na jej terytorium jesteśmy tylko przemykającymi gośćmi. Wciąż surowo rządzi tu pospieszana ostatnio natura, ale z każdym rokiem nieodwracalne zmiany nabierają tempa. Wywieramy wpływ na odległość. Ty, ja, my wszyscy. Dziwna i poruszająca jest świadomość, że część obrazów ukazujących się naszym oczom widzimy jako pierwsi i ostatni.

 

Analogicznie do dokumentalnego cyklu wspaniałego Anthony’ego Bourdina – „Bez rezerwacji” chciałoby się nazwać nasz wyskok w Arktykę „Bez przewodnika – ani rusz”. W wieloletnim projekcie amerykańskiego szefa kuchni chodziło o odwagę próbowania i odkrywania kuchni świata poza cywilizacją, a w naszym o odwagę bycia poza cywilizacją w celach badawczych, choćby przez tydzień. Ale gdyby nie Jakub Małecki, glacjolog z Poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i nasz super przewodnik, który od 12 lat bada na Spitzbergenie lodowce – nie wyściubilibyśmy nawet nosa z poradzieckiego bloku, pod którym lisy polarne prężą swoje kity.

 

Lądowanie na Spitsbergenie, należącym do archipelagu Svalbard, to zawsze ten sam punkt – Longyearbyen, lotnisko położone najdalej na północ w miasteczku liczącym ok. 1800 mieszkańców. Jeszcze trochę ponad sto lat temu tutejsze ziemie były przedmiotem wyścigu odkrywców, badaczy, których zapał często z konieczności studzony był wszystko skuwającym lodem. Kry hibernowały na długo postępy podróżników, ale nie ich zapał. Unieruchomieni przez lata na swoich statkach prowadzili badania, ścigali się o pierwszeństwo, ciągle poszukując nowych metod organizacji wypraw. A dziś my, bez wielkiego przygotowania czy szczególnej zaprawy, stawiamy stopę hen za Kołem Podbiegunowym. Widzimy też młodych z dziecięcymi wózkami, którzy obok nas czekają na dalszy transport do Piramidy. Z uśmiechami na twarzach, mimo arktycznego smagania, wiozą swoje zahartowane tym klimatem maleństwa. Wszyscy zakutani warstwami technicznych wynalazków, softshellami i membranami albo zwykłą gryzącą wełną. I chociaż w osadach takich jak Longyearbyen można realizować niemal wszystkie potrzeby, łącznie z edukacją w oddziale jednego z norweskich uniwersytetów, to nieodmiennie towarzyszy nam wrażenie zawieszenia w czasie i przestrzeni.

 

Pierwszego dnia po przybyciu do Piramidy z powodu trudnych warunków pogodowych zrezygnowaliśmy z wyprawy na lodowce. Ale nawet skromny spacer, 15 km nad pobliskie błękitne jezioro, uświadomił nam, że każda biała plama na rozległym horyzoncie może być niedźwiedziem polarnym. Wiedz o tym, że moment, w którym zobaczysz w Arktyce niedźwiedzia, może być Twoim ostatnim. Wyostrzenie zmysłów, umysł krystaliczny, w którym żadne przeczucie, nawet najcichszy szmer krwi w żyłach, nie jest zlekceważony, a każdy znak rozczytany jako ostrzeżenie, alarm lub jedzenie. Zapach jak rozkosz płynąca cienką strużką przez polarne warstwy. 

 

— Majestatyczny król Svalbardu może wytropić Cię, wywąchać, wyśledzić z odległości wielu kilometrów – tak zapowiedziała nam dziewczyna wypożyczająca broń w sklepie sportowym w Longyear-byen. Wyglądała jakby miała na imię Ingrid – niewysoka, ładna blondynka, ze świeżym manikiurem – ale też skandynawsko twarda i dość bezwzględna. Fakt wypożyczenia broni musiał być poprzedzony specjalną zgodą Gubernatora Svalbardu – rutynowa procedura. Każdy, kto chce tu zobaczyć cokolwiek poza miasteczkiem, musi liczyć się z koniecznością posiadania karabinu i umiejętnością jego obsługi. Na szczęście my niedźwiedzie mogliśmy zobaczyć z odpowiedniego dystansu, w malowniczych okolicznościach, na czarnych skałach tuż obok lodowca Nordenskjöld w zatoce Adolfa.

 

Piramida, nasza baza wypadowa, była niegdyś najdalej wysuniętą na północ kopalnią węgla. Położona na 78 stopniu szerokości geograficznej północnej, w czasach świetności zamieszkiwana była przez ponad tysiąc osób, które prowadziły tu normalne, a nawet lepsze niż w ojczyźnie życie. Dziś, poza budynkiem hotelu Tulipan, to właściwie miasteczko widmo. Bloki na palach, jak złowieszcza scenografia, przywołują nieco zapomniany sowiecki styl, spopularyzowany ostatnio serialem „Czarnobyl”. Biblioteka, teatr, hala sportowa, wielki basen, boisko, przedszkole, plac zabaw, szpital – wszystko funkcjonowało tutaj obleczone w niezwykle rzadko spotykany w Arktyce trawnik – do dziś prosperujący na glebie przywiezionej żywcem z Ukrainy. Całość umajono oczywiście pomnikiem Lenina. Jeszcze dalej w przestrzeni widać rozsypane, jak po przerwanej zabawie dziecka, dźwigi, przewrócone wagoniki, kolejki linowe, drewniane torowiska do zwożenia urobku, pomosty nad rurociągami, generatory i inne pamiątki. Idyllę tego miejsca zakończyła katastrofa samolotu Tupolew TU 154M, 29 sierpnia 1996 roku, który leciał z Moskwy do Longyearbyen na Spitzbergenie ze 141 osobami na pokładzie, w większości górnikami. Małe, wzorcowe miasteczko, miało w sobie wszystko – doskonale zaprojektowana utopia. W dwa lata po katastrofie osadę opuścili wszyscy mieszkańcy. 

 

Obecnie w hotelu, będącym jedynym działającym tu przybytkiem, pracuje i mieszka kilkanaście osób. Pozostali mieszkańcy osady to krzykliwe mewy, które niestrudzenie uwijają się przy zasiedleniu jednego z bloków. Widać jednak, że ruch turystyczny rośnie z każdym rokiem. Codziennie dopływają tu przynajmniej dwie grupy turystów, a pracownicy hotelu w czasie polarnego lata mają ręce pełne roboty. Przed wyprawą zaopatrzyliśmy się w suchy prowiant – gotowi na surowe warunki – ale ku naszemu zaskoczeniu Tulipan przeszedł metamorfozę i dziś prosperuje w absolutnie luksusowym jak na Arktykę standardzie. We wnętrzu hotelowej restauracji dominują psychodeliczne dyskotekowe wzory jak z kalejdoskopu, w dość specyficznej kolorystyce (lila i musztarda). Przywołują wyobrażenie tętniących tu imprez. Aż szkoda, że nie zachowały się zdjęcia z tego czasu. Możliwe, że niektórzy byli tu szczęśliwi, mimo pracy w nieludzko ciężkich warunkach.

 

Drugiego dnia zasadziliśmy się na lodowce. Chcieliśmy zobaczyć ten najokazalszy, uchodzący do Billefjordu i liczący ponad 200 km2 Nordenskiöldbreen. Dostać się do niego możemy drogą wodną lub spacerem, który nam, polarnym nowicjuszom, zająłby pewnie dobę. Z oczywistych względów wybraliśmy ponton i doświadczonego sternika – kierownika Stacji Polarnej UAM „Petuniabukta”, Krzysztofa Rymera. Sama baza to temat na odrębną opowieść. Położona w środkowej części Spitsbergenu jest najdalej wysuniętą na północ polską placówką badawczą. Od ponad trzydziestu lat naukowcy i studenci prowadzą tam badania, w otoczeniu pięknej Zatoki Petunia. Studenci, po trzech miesiącach odosobnienia na dalekiej północy, spania w niewielkich kontenerkach i brania pryszniców w zimnej wodzie, z szerokimi uśmiechami na twarzach przyjęli nas po królewsku. Z kończących się już powoli zapasów wyczarowali polarne posiłki, zasługujące na najwyższe kulinarne odznaczenia. Dowiedzieliśmy się od nich również o istnieniu polarnego bakcyla, który ponoć może znienacka zaatakować każdego wizytującego lodowce. Zdaje się, że i my padliśmy jego ofiarą. Czujemy więc i mamy nadzieję, że to nie nasze ostatnie spotkanie ze stacją Petuniabukta.

 

Dotknięcie lodowca na dzień dobry – impuls w sercu, tektoniczne echo ziemi w klatce piersiowej, lekki wstrząs, jak przeskok ładunku energii. Dopiero co poznany przekaz rozczytujemy jako mocne pozdrowienie i akceptację. Możemy iść dalej. Nie ingerujemy w otaczający nas imponujący krajobraz, staramy się jak najdelikatniej stawiać kroki, nie psuć niczego. Część pejzażu jest jak wielka żwirownia. Rumosz – okruchy przechowujące kody z poprzednich światów, kiedy na wyspie było zielono i ciepło. W ciele i umyśle wszystko to zostawia odcisk.

 

Nie zimno jest tym, co uderza najsilniej. Raczej własna reakcja, na chwilę zatrzymany oddech i poruszenie wewnętrzne. Bum. Stop. Jesteśmy przez ułamek sekundy my, razem. Pod żebrami, zimny pomruk, rezonans, gruba wibracja, jak jedno drżenie bębna lub dzwonu.

 

Hej, miasta obudowane kamieniem, hej, miasta zalane betonem i asfaltem. Hej, miasta resztkami ziemi w balkonowych skrzynkach oddychające. Pogrążyliśmy się? Wszystkie nasze myśli lekko uchodzą kominami, ponad miastami, w których wszystko poukładane i policzone. Kwoty CO2, H2O, mc2, πr2 i inne cuda nie skrócone wzorami. Czy jeszcze nie wszystko stracone?

 

W Svalbard widać dobitnie, że zmiana to jedyny stały parametr tego miejsca. Spitzbergen – największa wyspa archipelagu – jest jak system wczesnego ostrzegania dla całego świata, taki kanarek w kopalni, który wyczuwa śmiertelne zagrożenie. Słuchamy z uwagą opowieści Kuby – naszego niezawodnego przewodnika. Właściwie nie odstępujemy go na krok, trochę ze strachu, ale chyba jednak bardziej z ciekawości.

 

Topnienie lodowców, podnoszenie się poziomu mórz, wzrost średnich temperatur, tempo zmian. To nasze główne tematy obok historii o tutejszych odkrywcach i pionierach. Szkoda energii na szukanie winnych czy użalanie się nad naszą dolą. Zresztą, czy poczucie winy cokolwiek zmienia? Chcemy raczej dowiedzieć się, co tu się naprawdę dzieje, co można w tej sytuacji zrobić, jakie są rozwiązania.

 

W końcu widzimy – były tu od tysięcy lat, a teraz odchodzą. Ragnar, Ferdynand, Bertil i przepiękny Sven. Majestatyczne lodowce każdego roku wycofują się o długość wagonu kolejowego. Tu naprawdę robi się coraz cieplej. Nie możemy tego ruchu zobaczyć w czasie rzeczywistym, ale ślady są wyraźne i niezaprzeczalne. 

 

— Zimą nie zamarza już większość fiordów, coraz częściej przychodzą odwilże i deszcze zamiast opadów śniegu. Latem natomiast coraz dłużej trwa sezon topnienia, coraz szybciej znika pokrywa śnieżna i coraz szybciej kurczą się lodowce. Svalbard ogrzewa się wyjątkowo szybko w skali całego świata. Przez ostatnie 20-30 lat średnia temperatura roku wzrosła tu gwałtownie o ok. 4°C. Sam bywam zdumiony, jak wielką różnicę w topnieniu daje, z pozoru trywialny, 1°C. A co dopiero kilka stopni! Człowiek wzbogacił już atmosferę w dwutlenek węgla o ponad 40% względem poziomu naturalnego. I mimo, że ta nasza nadwyżka stanowi tylko ok. 130 cząsteczek CO2 na każdy milion cząsteczek różnych gazów w powietrzu, to prawa fizyki są nieubłagane – ta różnica powoduje, że otulamy Ziemię coraz grubszym kocem gazów cieplarnianych. Tym samym coraz mniej ciepła może uciec z Ziemi w kosmos i coraz więcej zostaje w systemie, powodując wzrost temperatury. Jeśli ludzka emisja CO2 będzie dalej trwać, lodowce w wielu górach świata i pływająca kra lodu morskiego w Arktyce niemal znikną w ciągu ludzkiego życia. Mocno podniesiemy w ten sposób poziom morza i popsujemy klimatyczny termostat, sprawiając, że ocieplenie klimatu jeszcze bardziej się rozbucha. – To słowa naszego przewodnika. Słysząc je na miejscu zdarzeń, milkniemy.

 

Rosyjski север (czyt. siewier) to najlepsze określenie północy, chrupiącej od mrozu i wiatru – samo się wyraża. Warto raz zajrzeć na szczyt mapy, a jeszcze lepiej na szczyt globusa. Można sobie wtedy prawdziwie uświadomić odległości i położenia. Piękno tej krainy ucisza wszystkie rozmowy. Na lodowcu Nordenskjöld po prostu jesteśmy. Na Svenie zachwyca nas niezwykła panorama. Na szczycie Bertila, wiemy już, że pokochaliśmy tę krainę i nie ma odwrotu.

 

Żadnych drzew, krzaków – świat z kamieni i skał. Nagość to główna cecha Spitzbergenu. A człowiek, choćby nazwoził tu skuterów, koparek, spychaczy, kontenerów z nie wiadomo czym, na szczęście i tak nie ułoży z tego metropolii. Nieliczne miejscowości to nadal tylko osady ludzi, którzy najczęściej porządkują tu swoją osobistą geografię.

 

Opis tej wyspy, a właściwie całego archipelagu Svalbard, to niezrozumiały kompromis między tym co widać i co czuć. Na mapie stosunkowo niewielka przestrzeń, w rzeczywistości, w polarnym owiewie, wydaje się nieskończona. Górzysta, pełna zatok, z tysiącami lodowców, ukazuje kolejne szczyty, wyrównane od góry lodowym cięciem. Przypudrowane wczesnym śniegiem przywołują skojarzenie z rzędami gigantycznych pierników. Jednak widok ten nie jest słodki, a raczej monumentalny i księżycowy. To świat odmienny od wszystkiego, co znaliśmy do tej pory. Co będzie z nim dalej? To zależy od nas.

 

 

Proszony – nieproszony

Pejzaż zobaczony – pejzaż patrzący

Niedźwiedź zobaczony – niedźwiedź patrzący.

 

Wszystko tu względne – bezwzględne

Człowiek też

Patrzy i jest obserwowany

Poluje i jest polowany

Broń i amunicja w niedoświadczonych rękach po nic

Możesz zginąć, będąc ostrzeganym i straszącym.

 

Reguły wyspy

Musisz je przyjąć za prawo

Wszystkie ziemiotwórcze zjawiska okazują się tu realnie żyć.

Oddech: wdech, wydech, sprężanie, rozprężanie, wypiętrzanie, zapadanie.

Przyrastanie, ubywanie.

Jakbyśmy byli na powierzchni wielkiego stwora.

Bardzo spokojnie

Możemy tu przebywać.

 

Biała plama

1. uciekaj natychmiast

2. nie uciekaj – powiększ się

3. załaduj broń i idź

1. goni natychmiast

2. dopadnie cię

3. nie obchodzisz go wcale

]]>
Lawendowy Raj https://lesma.org/lawendowy-raj/ Thu, 25 Jan 2018 17:49:31 +0000 http://lesma.org/?p=759 Lawendowa polana, lawendowy dwór, lawendowa obietnica beztroski i sielanki. Skojarzenie z kojącym kolorem, otulającym zapachem, sielską stylistyką. Po lawendzie ich nie poznasz póki co, ale do czasu.

 

Lawenda jest w planie, a tu wszystkie plany są konsekwentnie realizowane – będą całe łany, jak w Prowansji. W tym roku dopiero zagospodarowano „widok z okien”, ogromne trawniki, klomby, nowo nasadzone drzewa i konserwacja starych – pracy była masa.

 

Polana – enklawa gościnności i smaku. Po wcześniejszym umówieniu można przyjechać na obiad z rodziną, poprzedzony spacerem po lesie, my trafiliśmy do Łęczna w sezonie grzybowym, na zaproszenie gospodarza.

 

Ludzie, nie tylko z najbliższej okolicy, masowo tu przyjeżdżają, zbiory są obfite, szczególnie w tym roku. Po wyczerpujących leśnych poszukiwaniach można zregenerować siły, zasiąść na jednym ze słonecznych tarasów lub, w salonie przy kominku, napawać się urodą miejsca, posłuchać opowieści gospodarza o dziejach okolic, sąsiedzkich relacjach, winach i miejscowych smakach.

 

A okolice w historie bogate, całe sagi rodzinne, niemieckie i polskie, czasy świetności i rozwoju. Tu, w okolicy Miedzichowa, Trzciela i Zbąszynia, niemieccy osadnicy budowali tzw. osady olenderskie. To typ zabudowy wiejskiej, gdzie siedliska oddalono od siebie od 700 metrów do nawet półtora kilometra. Nie tworzyły one więc ciasnych wioseczek, które znamy z innych części kraju, a ciągnęły się malowniczo wśród łagodnych pagórków i zagajników. Zupełnie niespotykane gdzie indziej.

 

Zbieramy się w wielkim drewnianym domu, niemal dworze, z 1726 roku, wybudowanym przez rodzinę Seifertów. Od początku założono, że będzie to dom połączony z gościńcem. Aktualni właściciele, po gruntownym, pieczołowicie przeprowadzonym remoncie, postanowili spełnić swoje marzenie o zamieszkaniu na wsi. Pełni pasji realizują swoje wyobrażenie o lawendowym raju.

 

___

Lawendowy Raj
Łęczno 12, Miedzichowo
lawendowyraj.pl

]]>